Kliknij w okładkę poniżej i dowiedz się o "Co to, to nie". Nowa książka Haliny Bortnowskiej z przedmową Adama Michnika i posłowiem Jerzego Sosnowskiego: "Co to, to nie. Myślennik Haliny Bortnowskiej", książka, która może stanowić początek istotnej debaty o tym, jak nie wykluczać i jednocześnie trzymać standardy
W sprzedaży są jeszcze ostatnie egzemplarze poprzednich książek, wystarczy kliknąć w okładki: Książka "Wszystko będzie inaczej"
Książka nie tylko na Adwent
--- Jestem uparcie nazywana publicystką katolicką , bo wielu redaktorom zależy na tym, by pokazać istnienie opinii katolickiej tego typu, co moja. Uzupełniam paletę. Redaktorzy mogą się kierować szlachetnymi względami. Bardziej liczyłabym się dla nich jako reprezentantka Kościoła niż mogę znaczyć po prostu jako ja. Biorąc realnie - tak na pewno jest. Może szkoda - ale ja nie chcę z tego korzystać. Czuję w sobie głęboką niechęć do uzurpowania sobie tytułu, który właściwie każdy może zakwestionować: w imieniu władzy piastowanej w Kościele, albo w przekonaniu, że lepiej wie, co się z katolicyzmem zgadza, a co nie. Jako publicystka bezprzymiotnikowa jestem świadkiem swojej wiary wolnym i dobrowolnym. Każdy może sam ocenić, z jakich pozycji wychodzę, dlaczego mówię to, co mówię. Racje zawarte są w tekście, nie w podpisie piszącego. Proszę o tej deklaracji łaskawie pamiętać czytając ten blog i inne moje publikacje. |
Blog > Komentarze do wpisu
NIEDZIELA GASNĄCYCH LAMPAntyfona:
Panie, niech dotrze do Ciebie moja modlitwa,* nakłoń ucho na moje wołanie. [Ps 88(87),3] *** W moim odbiorze przypowieści bywają ostrzeżeniami. „Podobieństwo” jest opowiedziane po to, aby tak się nie stało, aby ostrzec przed dalszym biegiem rzeczy: to sobie szykujecie! W każdym razie tekst na tę niedzielę tak można z pożytkiem odczytać. Samorekolekcje wokół tego wątku są nam pilnie potrzebne. Bo trwamy w epoce, w stanie duchowym „jeszcze nie”. Tyle wieków po Chrystusie, Stół Słowa od dawna dostępny, nakryty, ale wciąż ciągle oczekujemy tego, co już się stało, ale nas jeszcze nie napełnia, nie rozświetla. Czekamy na przybycie Orszaku weselnego, a nasze lampy gasną, wydaje się, że gasną jedna po drugiej. Ci, co są pewni, że światło utrzymają, nie umieją, boją się, nie chcą się z nami podzielić: trzeba mieć własny zapas na godzinę przed świtem! To właśnie taką radę odnajduję w tekście [Mt 24,42a.44]. Mam być, jak te dobrze zaopatrzone przyjaciółki młodej pary. A zapas powinien być taki, by starczyło dla wszystkich, których Pan wzywa, to znaczy wszystkich, bo dla wszystkich będzie wszystkim. Autor przypowieści ostrzega: nie rozchodźcie się po mieście w poszukiwaniu tego, w co trzeba się było zaopatrzyć od początku. Musicie być na posterunku, choćby i z przygasłymi lampkami, choćby w ciemności. *** Czekać na Kościół rozjaśniony, trwać w nim ze swoim oszczędnym, słabym światłem. Ono jednak wystarczy, by pochwycić naukę rozgrzewającą serce. Jak mocną i pocieszającą naukę przynosi pierwsze czytanie, jak w nim cudowna obietnica [Mdr 6,12-16]. Noc może być długa, ale o świcie mądrość, mądrość od Boga. Jego mądrość już na ciebie czeka i to jest prawda. I podobnie życie mądrością Chrystusa jest możliwe bez zaprzątnięcia sprawami instytucji kościelnej. Słowo Boże mieszka w Ludzie Bożym w sposób transcendentny, przenika i przekracza władzę, którą instytucja przypisuje sobie (choć na szczęście nie bez reszty tylko sobie). *** Zastanawiam się, czy mam o tym powiedzieć – powiedzieć wyraźnie, na tyle, na ile potrafię – jednoznacznie? Podejmę może zbyt wątłą próbę. Myślę, że chrześcijanin dotąd związany z Kościołem, w którym znalazł się z wyboru – w którym to wyborze przypadek odgrywa ogromną rolę – powinien jednak opierać się zgorszeniu. Myślę o zgorszeniu, o żalu, gniewie z powodu zła w Kościele. Zło prowadzi do utraty, odrzucenia kontaktu z instytucją, która zawodzi. Myślę, że od instytucji w sensie socjologicznym można się poniekąd odizolować – ale warto wytrwać w kontakcie z kulturą i duchowością, to znaczy z życiem kontemplacji i modlitwy. Potrzebujemy Stołu Słowa, więc musimy bywać tam, gdzie jest nakryty. Musimy też gdzieś spotykać się jako chrześcijanie… Od tego nie chciałabym odpaść czy odejść. Nie wiem czy jestem mądrą, przezorną przyjaciółką Pana Wesela. Z niepokojem patrzę na moje światełko. Użyczajmy sobie wzajemnie oliwy. *** Zdarza się, że jakiś komunikat kościelny, kazanie, list pasterski brzmi tak totalnie obco, sztucznie, dziwacznie, że nie wiemy, co z nim począć. Uważam, że wcale nie muszę wtedy uciekać z Kościoła. Wystarczy odłożyć to na bok. To coś, co jest nie do przyjęcia, nie jest istotnym, kostytutywnym elementem Kościoła. Mogę mieć inną wyobraźnię, wrażliwość, język. Jestem tak inna od części moich współczesnych chrześcijan, jak oni i ja jesteśmy inni od współbraci z któregoś odległego wieku. Ale możemy razem być zbawieni, być uczniami Chrystusa. Nie powinniśmy wyrzekać statusu uczniów – moim zdaniem! A w każdym razie wyrzekać się nie musimy. Gdy nam się wydaje, że gdzieś odchodzimy, być może Kościół Chrystusa wcale nas nie opuszcza, lecz idzie z nami w przyszłość. *** Jeśli jeszcze wspominamy świąteczną wizytę na cmentarzu – do tego skłania listopad – to chcąc oderwać się od pogrążenia w grobowym mroku, skorzystajmy z nauki zawartej w Liście do Tessaloniczan [1 Tes 4,13-18]. Ten tekst jest lekarstwem na zbyt dosłowne pojmowanie „wizyty u bliskich” na cmentarzu. Nie są tam. Cmentarz to miejsce pamięci o tym, że byli tu z nami i spojrzenie w stronę kresu, gdy JUŻ pochłonie „jeszcze nie” i spełni się Obietnica, że będzie WSZYSKIM WE WSZYSTKICH. poniedziałek, 07 listopada 2011, halina.bortnowska
|