To zdjęcie
"trzynastego kosza
na ułomki"
prowadzi
do szczegółów
przedsięwzięcia:









Kliknij w okładkę poniżej
i dowiedz się
o "Co to, to nie".
Nowa książka
Haliny Bortnowskiej
z przedmową
Adama Michnika
i posłowiem
Jerzego Sosnowskiego:
"Co to, to nie.
Myślennik
Haliny Bortnowskiej",
książka, która
może stanowić
początek istotnej debaty
o tym,
jak nie wykluczać
i jednocześnie
trzymać standardy








W sprzedaży są jeszcze
ostatnie egzemplarze
poprzednich książek, wystarczy kliknąć w okładki:

Książka
"Wszystko będzie
inaczej"


Książka do czytania
w całości za darmo
w Cyfrowej Bibliotece Narodowej
Polona

- nie tylko
na Adwent


---

Jestem uparcie nazywana publicystką katolicką , bo wielu redaktorom zależy na tym, by pokazać istnienie opinii katolickiej tego typu, co moja. Uzupełniam paletę. Redaktorzy mogą się kierować szlachetnymi względami. Bardziej liczyłabym się dla nich jako reprezentantka Kościoła niż mogę znaczyć po prostu jako ja. Biorąc realnie - tak na pewno jest.

Może szkoda - ale ja nie chcę z tego korzystać. Czuję w sobie głęboką niechęć do uzurpowania sobie tytułu, który właściwie każdy może zakwestionować: w imieniu władzy piastowanej w Kościele, albo w przekonaniu, że lepiej wie, co się z katolicyzmem zgadza, a co nie.

Jako publicystka bezprzymiotnikowa jestem świadkiem swojej wiary wolnym i dobrowolnym. Każdy może sam ocenić, z jakich pozycji wychodzę, dlaczego mówię to, co mówię. Racje zawarte są w tekście, nie w podpisie piszącego. Proszę o tej deklaracji łaskawie pamiętać czytając ten blog i inne moje publikacje.

środa, 22 czerwca 2016

W tych miejscach jedyna stosowna modlitwa, którą tylko po części rozumiemy. Naprawdę wiemy tylko, co znaczy prośba: chleba naszego powszedniego daj nam – daj dzisiaj!

Kto zgłębił, o co prosimy mówiąc „Święć się Imię Twoje”? Nie pojmujemy już, jakie królestwo ma przyjść, aby spełniła się prośba, którą włożyłeś w nasze usta. Królestwo Twoje, Boże. A Ty Najwyższy, Niewysłowiony, kim jesteś, jaki jesteś? Wielka tajemnica.

Ale najbardziej nie rozumiemy prośby najpotrzebniejszej, bardziej codziennej niż ta o chleb: odpuść nam nasze winy! Pragniemy odpuszczenia, często szczerze i usilnie, ale zupełnie nie wiemy, co mówimy, gdy podajemy niezrozumiałą dla nas miarę tego odpuszczenia. Ciebie, Miłosiernego bez granic, prosimy o odpuszczenie takie, jakie my sami wydobywamy z siebie dla naszych winowajców, dla krzywdzicieli wszelakiej miary, także tych, którzy nie przyznają się do tego, co uczynili i czynią. Nie zostawiasz nam prawa, by wybaczyć dopiero wtedy, gdy poddadzą się karze.

O Paraklecie, Wspomożycielu, Twoje przebaczenie, Twoje pojednanie, Życie od Ciebie, wyprzedza naszą pokutę, otrzymujemy je z pierwszym westchnieniem żalu. Ty sam ożywiasz nas Swoim Tchnieniem, witającym nas przy Tobie.

Wypada więc odpuszczać naszym winowajcom jak zdołamy najprędzej, by wypadało nam przyjąć Twoje odpuszczenie i wiedzieć, że nas nieustannie przygarniasz.

Natomiast nasze pragnienie odwetu zagraża nam bardziej, niż tym, komu nie chcemy odpuścić, przyznając sobie prawo do nieodpuszczania i żądając, by je honorowano. Nie wiemy, czego się wyrzekamy, uznając, że „najpierw kara” dla winowajców, a miejsce przebaczenia jest później. Odpychamy przebaczenie.

Jakże cierpi Zbawiciel, gdy pozbawiamy go możliwości, by nam odpuścił.

23:43, halina.bortnowska
Link Komentarze (1) »
środa, 06 kwietnia 2016

Tematy wracają. Osoba długowieczna nie powinna lekceważyć tych powrotów. Każdy etap społecznej debaty ma znaczenie i wpływ na nowe ludzkie losy. Dlatego chcę być uczestniczką konfrontacji z kampanią Episkopatu Rzymsko katolickiego w Polsce na rzecz takiej modyfikacji prawa państwowego, która by przekreślała możliwość legalnego dokonania aborcji. Protestuję przeciw takiej zmianie prawa. Być może należy wrócić do propozycji referendum. Chcę zaznaczyć, że mówię o prawie państwowym. Duszpasterze mają i nadal powinni mieć prawo uczyć, że chrześcijańskie sumienie powinno ostrzegać przed tragicznym czynem, jakim w myśl wiary jest aborcja zarodka, który ma perspektywę życia. W związku z obecną debatą przypominam fragment mojej wypowiedzi dla Katarzyny Wiśniewskiej w GW z dnia 22 marca 2007 (Opinie, str. 16):

Odróżniam etykę od prawa. To nie prawo mówi, co mam robić, tylko sumienie. W społeczeństwie pluralistycznym prawo nie może odzwierciedlać sumienia, bo sumienia są różne. Może tylko stanowić pewne dość luźne ramy, w których się poruszamy.

Odrzuciłabym prawo, które nakazywałoby coś sprzecznego z sumieniem. Prawo, które tylko dopuszcza coś sprzecznego z sumieniem, ze względów pragmatycznych może, a niekiedy powinno być właśnie takie. I sprzeciwianie się temu jest nieroztropne. Ale warto się troszczyć, by nikt nie musiał działać wbrew sumieniu.

Dobrze wiedzieć, jak poważna i groźna to sprawa, ale w jakim stopniu i okolicznościach aborcja powinna być zakazana, to wciąż pytanie otwarte. Nie można robić z ludzi bohaterów na siłę. Zamiast tego trzeba stworzyć procedury, które mogą skłonić kobietę do zmiany decyzji. Człowiek musi mieć wsparcie, nie należy go zostawiać sam na sam z jego losem, bo to może być za trudne.

 Jeśli kobieta jest w złym stanie zdrowia, ktoś musi stanąć obok i pomóc jej przez to przejść i nie stracić partnera. Znam takie przypadki. Nie ma sieci czujnych rąk, które by pomagały dźwigać nadmierny ciężar. I należy przestać sądzić kobiety i rodziny, które nie mogą sobie dać rady. Gdyby choć część pieniędzy przeznaczonych na Świątynię Opatrzności Bożej wydać właśnie na „opatrzność" dla jeszcze nienarodzonych albo urodzonych na przekór brakowi szans, to byłoby tak pięknie.

 Często to, co niby doskonalsze, jest wrogiem rozsądnego, realnego dążenia do ograniczania strat. Tak stało się na przykład w Niemczech, gdzie do pewnego momentu Kościół uczestniczył w programie poradnictwa przedaborcyjnego. Może zresztą nie należy tak tej akcji nazywać, bo w wielu przypadkach nie dochodziło do aborcji. Ale ponieważ certyfikat z takiej poradni mógł służyć do uzyskania skierowania na aborcję, to Kościół wycofał się z tego projektu. Mnie to oburza. Przypomina mi to przepis w starym podręczniku teologii moralnej: głosił on, że katolicki proboszcz powinien unikać dzwonienia z kościelnej wieży o takiej porze, w której dźwięk dzwonu mógł wezwać także protestantów na ich modły. Chodziło o to, by się nie przyczyniać do uczestnictwa w ich heretyckich praktykach.

Czy nie ważniejszy byłby ten jeden przypadek, kiedy aborcji udałoby się uniknąć, o czym zresztą może nawet się nigdy nie dowiemy? Czy ta szansa nie jest ważniejsza od formalności? Tymczasem logika jest taka: będziemy rozmawiać w katolickiej poradni z kobietami, które zdecydowanie nie zamierzają dokonać aborcji. I tracimy kontakt z gronem niezdecydowanych, którym można było pomóc.

Unikam określenia „aborcja równa się zabójstwo”, bo uważam je za psychologicznie niebezpieczne dla osób, których ta sprawa bezpośrednio dotyka. Poza tym nie jestem pewna, czy można to tak łatwo zrównywać - odbieranie szansy dopiero rozwijającemu się życiu i życiu rozwiniętemu już w pełni.

Prawdą jest też, że coraz więcej ludzi - celowo mówię ludzi, a nie tylko kobiet - będzie znać i cenić to ledwie zaczęte życie. Będzie to coś wspaniałego. Nie chcę, żeby wyobraźnia ludzka karmiła się koszmarnymi obrazami zabijania, ale cudownymi obrazami tego, co odbywa się w ciele kobiety. Nazywajmy to „żywe" dzieckiem czy płodem, dla mnie nie jest to ważne. Gdy ktoś to zobaczy na USG, nie sądzę, żeby uważał, że to jest jak wyrostek robaczkowy.

Mój mistrz teologiczny Edward Schillebeeckx [ur. 1914, belgijski dominikanin] kładł nacisk na to, że uczłowieczenie następuje z chwilą akceptacji nowego życia przez innych. To dar analogiczny do tego, że zygota się zagnieżdża w macicy. Ludzie kochający to życie mają szerokie pole, by bez ostentacji być jego świadkami, sojusznikami czy sponsorami.

15:33, halina.bortnowska , Kościół jak las
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 grudnia 2015
"Nie palcie Komitetów, zakładajcie własne!" To kiedyś Jacek Kuroń. Co to jest „komitet”? Każdy może użyć i nadużyć nazwy. Nie wiem, czy liczni są ci, którzy zastanawiają się nad nią. Czym Komitet różni się od partii, związku, stowarzyszenia czy klubu?
wtorek, 08 grudnia 2015
Nie jest mi obcy postulat czy hasło „patriotyzmu konstytucyjnego”. Taki „patriotyzm” ma być praktykowany w USA. Ludzie, którzy tam żyją jako obywatele uczą się więzi wzajemnej poprzez to, jak przyswajają sobie podstawowe dyrektywy konstytucji. Ten tekst otoczony jest szacunkiem, stanowi wspólną „laicką świętość”, choć nie odciętą od przeżywania Transcendencji i poszanowania dla pamięci i przekonań istotnych dla współobywateli i ich gości. Konstytucja to nie tylko fundament pewnego porządku prawnego, jakiegoś opisu praw, które przysługują i obowiązków, stanowiących logiczny odpowiednik praw. Konstytucja stawia obywateli w konfrontacji z tym, co uprzytamnia im ich tożsamość. Tego rodzaju przywołanie ważnych wartości, akt utożsamienia z nimi wyraźnie ma miejsce we wstępie do konstytucji, zwanym preambułą. Wyruszając w drogę, rozpoczynając budowę rozbudzamy w sobie świadomość, kim jesteśmy i chcemy być, co nas łączy – nie przeciwstawiając reszcie świata. Bardzo ważna jest świadomość, że rozmaitość, swojskość, cały zestaw czy zapas tego, co wspólne, co narzuca się pojmowaniu – ma łączyć, być żywą bazą porozumienia. To porozumienie ożywia i spaja więź ogólnoludzką.
Jutro już będzie adwent. Mogę wejść w kolejny ROK LITURGICZNY wracając do samorekolekcji. Zamierzam szukać nowej ich formuły. Chodzi o to, by coraz to od nowa zapalać światło nad swoją drogą, korzystając z tego, co zamknięte, albo raczej otwarte w Mszale. Z tej okazji – z racji początku Adwentu – składam świadectwo i podziękowanie Duchowi Świętemu, promieniowi Życia w Kościele, Darowi odwiecznemu za Mszał. Ci, co dziś odkrywają więź – czyli religię – długo mogą nie znać Mszału, wyjątkowej, ożywiającej ludzkie serca kolekcji tekstów świętych, które współgrają ze sobą, w tak niezwykły sposób żywiąc aktualnością, tym, że są na dziś i na zawsze. Ich czytanie, a zwłaszcza śpiewanie prowadzi ku kontaktowi z żywą tajemnicą.
piątek, 30 października 2015

Franciszek, następca Piotra, składa prośbę o przebaczenie. Kogo przeprasza?

To jasne – lud rzymski i ludy świata, ludzi wierzących, mnie i Ciebie, po prostu nas wszystkich, a na pewno również niewierzących i wierzących inaczej.

Za co przeprasza? Jak należy, prosi, by wybaczyć zgorszenie, z grecka zwane „skandalem”. Komentatorzy pytają, o które ze zgorszeń chodzi, jaki czyn, przez kogo popełniony, Franciszek ma na myśli.

Pewne jest, że tym razem przeprasza za Kościół. Nie wypomina zgorszeń przez świat budujący cywilizację, która pozwala karać śmiercią. To już zostało poniekąd napiętnowane. Jeśli nieskutecznie, to dlatego, że narzuca się odpowiedź: „Kościele, napraw sam siebie!”

Dotąd niby staraliśmy się o tę poprawę, lecz opieszale, tchórzliwie, nie zawsze szczerze. Jan XXIII zainicjował soborową spowiedź przed braćmi i przed światem sprzymierzającym się ze śmiercią. Jan Paweł II wyprosił od Kurii Rzymskiej nabożeństwo pokutne, w którym część grzechów Kościoła zostało nazwanych z prośbą o przebaczenie.

Franciszek nie wylicza, z jakiego powodu trzeba przepraszać. Daje otwarty przykład, że trzeba prosić tak, jak się błaga o wszystko, by o żadnej potrzebie nie zapomnieć. Tak samo całość zgorszenia trzeba objąć wielkim żalem, przeszywającym bólem zranionego sumienia.

Franciszek kocha Kościół, kocha ludzi adoptowanych przez Miłosiernego Boga. Oni są gorszonymi przez grzechy cudze, przez wszystkich gwałcicieli dzieci. Ci są winni zwłaszcza, gdy swoimi czynami niszczą świadectwo i drogę do wiary. Jezus bronił dzieci i ludzi naiwnych jak one – zapowiedzią nieszczęścia, jakie ich dotknie, gorszego od śmierci przez rozmyślne utopienie.

Franciszek uważa, że ci, co przemawiają w imieniu zgromadzenia wiary, powinni najpierw przeprosić lud. Nie da się wyliczyć wszystkich „usterek” świadectwa ludzi Kościoła, zgorszeń, które nieśli i niosą, wiec dobrze uczynił Franciszek tak prosząc, jak prosił. Domyślam się też, że w sumie zgorszeń mieści się tez niedoskonałość, słabość, więcej – różne paraliżujące braki dorobku moralnego, na którym mógłby opierać się Synod. Synod nie przynoszący rozczarowania, taki, który byłby krokiem ku accomodata renovatio.

09:06, halina.bortnowska
Link Komentarze (1) »
piątek, 09 października 2015
Odnajdź miejsce, które kojarzysz z wykonywaniem wyroków śmierci. Pomyśl chwilę - wspomnij tych, co czekali na wyrok i tych, co obecnie mogą się go spodziewać. Są tacy. I dlatego święto 10 października jest potrzebne.
piątek, 02 października 2015

ŚWIATŁO PAMIĘCI O ANDRZEJU

 

CO MYŚLI ŚWIĘTA LIPKA?

NA GROBIE ANDRZEJA CHCIAŁABY ZŁOŻYĆ SWOJE LIŚCIE, TYLE SERC.

SERDECZNA PAMIĘĆ TOBIE, TOWARZYSZU DŁUGIEJ DROGI.

TO CENNE I PIĘKNE, JAK ZBLIŻAŁEŚ NAS DO SIEBIE REDAGUJĄC NASZ „SAMIZDAT”.

 

ANDRZEJ PRZYMUSIAŁA

ZMARŁ 26 WRZEŚNIA.

POGRZEB 2 PAŹDZIERNIKA.

 

DZIĘKUJEMY I ZA TO, I ZA WSZYSTKO!

 

12:00, halina.bortnowska , Zamyślennik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 września 2015

 

 

   Sierpień 1980.

   Najpierw niesłychane, nieprawdopodobne, elektryzujące wieści z Gdańska. A my tu, w Nowej Hucie. Jestem stąd i wiem, gdzie iść, aby się dowiedzieć i przydać – do pomocy. Odnajduję mały pokoik, pierwsza siedziba. Tu praca trwa, prawie w rytmie czterobrygadowym. Ja też najczęściej przychodzę pomagać o szóstej rano. Wielu jestem znana z parafii w Bieńczycach i ze szpitala, gdzie powstawało hospicjum. 

   A tu tworzymy Komisję Robotniczą Hutników – „KRH”. Ludzie porzucają „stare związki” podporządkowane PZPR,  przychodzą do KRH z pytaniami, z gotowością, z determinacją, by od początku łączyć się w to nowe, własne. Któregoś dnia wraca delegacja wysłana do Gdańska. Siedzimy w Sali, scena udekorowana lśniącymi bryzgami z wielkiego pieca. Są, jak zastygłe płomienie.

   Ci, co dotarli do źródła tego nowego własnego, opowiadają, co wiedzieli. Ktoś z nich mówi: „…będzie się nazywać „Solidarność”. Łzy nie tylko z moich oczu. Westchnienie. Jedno, wspólne, pełne radości potwierdzenie. Tak, będzie nasza Solidarność. Nasz NSZZ Solidarność.

                                                                         *

   Papież Jan Paweł II przeczuł ją pisząc dla nas i o nas Encyklikę o człowieku pracującym (Laborem Exercens). Potem nieraz mówił o Solidarności; on i ks. Józef Tischner, na niej budujący aktualną, konkretną etykę. Oczekiwałam słów Papieża o naszej sprawie KRH – NSZZ Solidarność. On jednak trzymał się mówienia o solidarności – ludzkiej postawie, cnocie, powołaniu, gotowości do „jeden za drugiego, jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”.

    Taki miał też być Związek „S”. Nie przestają za takim tęsknić. Ale najpierw trzeba się nauczyć i zdecydować tak żyć – solidarnie. Na przykład przyjmując uchodźców.

                                                                                                                 

21:58, halina.bortnowska
Link Dodaj komentarz »

Halina Bortnowska

                                         od nowa

                                          od początku

                                           aż do końca

Nasz dom, czyli długoletnie mieszkanie, był jak powoli butwiejące i coraz ciaśniejsze gniazdo. Ściany miał sklecone z książek i papierzysk. Nowe przedmioty i nowe wątki z trudem mieściły się, wpychane między dawne i zgłuszone. Wszystko pasowało do nas, przylegające niby wygodnie, ale przecież ciasno.  Od  pewnego czasu cały ten zastygły porządek przeszkadzał cokolwiek odkryć czy odnaleźć. Niekiedy odkrycia zdarzały się przypadkiem i były nietrwałe. Odnalezione znów ginęło. Przypominam sobie  song ze zgromadzenia Światowej Rady Kościołów w Uppsali w 1968 roku.  Opiewał on ”the paper river”, rzekę z papierów, daleką od życiodajnej roli prawdziwych wód nasycających zielone doliny. Nasz dom gęsto nasycony został papierową młaką.

   I oto – jak sądzę – pod koniec podróży staraniem dzieci i przyjaciół jest nam ofiarowana – w tym samym miejscu nowa i uderzająco nowa przestrzeń.

   Najlepiej demonstruje to podłoga.

    Była pokryta spękaną wykładziną i dywanikami, które z trudem maskowały stan wyczerpania możliwości. Teraz wygląda jakby składała się z wyszorowanych do białości prawdziwych desek. Jest tłem do tego, co się na niej odbywa: ludzkich stąpań i obrotów kół inwalidzkiego wózka. Ta podłoga jest pogodna i przytulna dla stóp także bosych. Łatwo znaleźć coś, co na nią  spadnie. Jest odpowiednikiem gładkiego białego sufitu, bez złowieszczych pęknięć. Może wrócą, gdy byle jaki budynek dalej będzie osiadał. Na razie sufit budzi optymizm, jak policzek kryty dobrym makijażem.

Rośliny.

   W naszym domu na 9 piętrze, poza zasięgiem spojrzeń ingerujących w prywatność, nigdy nie było  zasłon czy firanek. Ochronę przed upałem i przed ponurym jesienno zimowym światem wzięły na siebie nasze rośliny. Żyły z nami jak w naturze konkurując między sobą i wspierając się wzajemnie w dążeniu ku światłu dla siebie. Oddychały z nami, dla nas uwalniały nadwyżkę tlenu i wilgoci. Po remoncie czują się jak po zakończeniu działań wojennych. Mam nadzieję, że potrafią odrodzić piękne pędy i zdążą, nim coraz krótsze dni ograniczą wzrost. A potem pojawią się kwiaty. Na razie będzie kwitnąć za oknem. Na miejscach spalonych słońcem pojawią się wrzosy, wrzośce i lawenda.

30 sierpnia 2015.

21:56, halina.bortnowska
Link Dodaj komentarz »

Daleka rocznica powołania „S”. To było dawno, w innym świecie. Ale to prawda, to się

działo rzeczywiście. Różnie jest pamiętane, bo w różnych byliśmy miejscach. Dziś raz po raz

ktoś mówi i „karnawale” „S”. To się powtarza. Czuję w tym porównaniu obca nutę.   To, co

ja pamiętam – Komisja Robotnicza Hutników, opowiadanie się za „S”, wymagające

mobilizacji odwagi – to żadnego karnawału nie przypomina. Była radość, może szczęście, ale

na poważnie, z wysiłkiem, pośpiechem, by zdążyć, by się do tego zaliczyć, być wewnątrz nie

obok, by nie odmówić. Oni naprawdę byli wspaniali, ci hutnicy.

   Jaka krzywda, jaka szkoda, że przerwano nam – a nie korowód taneczny, lecz hartowanie

stali.

21:53, halina.bortnowska
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 września 2015
Dzieci szły płonącymi ulicami taszcząc dobytek wyciągnięty z mieszkania, które rodzina musiała opuścić. Najpierw do dworca Zachodniego, stąd pociągiem do Pruszkowa, tam obóz rozdzielczy. My - prawie natychmiast zgarnięci do bydlęcych wagonów. Dokąd? Nie ma kogo pytać.

Tagi: uchodźcy
10:57, halina.bortnowska
Link Komentarze (12) »
piątek, 07 sierpnia 2015

Szanowna Pani Profesor - Droga Pani Magdo,

Przepraszam, że nadal ulegam pokusie, by czuć się Pani nieproszonym coachem w kwestii dialogu niewierzący - wierzący.

Niedawna Pani wypowiedź "środowa" zawiera zdanie, że katechetki i katecheci "niczego nie uczą". Zabrakło tu doprecyzowania: czy tak się dzieje teraz, czy ma to być ocena generalna obejmująca funkcję katechetyczną od początków chrześcijaństwa?

Dlaczego katecheza jest oceniona jako "nic", jako nieprzydatna dla człowieka? Sama byłam katechetką w latach pięćdziesiątych i później. Myślę, że w ramach tej funkcji uczyłam wielu rzeczy, z których część Pani Profesor na pewno uznaje za ważne.

Ufam, że i współcześni katecheci, co najmniej niektórzy, uczą młodzież podstaw etyki, dbając o rozwój sumienia i poszanowanie sumienia innych.

Nawiasem: katecheci nie uczą "katechezy", oni ją uprawiają. Bo katecheza to uczenie podstaw chrześcijaństwa.

Zgadzam się, że katecheza nie powinna być wtłaczana w program współczesnej szkoły. By tak sądzić, wcale nie trzeba uważać, że w ramach autonomicznej katechezy ludzie niczego innych ludzi nie uczą.

Chociaż katecheza to nie lekcje religioznawstwa, jednak myślę, że ja, chrześcijanka razem z moją religią, jestem warta znajomości co najmniej tak, jak euglena zielona, równanie z jedną niewiadomą, czy kawałek historii starożytnej.

Łączę najlepsze pozdrowienia,
Halina Bortnowska

16:44, halina.bortnowska
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 sierpnia 2015

Jeśli wierzę w Boga – a ufam, że wierzę! – muszę stawiać Go przed wszystkim, ponad wszystkim; szanować Go we wszystkich i we wszystkim, co istnieje. Jego wola, Jego Prawo, jego Objawienie ma rządzić moim projektem życia. Chcę, aby tak było.

Chcę panowania Boga w moim życiu. Chce niejako na kredyt, bo wierzę, że On jest wierny, wszechmogący, miłosierny. Jednak nie łudzę się, że moje odgadywanie sensu prawd wiary jest wobec nich adekwatne, że dokładnie i konkretnie zaczynam już teraz, w życiu ziemskim, wiedzieć, co On objawia. Raczej sądzę, że jest to nam wskazane, a nie ukazane - nam, śmiertelnikom, przed ostatecznym spotkaniem.

To spojrzenie prowadzi do świadomości, że wiara żyjąc uczy tęsknić i mieć nadzieję na poznanie prawdy o charakterze określanym jako „mistyczny”, czyli zatopiony w tajemnicy.

Pozostawanie wewnątrz tajemnicy pozwala godzić pewność z wolnością od twardego uzależnienia od sformułowań, od historycznie uwarunkowanych rozstrzygnięć. Nie lekceważymy ich, lecz perspektywa tajemnicy skłania do pewnego rodzaju minimalizmu w podejściu do porządkujących syntez i wyprowadzania daleko idących wniosków. Owoc poznania wewnątrz tajemnicy jest do spożycia z pokorą, z naciskiem na to, że jest darem i zaledwie początkiem. Jest tym, co mamy „już”, a obok pozostaje „jeszcze nie”, obszar nie dopełnionego jeszcze życia.

Innymi słowy pragnę stwierdzić, że tego rodzaju poznanie religijne nie harmonizuje z żadną postacią fundamentalizmu.

Fundamentalizm to właśnie uzależnienie od sformułowań, ich sakralizacja, w ostatecznym rezultacie przekształcenie w testy lojalności. Sformułowania mogą i powinny wspierać wnikanie w tajemnicę, nie będąc jej opanowaniem, zamrożeniem, nieuznawaniem jej zdolności do rozwoju, odnawiania sposobu, w jaki oświetla życie. Fundamentaliści nie doceniają obszaru „jeszcze nie”. Odbierają szansę innym jeszcze niedojrzałym, nie widząc w sobie także nie dojrzałych.

Poczucie niewyczerpalności tajemnicy jest wartością samo w sobie, bo przybliża do prawdy, odpowiada jej.

Rzeczą istotną jest to, iż fundamentalizm prawdę zaciemnia. Myślę, że dlatego często prowokuje do nienawiści i wręcz do zbrodni. Wojny religijne na ogół miały zupełnie świeckie racje. Ale to fundamentalizm jako zjawisko umożliwiał ich okrucieństwo – rzekomo uzasadnione religijnie.

*

A dialog – antyteza fundamentalistycznego konfliktu?

Wyobrażam sobie najpierw dialog świecki, oparty na poczuciu, że drugi człowiek, inni ludzie są tajemnicą, która nas fascynuje. W kontakcie z nimi chcemy dojrzeć coś godnego poznania, ich inność, nie pozbawioną analogii z naszą innością od nich.

Z tego wypływa cenne przeświadczenie, że ci inni są nienaruszalni, co najmniej jak mrówki w strefie ochrony przyrody.

12:51, halina.bortnowska
Link Dodaj komentarz »

Proszę nie mówić "ile razy można?". Powstanie Warszawskie pozostaje w pamięci tych, co przeżywali je bezpośrednio, nawet jeśli byli wtedy dziećmi zdolnymi pamiętać. To mój przypadek. Dlatego zdecydowałam się wziąć udział w filmie "Powstanie zwykłych ludzi". Przy tej okazji znalazłam się w gronie innych "zwykłych ludzi", którzy mówili o Powstaniu nie sugerując, żeśmy je "wygrali". Ale też bez ślepoty na jego sens.

W naszym życiu ten zryw, ta próba jest faktem namacalnym i nieodwracalnym. Nie chcemy też zapomnieć tego faktu, odsunąć go od siebie. Ta pamięć to jeszcze jedna nasza danina - oprócz tego, co straciliśmy. Pamięć strasznych wydarzeń wciąż nas obciąża, ale nie wymawiamy tego powstańcom. Stwierdzam to w imieniu zwykłych cywilnych uczestników, jakimi byli uczestnicy filmu "Powstanie zwykłych ludzi".
Wiem, że na pewno nie wszyscy przebywający wtedy w Warszawie wyszli z tego z takim przeświadczeniem.

Nie podoba mi się wypytywanie młodych: "A wy? Czy poszlibyście do Powstania?". Nikt nie wie i naprawdę nie może wiedzieć jak by się zachował w takich okolicznościach. Ten, kogo obecnie pytamy, jest człowiekiem innego czasu. Nie można przeprowadzić "rekonstrukcji" takiego wyboru. Wyobraźnia to za słaba podkładka. Wyobraźnia nie może udźwignąć sytuacji granicznej. Myślenie o takich sytuacjach nie prowadzi do realnych decyzji. A często - do złudzeń na własny temat. Co gorsza: wyobrażenie sobie własnego przyszłego bohaterstwa i zasług, jakie się zdobędzie, może skutecznie prowokować bohaterstwo niedoszłe, urojone.
Tak było z Lordem Jimem, już u samego początku jego morskiego powołania. Nikt nie wie z góry, jaki wybór uczyni.

Pytać warto, ale raczej siebie niż bliźnich: czy noszę w sobie gotowość, decyzję in blanco - i chcę wziąć na siebie wypełnienie obowiązku, tego który mi przypadnie w konsekwencji tego, kim jestem? Za to czcimy powstańców warszawskich i ludzi im podobnych.
Obowiązek - słowo skrajnie niemodne. Ale nie potrafię się bez niego obyć. Dla mnie poczucie obowiązku to trwający efekt dokonanego wyboru: nie chcę zawieść, bo z własnej woli przyjmuję zobowiązanie.

12:46, halina.bortnowska
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 lipca 2015

Moich aktualnych 7 „co to, to nie”: dla wydmuszek, prześladowców, posłuszeństwa władcom, niedialogicznych kampanii, wrogiego ziela i...

1. Nie dla marginalizacji solidarności. Nie zgadzam się na marginalizację obecności chrześcijaństwa w świecie współczesnym, a szczególnie w jego części Polski. Polska - choć nie tylko ona - to pole, w którym zakorzenione są moje najważniejsze doświadczenia, przede wszystkim udział w Solidarności. A może raczej w solidarności, czy też w tym, co można zawrzeć między wielką a małą literą; bo chodzi mi tak o fakt historyczny, o miliony odpowiadające na hasło w 1980 roku, jak i o koncept, o przekonanie, że o to właśnie musi chodzić (to jest, czy byłaby obecnie taka na to hasło odpowiedź).

2. Nie dla wykluczania. Jednym musi chodzić o drugich, o to by żyć z nimi nie bez słabszych, nie bez innych, nie bez zrazu obcych. Nie bez starych, nie bez młodych. Z tymi, co dziecinni i z tymi, których chcemy począć. Nie bez ateistów, nie bez wierzących tak - a również inaczej.
Tego pragnę, na to chcę postawić, na to, co między S/s jakoś wcielone, tylko nie w „lidera”, lecz w szczegółowe, konkretne działania, w których urzeczywistnia się zasada „nie dla zysku”. To znaczy nie dla zysku mojego czy naszego, lecz wspólnego z całością. Ta „całość” może być tylko LUDZKA, a każdy inny jej zakrój byłby kaleki, skoro bylibyśmy amputowani jedni od drugich, choćby nieznanych.
Udział w Sierpniu'80, w wydarzeniach tego czasu, te wspomnienia wciąż mnie przekonują, że to mogłoby być możliwe.

3. Nie dla wydmuszek. Ten tekst prosto ze snu wylał się na papier. Zawarty w nim patos, obłędna nadzieja, że jednak... w gruncie rzeczy mnie zawstydza. Ale innego źródła napędu nie znajduję. Wszędzie pełno wydmuszek, wydawania się. A w tym trzeba by naprawdę być, nie prowizorycznie.

4. Nie dla posłusznego podążania za władcami. Nie zgadzam się, by Kościół Rzymsko-Katolicki i inne Kościoły wywodzące się z Ewangelii Jezusa Chrystusa miały na zawsze wyrzec się jej społecznego sensu. Może potrzebny jest kolejny sobór nawiązujący do Jerozolimskiego (Dz. Ap. 15, 1-33), kiedy decydowano, czy Ewangelia ma zostać w obrębie żydowskiej wspólnoty i okazało się, że wolą Ducha Świętego i naszą jest wyjście w świat. Może współcześni chrześcijanie zdołaliby z Duchem Świętym udźwignąć taki ciężar i uznać prawdziwy koniec podążania za władcami żądającymi posłuszeństwa, koniec chowania ołtarzy za tronami.

5. Nie dla niedialogicznych kampanii. Problem jest w tym, że Kościół sam się marginalizuje. Dzieje się tak masowo mimo pewnych elitarnych prób idących - jak się wydaje, jak staramy się mieć nadzieję - w innym kierunku.
Myślę o próbach inspirowania dialogu, niestety o ile słabszych od zupełnie niedialogicznych kampanii typu contra-gender czy przeciw-in-vitro.

6. Nie dla Kościoła-prześladowcy. Co to, to nie! - nie godzę się na to, czuję się zgorszona, skrzywdzona, oburzona ilekroć widzę, że religia jest szerzona czy broniona kosztem ludzi wierzących czy niewierzących, którzy widzą w religii coś szlachetnego, strefę wolną od najgorszych przejawów znieczulicy, pychy i zagarniania pod siebie. A przede wszystkim od praktykowania pogardy, hejtu i mobbingu.
A więc ludzie Kościoła powinni trzymać się z daleka od tego, co może ich wciągać w role prześladowców. Sprawiedliwość, którą bracia wymierzają braciom, może być tylko naprawcza. Jeśli coś chcemy wynagrodzić Miłosiernemu Bogu, to znajdźmy ludzi, których krzywdę może dałoby się jakoś opatrzyć, zacząć proces gojenia ran.

7. Nie dla wrogiego ziela. Co to, to nie - nie może być tak, by społeczeństwo ćwiczyło się, w naszej obecności, jak żyć w okopach, unikając kontaktów, z których miałyby wynikać jedynie szkody.
Polska to wciąż jeszcze ugór, który powoli zmienia się w łąkę, ale wśród ziół pełno jest wrogiego ziela zwanego „barszczem”. Nieprędko uda się je wyplenić, nie wcześniej niż staniemy do tego razem. 

13:15, halina.bortnowska , Co to, to nie!
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 czerwca 2015

Kochana Lipko myśląca.

Czerwiec pozwala Ci wystawić śliczne okrągłe pączki, w których już się zbiera miód zapasów mądrości.

Słodkie drzewko, cieszę się, że już prawie kwitniesz, nie rezygnujesz. Za Twoją zdolność kwitnienia wyrażam wdzięczność nam wszystkim nawzajem, a w szczególności Andrzejowi.

Piszę ten list w poczuciu, że wciąż, mimo obezwładniającego starzenia się, właśnie my mamy pewien wspólny obowiązek dbania o spuściznę Wuja – o integralność jej przywoływania na potrzeby Polski zwłaszcza. Ja osobiście czuję, że w przekazie na różne sposoby „oficjalnym” występują znamienne luki.

Po pierwsze Wuj jest zbyt rzadko wspominany jako autor wielkiej encykliki społecznej: Laborem Exercens, o człowieku sprawującym pracę. Nie postawiliśmy tamy jednostronnościom neoliberalnej idei, że za etykę pracy (=solidarności) starczy pilnowanie gospodarki rynkowej. A z tym nie harmonizuje hasło encykliki: PRACA NIE JEST TOWAREM (długo go nie słyszałam ust hierarchów…). Droga Lipko – pomyśl, co ono dla nas znaczy?

A co możemy robić, żeby Franciszek mógł w Polsce dostrzec to dziedzictwo? To uważam za najdonioślejsze z punktu widzenia potrzeb świata.

Myślę, że moglibyśmy częściej przywoływać to, co Wuj przypomniał w nabożeństwie pokutnym. Można by treści w nim zawarte jeszcze uzupełnić. Są krzywdy dziejące się na złączach kontynentów i kultur. Jest nasza straszna ociężałość w pomaganiu – i nie tylko. Daleko też do praktykowania pokuty, do tego, by z racji chrześcijaństwa bywać znakiem pokuty. Chyba każdy z nas mógłby znaleźć w swoim kościelnym otoczeniu kogoś, kto byłby tym zainteresowany.

To jeszcze wcale nie wszystko. Ze smutkiem i niepokojem słyszę o tragicznym niedofinansowaniu hospicjów (gdy stawia się pomniki i kościoły...). Jan Paweł II jest autorem mało znanego i dotąd nie przepracowanego „Listu o zbawczym cierpieniu”. Tekst potrzebuje dziś nowoczesnej śmiałej ekspozycji. Nie jest apologią cierpiętnictwa (to my sięgamy po taką ideologię dla osłony zobojętnienia na cudze cierpienie). Także Franciszek nie ma w Polsce skutecznych naśladowców. Nie jesteśmy przygotowani do kontaktów z ludźmi zmiażdżonymi wojną. My zakładamy, że nasza kwota wyczerpana. To jednak nie jest godne cienia Lipki.

Halina Bortnowska

13:48, halina.bortnowska , Samorekolekcje
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 27 kwietnia 2015
Kim był dla mnie? Jak dla wielu - postacią z pokolenia starszych braci i ich kolegów. Był już młodym - mężczyzną, gdy ja jeszcze tylko dziewczynką. Z racji 10 lat różnicy wieku pamiętaliśmy to samo, choć z odmiennej perspektywy.
czwartek, 23 kwietnia 2015

Ta seria niedziel przesycona jest światłem, jakby odbitym od Szaty Przemienionego – Zmartwychwstałego. W tym świetle Kościół (czyli my, ochrzczeni) ma uchwycić istotne, na zawsze liczące się prawdy o sobie. Na Stole Słowa Dzieje Apostolskie – relacja o pytaniach, poszukiwaniach i o olśnieniu tym, co teraz wiadome, co potwierdzone w spotkaniach ze Zmartwychwstałym.

On jest obecny, stoi za ogłoszoną przez siebie Dobrą Nowiną.

W tym czasie mamy cieszyć się nie tylko tym, że Jezus żyje – żyje życiem człowieka pożywiającego się pieczoną rybą. Mamy z tego radość, radość niezwyczajną ale opromienioną wiedzą o Nim: KIM ON JEST [J 10,11-18].

Dobry Pasterz.

Dobry – to znaczy jaki?

Nie jest „najemnikiem”.

„Owce” nie są dla Niego narzędziem dorobku. Nie żyje z nich lecz dla nich.

Wszystkie owce (wszyscy my) są wybrane. I to na zawsze.

On ich nie opuści, chociaż ma ich tak wiele, te i na dodatek jeszcze inne.

Kiedyś zrobi z nich jedno zgromadzenie, jedno, jak jeden jest Pasterz z woli Ojca.

Jedna owczarnia – i On „wszystkim we wszystkich”.

Warto pamiętać, że nie wiemy, ani nie domyślimy się jak to będzie. Lepiej nie próbować wyobrażać sobie Rzeczy ostatecznych, by nie przywłaszczać sobie nie danej nam wiedzy. Rzeczy ostateczne są już, ale jeszcze nie w naszym pojmowaniu.

Szkoda byłoby przekręcać słowa o nich na własną modłę. Na przykład twierdząc, że „Jedna owczarnia” to miałoby być panowanie rzymskiego katolicyzmu? A przecież chodzi o świadomość, że tym jedynym co mamy jest imię Dobrego Pasterza, którym Go wzywamy.

***

Inna sprawa, która się poniekąd rozstrzyga w czasie apostolskim, to zrozumienie, że Jezus przybity do krzyża jest ofiarą (darem czci) i ofiarnikiem z własnej woli zjednoczonej, jednej z wolą Ojca.

To jest nauka Orędzia Piotra [Dz 4,8-12]. To jest prawda zbawcza – w przeciwieństwie do krzyku o „Żydach – Mordercach”.

***

Nasza modlitwa na ten czas – z zalecenia twórców liturgicznych tekstów: Psalm [Ps 118,1.8.9.21-23.26.28]

***

Kwiecień nachyla się ku Majowi – pora na wyraj! (I tak już odłożony, nieco późniejszy).

Wyruszamy na północny wschód, w stronę Niemna płynącego blisko, choć za granicą odgradzającą Grodno. Wciąż trudno tam o zasięg. Samorekolekcje będą płynąć w zeszycie a na Blogu w Myślenniku znajdą się z opóźnieniem, przesiane przez cienie sosen i zieleniejących brzóz. Powrót planuję dopiero pod lato (koniec maja lub później nieco).

Ale patrzymy w tę samą stronę!



19:59, halina.bortnowska , Samorekolekcje
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 kwietnia 2015


Antyfona: Z radością sławcie Boga, wszystkie ziemie, * opiewajcie chwałę Jego imienia, * cześć Mu wspaniałą oddajcie. * Alleluja. [PS 66(65), 1-2]

W tym czasie uczniowie poznają rzeczywistość, w której odtąd będą mieszkać. Mamy teraz – jedna po drugiej – niedziele wiary chrzcielnej. Samorekolekcje powinny prowadzić do ożywienia pamięci o Tajemnicy Chrztu, tajemnicy pozostającej tajemnicą, gdy zanurzamy się w jej blask.

Czy zdajemy sobie sprawę z potrzeby przylgnięcia do tego, co chrzest w nas sprawił i z aktualności obietnic chrzcielnych, które powinniśmy odnawiać – może nie tylko w Wielką Sobotę?

Myślę, że nie chodzi tu o jakieś skomplikowane wyznania, o wyliczanie „zobowiązań”, jakie chrzest wyraża.

Najkrótsza formuła wewnętrznie związana z dzisiejszą niedzielą to „Jezus jest Panem”. Co to znaczy? On sam teraz i na wieki! Będzie, jak jest, chociaż jeszcze tego nie doznajemy – jest wszystkim we wszystkich.

***

Czytanie z Dziejów Apostolskich [Dz 3,13-15.17-19].

Słuchając nauczania Piotra stawiamy sobie przed oczy Pana Jezusa – Jezusa, który jest Panem…

Sama się dziwię, jak to możliwe, że mając dziedzictwo tej nauki apostolskiej, przyznając się do niej – mogliśmy tyle razy i tak długo tworzyć społeczności określające się jako „chrześcijańskie”,  a jakby nie wiedzące, kto, z jakiego korzenia pochodzący, jest naszym Panem.

„Bóg naszych ojców, Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba, wsławił Sługę swego, Jezusa, wy jednak wydaliście Go i zaparliście się Go przed Piłatem, gdy postanowił Go uwolnić. Zaparliście się Świętego i Sprawiedliwego, a wyprosiliście ułaskawienie dla zabójcy. Zabiliście Dawcę życia, ale Bóg wskrzesił Go z martwych, czego my jesteśmy świadkami. Lecz teraz wiem, bracia, że działaliście w nieświadomości, tak samo jak zwierzchnicy wasi. A Bóg w ten sposób spełnił to, co zapowiedział przez usta wszystkich proroków, że Jego Mesjasz będzie cierpiał. Pokutujcie więc i nawróćcie się, aby grzechy wasze zostały zgładzone.”

***

Na Stole Słowa – tuż obok Dziejów List Janowy [1 J 2,1-5a].

Umiłowany uczeń – takim go pamiętamy, tłumaczy się swoim „dzieciom” w chrzcie, że pisze do nich (i do nas), by ustrzec od grzechu… Siłą przeciw złu, lekarstwem i wspomożeniem przeciw brakowi nadziei. Bo przecież Jezus nie jest postacią z przeszłości, odciętą od nas przez śmierć. On jest naszym Rzecznikiem, czyli ogniwem łączności z Ojcem. W Rzeczniku - Jezusie Ojciec widzi nas, jego przybranych braci.

Jezus nie na darmo mówi „Pokój wam”. Pokój – utrzymującym więź zachowanie przykazań.

***

Nie koniec na tym spotkaniu z Janem. Bo jeszcze w relacji Łukaszowej przywołanie doświadczenia z drogi do Emaus. Klamrą jest to, że Jezus niespodziewanie staje wśród nich. Nie jest ulotnym odczuciem. Przekonuje ich, że jest z nimi rzeczywiście nie jako duch – zjawa, lecz ten sam Żyjący. Aby o tym przekonać prosi o pożywienie. Ci, co widzieli, jak przyjmuje ziemski pokarm, stają się świadkami ostatecznego dzieła i daru.

„Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie, w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jerozolimy. Wy jesteście świadkami tego.” [Łk 24,35-48]



18:50, halina.bortnowska , Samorekolekcje
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 46