To zdjęcie
"trzynastego kosza
na ułomki"
prowadzi
do szczegółów
przedsięwzięcia:









Kliknij w okładkę poniżej
i dowiedz się
o "Co to, to nie".
Nowa książka
Haliny Bortnowskiej
z przedmową
Adama Michnika
i posłowiem
Jerzego Sosnowskiego:
"Co to, to nie.
Myślennik
Haliny Bortnowskiej",
książka, która
może stanowić
początek istotnej debaty
o tym,
jak nie wykluczać
i jednocześnie
trzymać standardy








W sprzedaży są jeszcze
ostatnie egzemplarze
poprzednich książek, wystarczy kliknąć w okładki:

Książka
"Wszystko będzie
inaczej"


Książka do czytania
w całości za darmo
w Cyfrowej Bibliotece Narodowej
Polona

- nie tylko
na Adwent


---

Jestem uparcie nazywana publicystką katolicką , bo wielu redaktorom zależy na tym, by pokazać istnienie opinii katolickiej tego typu, co moja. Uzupełniam paletę. Redaktorzy mogą się kierować szlachetnymi względami. Bardziej liczyłabym się dla nich jako reprezentantka Kościoła niż mogę znaczyć po prostu jako ja. Biorąc realnie - tak na pewno jest.

Może szkoda - ale ja nie chcę z tego korzystać. Czuję w sobie głęboką niechęć do uzurpowania sobie tytułu, który właściwie każdy może zakwestionować: w imieniu władzy piastowanej w Kościele, albo w przekonaniu, że lepiej wie, co się z katolicyzmem zgadza, a co nie.

Jako publicystka bezprzymiotnikowa jestem świadkiem swojej wiary wolnym i dobrowolnym. Każdy może sam ocenić, z jakich pozycji wychodzę, dlaczego mówię to, co mówię. Racje zawarte są w tekście, nie w podpisie piszącego. Proszę o tej deklaracji łaskawie pamiętać czytając ten blog i inne moje publikacje.

czwartek, 05 lipca 2007

Kilka spostrzeżeń, kilka ech tego, co mówiono podczas debaty w Fundacji Batorego. Organizatorzy chcieli namysłu nad przyszłością. Jest on rzeczywiście potrzebny i to bardzo pilnie. Ale zarazem jeszcze nie bardzo możliwy; przynajmniej dla mnie, chyba dla większości obecnych w sali im. Jerzego Turowicza. Dlaczego? Mamy wyrok Trybunału, mamy jego uzasadnienie, ale sytuacja, w której czytamy te dokumenty, pozostaje niejasna. Autorytet Trybunału jest kwestionowany w sposób, który musi niepokoić. A w ogóle trudno się spodziewać, by ci sami autorzy byli w stanie pracować nad prawem lustracyjnym w innym duchu niż dotąd. Nie zmieniając ducha najprawdopodobniej ułożą litery na nowo, ale tak, by znaczenie zapisu nie uległo istotnej zmianie. Słuchając wypowiedzi senatora Romaszewskiego nie nabrałam nadziei na inny obrót sprawy. Jeśli tak, to czekają nas powtórki wcześniejszych patów.

A czas biegnie. Z jego upływem – jak ktoś słusznie podkreślił w debacie – blednie i więdnie część argumentów przywoływanych w obronie twardej, bezwzględnej lustracji, bez liczenia się z jej społecznymi kosztami. Cóż to za zagrożenie szantażem może dziś jeszcze być poważne, istotne dla społeczeństwa? Szantaż może jeszcze wpływać na duchownych, a to ma znaczenie, bo w Kościele mamy wciąż gerontokrację. Ale przecież nie o Kościół w tej ustawie chodzi! Serio: nie grozi Polsce powrót do struktur PRL ani panowanie specyficznie post-esbeckiej mafii. Dzisiejsze zagrożenie mafijne ma inne źródła, inne katalizatory. W miarę, jak ten realny motyw lustracji schodzi z planu, więcej uwagi zyskuje inny, choć pokrewny. Nie ufamy – może słusznie – osobie, która naszym zdaniem pod wpływem szantażu mogłaby dopuszczać się czynów szkodliwych, wymuszonych na niej strachem. Nie ufamy tchórzliwym i tym, co mają się czego bać; mało komu w ogóle potrafimy ufać. Mądrzejsi niezbyt ufają sobie samym.

I słusznie – i bardzo źle, bo to paraliż. Możemy reagować skrajną nieufnością na samą wiadomość, że dany człowiek, wprawdzie nie teraz, lecz kiedyś, 20 lat temu, być może zdjęty strachem, być może zaprzątnięty własnym interesem, być może zdezorientowany, dopuścił się “współpracy” z aparatem bezpieczeństwa, trudnej zresztą do opisu i oceny poza tamtym historycznym kontekstem. Możemy już nie ufać kolejnym osobom, których pewne czyny i pewne rozmowy przed laty spisał funkcjonariusz Aparatu, a jego aktywności sprawozdawczej będzie przysługiwać domniemanie prawdy (jakby to pisał szykując się na stawiennictwo przed tronem Boga). Trybunał – jak mi się zdaje – nieco to domniemanie zakwestionował, ale tylko ubocznie.

To zresztą nie jego rola, lecz historyków, krytycznych znawców metod badania źródeł. Winna temu polityka wobec historii? Biedna Muza Klio, utrzymanka? Jeśli mowa o przyszłości, to na dalszą metę marzę o renesansie badań historycznych w Polsce, prowadzonych bardziej w duchu ostrożności poznawczej, pamięci o tym, że w granicach nauki dochodzimy tylko do hipotez, które są otwarte na próby falsyfikacji i szereg takich prób muszą przejść zanim zdobędą status poważnych hipotez, na których może się wspierać paradygmat – szeroka wizja, czym TO było, na przykład czym był w różnych dekadach PRL. Marzę też o tym, by krytyczne metody naukowe miały zastosowanie w lustracyjnej kryminologii. W tym celu eksperci muszą pozostawać w swojej roli. Rola sędziów jest inna. Jeśli sędziowie zostawiają pole historykom, to po to, by kontynuowali proces badawczy, który nigdy nie kończy się wyrokiem.

Młody badaczu, jeśli chcesz być uczonym adeptem historii – uciekaj z IPN, uciekaj od zabójczego przywileju wyrokowania. Ale nie opuszczaj historii najnowszej. Powinniśmy wszyscy, także świadkowie tamtych czasów, poznawać tę historię dzięki twojej wytrwałej, mrówczej pracy, dzięki ocalaniu źródeł i świadectw, dzięki waszemu wysiłkowi uzyskiwania i oglądania panoramy szerszej niż się da zobaczyć przez szparę. (Serdecznie myślę o znanych mi osobach, które próbują to robić).

13:12, halina.bortnowska , Nb
Link Dodaj komentarz »

Jak pisze Orliński w DF, w języku malajskim "koro" to głowa żółwia, która co raz to chowa się w bezpiecznej skorupie, znika. Abstrahuję od dalszych konotacji tego zjawiska, którymi zajmuje się Orliński. Choć analogię można by było dalej rozwijać... Mój pomysł: ludzka pamięć jest też płochliwa, właśnie jak głowa żółwia. Potraktowana niedelikatnie cofa się w głąb, czai się tam, coraz dłużej bez kontaktu ze światem. Ludzie pozornie pozbawieni pamięci historycznej - to efekt władczych zapędów, prób tresowania pamięci, karania i wynagradzania za to, co w niej tkwi i, zależnie od dyrektyw, bywa ujawniane lub nie. Ważna, pożyteczna debata Fundacji Batorego (26 czerwca): "Pamięć jako przedmiot władzy". Po kilku dniach badam, co zostało w mojej pamięci, jakie trwają echa słuchania prawie czterogodzinnej wymiany poglądów (najpierw panel, potem uczestnicy z sali).

Dlaczego myślę właśnie o wypowiedzi prof. Darii Nałęcz? Odebrałam jej stanowiskojako niestety odosobnioną obronę autonomii pamięci, jako ludzkiego prawa jednostki. Ja też nie chcę, by pamięcią manipulowano, by ktoś ją miał nastrajać na określone tony, dyktować skalę, typ zjawisk do utrwalania. "Pamięć to nie to samo, co historia" - jak ktoś podczas debaty zaznaczył. Człowiek sam ma ograniczoną władzę nad swoją pamięcią; przecież nie zapamiętuje, a zwłaszcza nie zapomina, gdy to sobie rozkaże. Także siebie samego może tylko namawiać do określonej strategii wspominania, pracy nad pamięcią, komunikowania wspomnień i dopuszczania ich do wpływu na decyzje. Kojarzy mi się to z Trauerarbeit - pracą żałoby, o której pisał Mitscherlich. Mówimy, że pora już, by odżałować coś, co pamiętamy. Znaczy to, że przeżywanie żalu warto zakończyć, uwolnić się, a to, co bolesne, pamiętać jakby w innym świetle. Do tego się dochodzi. Niestety różne polityczne inicjatywy, wtrącanie się, krzyki, obietnice i groźby przeszkadzają w pracy odżałowania. Głowa żółwia znika. A przecież do pracy odżałowania trzeba się zabrać teraz, bo nie każdy będzie żył 80 lat. Myślę, że w trudnym wspominaniu potrzeba pomocy sztuki. W tej chwili jako pomocnik przychodzi mi na myśl Myśliwski.

**

Mówiono o "polityce historycznej". Nie zauważyłam, by ktoś skomentował uderzającą dwuznaczność tego hasła. "Polityka historyczna" może być polityką wyprowadzaną z historii, żyjącą i żywiącą się tym, co przeszło lub powinno przejść "do historii", czyli poza obręb aktualnych kwestii domagających się decyzji, rozstrzygnięć, akcji. Jest to polityka determinowana przez to, co było, a niekoniecznie jest, a tym bardziej wątpliwe, czy jutro będzie. Z tak rozumianą polityką historyczną polemizowano. Dla mnie bardziej interesująca byłaby dyskusja, a raczej sprzeciw wobec "polityki historycznej" jako polityki w sprawie nauki zwanej historią. Pisząc "historię" (np. jej europejski podręcznik) tym samym ruchem tworzy się też "historię", następny rozdział dziejów, bo to, co napisane, przenika w świadomość, w wizję świata czytelników. Politycy będą na tym polu działać, popierać jedno, lekceważyć lub zwalczać drugie. Jak się im przeciwstawiać? Jak zachować autonomię pracy badawczej (tylko uczciwe jej wyniki formułowane w duchu wielkiej ostrożności poznawczej mogą naprawdę dobrze zrobić czytelnikom). - Tyle na dziś. Przepraszam! Przypominam, że to nie jest sprawozdanie z debaty. To tylko notatki na marginesie. Przywilej blogistki: "Nota bene".

10:35, halina.bortnowska , Nb
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 lipca 2007

Wreszcie powoli, powoli dotarł z Krakowa 625 – czerwcowy numer miesięcznika “Znak”. To zawsze przeżycie. Malutkie święto. Kontakt z pismem, które znam od pierwszych numerów, przez ponad 20 lat byłam jego akuszerką. Teraz inni, choć w składzie “Zespołu”, honorowego gremium wciąż jestem. Przyznaję się: najpierw zaglądam, czy jest i jak wygląda wydrukowany mój tekst: “O różnych godzinach”. Potem przegląd całości, częściowo znanej z rozmów. Na okładce czerwcowego “Znaku” - “Dzieci” Makowskiego. Obraz, który zawsze uważałam za dziwny, trochę przerażający. Ma o dwa lata więcej ode mnie. Już tak długo można patrzeć na drewnianość i smutek kukiełek, przywołujące krzywdy dzieci trwające dłużej, niż się wydaje krytykom XX wieku (i początków XXI). Tytuł numeru: “Szkoła przymusu czy szkoła dialogu?” trafnie określa alternatywę, do której raz po raz wracamy. (Porównajcie: www.ken.org.pl; www.warszawskieforumoswiatowe.pl; www.protestnauczycieli.pl).

Piszę zanim zdołam poznać większość tekstów (zawsze to samo usprawiedliwienie: ile to czasu trzeba, by WYSŁUCHAĆ słowo po słowie, zamiast rzucić okiem). Co mnie uderza w spisie rzeczy: że tyle o odpowiedzialności – jakby to był motyw wiodący w myśleniu o sprawach szkoły. To chyba rzadkość – na ogół, w różnych debatach widzi się częściej strach PRZED odpowiedzialnością, niż poczucie, że jest ona nieunikniona i że rozliczą nauczycieli nie tyle obecne władze, co osoby z pokolenia teraz wychowywanego. Z obfitości materiałów o szkole (do której i ja sama się dokładam przez swoje “Zwierzenia na tematy szkolne”) wybieram niby to niepozorny tekst Agaty MIGAS w rubryce “Społeczeństwo nieobojętnych”: “Odpowiedzialność szkoły a kształcenie osób niepełnosprawnych”. To w tym tekście znajduję zdanie, które – moim zdaniem - stanowi klucz do myślenia o szkole i odpowiedzialności: “... Możemy mówić o niepowodzeniach szkół w nauczaniu dzieci, ale nie powinno być dzieci z niepowodzeniami szkolnymi ...”. Dzieci czasem cieszą się – tak na oko przynajmniej – pełnią “sprawności”, Ale to pobieżne spojrzenie nie wystarcza. Mam wrażenie, że w wielu przypadkach szkoła, a obecnie już z reguły władze szkolne nie widzą dzieci, nie przyglądają im się z serdeczną uwagą. I jednocześnie właśnie w dzieciach, a nie w sobie szukają winowajców “niepowodzeń”, spadku poziomu wiedzy i umiejętności, trudności wychowawczych. I rzeczywiście chodzi nie tylko o dzieci tzw. “niepełnosprawne”. To niestety zjawisko szersze. Dzieci oczywiście też powinny czuć się odpowiedzialne za siebie i kolegów. Ale to szkoła ma organizować trening odpowiedzialności. A obecnie obserwujemy raczej trening odwrotny. Krótkie rozważanie Agaty Migas to ważny tekst dla nieobojętnych. Pozostałe przeczytam pamiętając, czego mnie nauczył.

11:41, halina.bortnowska , Czytam
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 czerwca 2007
Do natury blogowania należy dawanie upustu wrażeniom i emocjom. Robi się to szybko. Całe szczęście, że równie szybko można tekst uzupełnić, dodać dalsze wnioski. Dziś wiem już, że nie jest tak źle, jak mi się wydawało: pępowina łącząca Polskę z jej europejskim łożyskiem jest mocniejsza, niż myślałam. Spoko. Jednostronna deklaracjaa to gest, który nadal budzi niechęć do gestykulujących, ale nie ma praktycznego znaczenia, nic w dotychczasowej sytuacji nie zmienia. Nie da się nas cichcem wyłączyć. To dobrze. Odwołuję alarm, ale czujność polecam. Koniecznie trzeba przeczytać, co pisze Wojciech Sadurski w GW (29.06): "PUSTA DEKLARACJA KACZYŃSKICH"
10:14, halina.bortnowska , Co to, to nie!
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 czerwca 2007
Chcę dla siebie i dla wszystkich w Polsce tych samych praw i wolności, jakie mają inni obywatele Unii Europejskiej. - Wrócę do tego tematu obszerniej, ale teraz już zaraz muszę to krzyknąć. Kto śmie nas pozbawiać którejkolwiek z możliwości ochrony naszych praw?! W imię czego? Kto nie chce, zawsze może nie korzystać. Czy wątpliwa większość może zamknąć Polskę, odcinając nas od pełnego uczestniczenia w tym, co było i jest naszym światem? Mogę zrozumieć, że Anglicy potrafią się obyć bez karty praw podstawowych. Ale my? Proszę o wiadomość, gdzie powstaje miasteczko namiotowe w tej sprawie! Może ktoś młodszy ode mnie zajmie się tą sprawą, nie po fakcie – TERAZ.
19:46, halina.bortnowska , Co to, to nie!
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 25 czerwca 2007
Do Jabłonny inicjatorzy wydarzenia – Institute for Jewish Policy Research oraz Collegium Civitas - zaprosili kilkanaście osób na wielogodzinną sesję, seans – chwilami ucztę rozmawiania. Przedsięwzięcie godne pięknych salonów, wypełnionych powietrzem napływającym przez okna wychodzące na park z rabatami róż w pełnym rozkwicie...
Zastanawiam się, jak coś z tego rozmawiania utrwalić, jak się tym podzielić z osobami, które w tym gronie rozmówców czułyby się na swoim miejscu?
Ale czy znam wszystkie takie osoby i mogę posłać im listy? Z całą pewnością – nie. Mam więc pokusę, by rozwiesić swoje i zasłyszane myśli w internecie – na tym blogu – na  żer wędrujących wyszukiwarek, którym ktoś dał hasło, wpisując na przykład szukaj “res publica”.  Obok pokusy zaraz wątpliwość: urokiem tego seansu była prywatność. Chyba wszyscy w nią uwierzyli – rzecz dziwna. A więc rozgłaszanie, co kto powiedział, graniczyłoby z plotkarstwem. W dodatku jeszcze i ten mój problem: nie widząc dokładnie kręgu twarzy wokół stołu nie zawsze wiem, komu przypisać jakieś ważne stwierdzenie czy pytanie. Rozmowę odbieram jako kontredans pojawiających się i znikających postaci i myślowych obrazów, rysujących się w związku z pochwyconymi wypowiedziami. W tym wszystkim sekwencje skojarzeń, serie przypomnień, znamienne wątki, powracające pytania.

Rozważywszy pro i contra spróbuję zastosować – rozwinąć, udoskonalić – wcześniej już używaną formę “Nota bene” – notatki na marginesie nieistniejącego albo tu nieujawnionego tekstu. Ten margines to moje terytorium, wypełnione echami, komentarzami do dyskursu, który śledzę.
Na echa z Jabłonny nakładają się echa rozmów po powrocie. Na przykład tej we czwartek. Nie zawsze wiem, komu które echo zawdzięczam. Ale wiem, co jest ważne. A więc – NOTA BENE!
Res publica
Res:   Rzecz  - powszechnik: byt, dobro.
Rzecz – coś, rzeczywistość. Ale też “sprawa”: “o rzecz naszą idzie”
Publica – wspólna, ta sama dla wielu podmiotów, łącząca podmioty, rzecz dzielona, ale przez ten podział nie tracąca swojej jedności, całości. Dobro użyczane, przyswajane, moje ale przez to nie mniej twoje, nasze, bo razem o nie dbamy, a bez naszego wspólnego dbania – to dobro ginie. Wyrwany z całości, zawłaszczony fragment nie daje tego, co dawał włączony w całość.

Przyglądam się konstrukcji domu, przez który powietrze spokojnie przepływa, patrzę na ludzi otwierających i przymykających okna: powietrza dość dla wszystkich.
Obfitość dobra wspólnego - konieczny warunek szczęścia.

Obraz – może z kazania Skargi przypatrującego się konwentyklom sobków i warchołów: biedna res publica, polska Rzplita jak postaw sukna rozdzierana, gdy każdy bez umiarkowania ciągnie w swoja stronę. A wtedy to sukno było jeszcze dość nowe, a teraz? Zetlałe, nadszarpane po brzegach.

Z “Czwartku”: czy da się opisać dobro wspólne, kształt respubliki w czystych kategoriach praw i wolności człowieka – jednostki?

Dobro wspólne jako wartość. Oznacza przejście do innego języka – tu wydaje się to pożyteczne. W intuicji “wartości” kryje się zobowiązanie do troski, do starania, poczucia, że to staranie jest rzeczą godną, właściwą, zaszczytną. Niewierność w stosunku do uznanej przez siebie wartości (uznanej, bo dostrzeżonej z pociągającą siłą) – niewierność temu, co stanowi wartość, jest niewiernością sobie, zaparciem się własnej treści.
Czy tak jest widziana, tak doznawana res publica – nasze wspólnie wdychane powietrze, niezliczone więzi między podmiotami - obywatelami, mieszkańcami terytorium odpowiedzialności?
Res publica to więzi wynikające z wdzięczności niezliczonym i nieznanym dobroczyńcom, więzi niespłaconych długów wobec nich, szczególnie wobec tych, którzy dziś mniej uczestniczą, do których nie dociera należny udział w tym, co wspólne.

**
Echo pochodzące z mojego własnego wnętrza wywołane tym, czego słuchałam: ja nie jestem w stanie zatrzymać się w jakimś punkcie, gdzie miałaby kończyć się res publica, a zaczynać? Co miałoby istnieć za tym wyznacznikiem? Inna res publica należąca wyłącznie do “innych”? Jak “nasza” do “nas”. Może ktoś postawił szlaban, ale ja za barierą widzę to samo, co po tej stronie. Ciąg dalszy spotkań z innością innych (tych “drugich”, nie będących tworami mojej wyobraźni) i ze swojskością człowieczeństwa. Człowieczeństwa istotniejszego od tego, co różni i dzieli ludzi od ludzi.
Res publica ludzka, jedna (i niech się zbyt ostro nie oddziela od międzygatunkowej res istot żywych).

**
Jak się pomieścić wspólnie w jednej sieci zależności – każdy przecież ze swoją tożsamością osobistą i tą drugą, trudną do odróżnienia, konstytuującą ważne tożsamościowe grupy? Tak to w tych rozmowach wyszło, to podkreślano: ludzie silnie przeżywający swoją wyróżniającą tożsamość, wydzielającą ich spośród grona podobnych zdają się potrzebować konfliktów tożsamościowych, czasem wręcz delektują się nimi. Ale niekiedy już sama obecność “innych” objawiających swoją tożsamość jest przez nich odczuwana jako przykre zagrożenie. Dzieje się tak zwłaszcza w przypadku ludzi niepewnych swojej tożsamości, liczących na homogeniczną grupę jako źródło siły i pewności.

**
W salonie, wokół pryncypialnie okrągłego stołu wielekroć podkreślano z różnych stron, że w Polsce brak kultury różnienia się bez agresji, z poszanowaniem prawa “innych” do ich inności.
My sami też różniliśmy się między sobą – było to zamierzone. Inicjatorzy chcieli skupić rozmówców, którzy mają coś do rozważenia, coś do roztrząsania w dialogu, nie w monologu.
Co sobie uświadomiłam dzięki tym rozmowom? Interesuje mnie praktyka dialogu w różnych kwestiach, to przede wszystkim, lecz także refleksja nad dialogiem jako zjawiskiem.
Wywiad dziennikarski jest rozmową, ale szczególną, z własnymi regułami. Podobnie nie wszystkie rozmowy na ważne tematy są dialogami. Opowiadam się za takim sensem terminu “dialog”, w jakim występuje on na przykład w ruchu ekumenicznym. Dialog to nie negocjacje, choćby najbardziej pokojowe i przyjazne. W negocjacjach strony chcą coś od siebie nawzajem uzyskać, czemuś zapobiec, coś poprzeć. Optymalnym efektem negocjacji jest udany kompromis, sprzyjający lepszej przyszłości obu stron, razem lub osobno. Dialog jest czymś mniej i czymś więcej. Tu w grę wchodzi tożsamość, nie zmierza się do ustępstw, do przekonania partnerów, by zmienili stanowisko. Chodzi o to, by to stanowisko naprawdę odkryć, zobaczyć, by pojąć, na czym się ono zasadza, jaki świat wewnętrzny jest obudowany wokół przekonania, z którym się zaznajamiamy. Dialog zakłada głębokie uznanie godności partnera i jego prawa do pozostania tym, kim jest. Nie da się uczestniczyć w dialogu z pozycji władzy ani z pozycji klienta. Jeśli partnerzy są przede wszystkim ciekawi siebie – to dialog może się udać!

Spisałam tu swoje założenia w kwestii “czym jest dialog”, ukształtowane w wielu różnych środowiskach, sprawdzane, wykładane. (Nawiązuję tu do przyjętej przez siebie nie po to, by się kłócić o słowa, lecz by przypomnieć o zjawisku na tyle specyficznym, że zasługuje na osobną nazwę: może “rozmowa typu delta”? Można niestety korzystać z ośrodka nazwanego “Centrum Dialogu” po to, by wynegocjować albo wymusić kapitulację “strony przeciwnej”).
Istnieje coś takiego, jak przedproże dialogu. Faza przedwstępna i wstępna. Do tej fazy należy ostrzeżenie rzucone przez jeża do drugiego jeża “Nie zbliżaj się za bardzo, przecież mamy kolce”. Przypomniałam w Jabłonnie rozmowę jeży, gdy zapytano: “jak możemy się pomieścić we wspólnej res publice z naszymi odrębnymi, kontrastującymi tożsamościami?”.

Uprzytomniłam sobie, że Respublika musi być przestronna. Potrzeba miejsca na balet jeży.

**
Inna sprawa: ważny jest język, obrazy, które przywołuje. Te obrazy są potrzebne i niebezpieczne przez swój ładunek emocjonalny. Przykład: “w Polsce Kościół (rzymsko-katolicki) to czarna chmura nad Respubliką”. Ktoś dzieli się szczerze swoją wizją, we mnie wbijają się pierwsze kolce.
Należąc do tego Kościoła, inaczej go widzę – całkiem innym jest dla mnie obłokiem, choć konkretną krytykę jego wypowiedzi i zachowań z żalem podzielam. Jak w kwestii zbrodni w Jedwabnem. Czarną chmurą jest dla mnie endecka, antysemicka orientacja niektórych (wielu!) duszpasterzy, przerażające zaślepienie, którego przetrwalniki nadal są obecne.
Kiedy i czy w ogóle da się niewierzącym odsłonić, czym jest dla wierzących ich należenie do ludu-Bożego-w-drodze? (Jak my tą drogą wędrujemy?...)

Nie spisałam wszystkich ech rozmawiania w Jabłonnie. Będę się jeszcze odzywać, towarzyszyć różnym próbom dialogowania. Więc może ciąg dalszy nastąpi? Albo podobna rozmowa tu się rozwinie?

24.06.07

16:29, halina.bortnowska , Zamyślennik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 czerwca 2007

Myślę o nich, o ich trwającej akcji jakby z bliska - to mnie dotyka, bo cokolwiek znam ich świat, ten najbardziej swoisty, szpitalny. Znam szpital z perspektywy nie tak często eksploatowanej - byłam tam - byłam jego cząstką jako wolontariuszka hospicyjna. To było dla mnie jakby wczoraj, ale naprawdę dawno temu. Początki jeszcze przed Solidarnością? Wtedy - już wtedy - pielęgniarki aspirowały do mojego statusu bezpłatnego pracownika. Chętnie deklarowały, że za swoje pensje pracują co miesiąc do dziesiątego, a potem przez resztę dni jako wolontariuszki, bo kochają swoja robotę, kochają pacjentów, a i lekarze, niektórzy, dają im przykład. Weźmy doktora K. On w prezencie przyjmie tylko kwiatek z działki albo ciasto, co rodzina upiecze i cały personel obczęstuje.

Gotowość do protestu była i stuprocentowe racje. W 81 roku Komisja Robotnicza Hutników w Kombinacie im. Lenina wśród swoich postulatów miała podwyżki dla pielęgniarek: upominamy się o to, bo one same strajkować nie mogą (tak uważano wtedy). Było to zobowiązanie trwałe: jak coś dla nas, dla załogi, to też da nich. Po ludzku, bez względu na struktury, bo szpital był miejski, nie zakładowy.

Wspominam to nie pierwszy raz, bo wraz z wolnością przyszły pielęgniarskie strajki. Zawsze oceniane z dużą dozą ambiwalencji. "Bo należy im się więcej - ale od łóżek odchodzić nie powinny". Jeśli tak uważamy, to przyznajemy w 2007 roku, że pielęgniarki długo czekają na to, by ktoś je w swoim proteście skutecznie uwzględnił. Nie mówiąc już o bardziej adekwatnym uwzględnieniu w planowaniu i podziale środków, w kosztach funkcjonowania społeczeństwa.

W ogóle za mało się u nas pamięta, z czego się składa ochrona zdrowia: że w pewnej mierze z leczenia (cure), ale jeszcze istotniej - z opieki (care). Bez pielęgniarek ani tego, ani tamtego nie będzie. Osoby, które nas leczą i zapewniają opiekę, mają prawo do rozmowy pełnej szacunku, z kim tylko zechcą rozmawiać. Oczekujemy, by uważnie słuchały skarg i próśb pacjentów. To wstyd nie mieć cierpliwości dla nich.

12:21, halina.bortnowska , Zamyślennik
Link Komentarze (4) »
czwartek, 21 czerwca 2007

Naprawdę myślę, a nawet często zamyślam się nad przygotowaniem niektórych potraw. Swego czasu asumpt do tego dała mi angielska książka z francuskimi przepisami: "Fit for a Bishop". Francuski stary proboszcz, gdzieś z południa, komentuje w niej kuchenne wyczyny swojej siostry. Nie są zamożni, ale nie marnuje się darów Bożych na tej plebanii. Zupę z czerstwego chleba i odrobiny oliwy można przyrządzić tak, że Biskup poprosiłby o dolewkę.

Gotowanie może być czynnością kontemplacyjną, może też służyć do wyrażania i umacniania ducha dnia spotkania święta (dlatego są specjalne przepisy w rekolekcyjnej książeczce "Już / jeszcze nie").

A więc dorsz na okres długiego dnia.

Wybieram kilka już dojrzałych cebul, takich letnich. Niech będzie złocista i biała cukrówka, i czerwona, której przekrój jest świetną grafiką ozdobną. W postaci piórek cebule duszą się w jeziorku oliwy zaprawionej grudką masła. Teraz pokrojone marchewki, pietruszki i seler wraz ze swoimi jeszcze nie rozwiniętymi listkami. Gdy się to pod przykryciem dusi - jeszcze paski czerwonej papryki i ząbki czosnku (nawet z całej młodej główki). Osolić, dodać zioła prowansalskie, pieprz utłuczony, kminek mielony. Na wierzchu ułożyć wymoczone w mleku płaty dorsza (bez skóry) i sporo ćwiartek dojrzałych pomidorów (też bez skórki). Ta potrawa powstaje krok po kroku. Po dodaniu ryby i pomidorów można już rozstawiać talerze, niech biesiadnicy myją ręce i siadają.

Do kompozycji należą jeszcze liście laurowe wsunięte dookoła patelni.

Przed rozpoczęciem jedzenia posypać siekanym koprem, listkami pietruszki i koniecznie bazylii. Sami zdecydujcie, co do tego: ryż? makaron? fasolka szparagowa? chleb? sałata (tylko nie ze śmietaną)?

Dobre też na zimno.

13:00, halina.bortnowska , Zamyślennik
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 czerwca 2007

W parku w Jabłonnie od bardzo dawna - od kiedy! - rosną coraz potężniejsze topole. Mają w sobie coś z majestatu sekwoi. Sięgają gdzieś wzwyż ponad inne, stłoczone obok drzewa. Przy pomocy lornetki oglądam pnie, odcinek po odcinku. Spękana kora. Wewnątrz, pod nią delikatne, miękkie drewno.

Idealny kompozyt? Kolumna życia - jakie tam krążenie soków, jakie filtrowanie, przenikanie, przesyłanie bodźców, wędrówka sygnałów i pakietów energii, od skórzastych, lśniących listków na szczycie drzewa po korzenie wszczepione w próchnicę i piach, w mokrą glinę, w caliznę pod tym wszystkim.

11:16, halina.bortnowska , Zamyślennik
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 czerwca 2007

"Keep my grave clean" śpiewa Bob Dylan. Potem ktoś inny jedną z niezliczonych wersji skargi, dla mnie wciąż przywołującej obrazy 11 września "... how fragile we are". To się rozszerza, płacz obejmuje całą nad wszystkim dominującą kruchość niekoniecznego, przygodnego bytu. Czego może pragnąć człowiek postawiony wobec własnej kruchości i nieobliczalności innych?

Można powiedzieć - zrywając z niepamiętną tradycją - że grób jest nieważny. Nieważne losy ciała, zwleczonej sukni, nieważne wszystko, co zależy od ludzi.

Wierzę w spotkanie JUŻ dokonane, więc i w spokój wieczny R. K., cokolwiek napiszą  felietoniści i publicyści niby to przekonani, że odsłaniają przed społeczeństwem "prawdę" o tamtej epoce, podczas gdy mają do dyspozycji tylko żałosne strzępy informacji zbieranych w podłym celu, po to, by dzielić i trzymać władzę, przecież nie w trosce o prawdę, która dobrze zrobi potomnym. Coraz częściej myślę, że w tych cetnarach szpargałów czyhają na czytelników uśpione, ale zdolne do działania wirusy. Ci, co się w te dokumenty wczytują, niepostrzeżenie zapadają na coś w rodzaju choroby Alzheimera o specyficznym przebiegu. Tracą krytycyzm, zapominają o zasadach naukowej metodologii. Nie potrafią już wątpić, przyjmować coś za hipotezę, za interpretację możliwą, ale nie jedyną i konieczną. Coś się też z nimi dzieje w zakresie emocji: tracą subtelność, niknie zdolność do współczucia. Zawiedli się na ludziach, więc rośnie siła pogardy szukająca ujścia. Język też ubożeje, skrycie upodabnia się do języka dominującego w zawirusowanych źródłach. Wreszcie nieopanowana gorączka, pośpiech: jakby chodziło o ratowanie z pożaru, z powodzi. A przecież czas już dawno przeciekł.

Byłoby warto pospieszyć się z wynagradzaniem krzywd ofiarom, które jeszcze żyją. Nie pocieszy ich i nie uzdrowi fala prawdziwych i fałszywych świadectwo podłości, małości, słabości. 

A nieżyjący już, teoretyczni właściciele teczek złej pamięci o upadkach prawdziwych i sfingowanych? (co jest już najczęściej nie do rozróżnienia). Uważam, że należy im się immunitet. Na wiele lat, aż będzie pewność, że jeśli ktoś chce sięgać po teczkę, to w interesie solidnej pracy dającej adekwatny obraz epoki i osoby. Kary ulegają zatarciu i słusznie. A sąd nie bierze się za sprawy przedawnione, więc niezrozumiałe, źle zaświadczone i już nieważne w świetle tego, co potem...

Na grobie RK chciałabym żydowskim zwyczajem położyć kamień. Nie mały kamyczek, lecz porządny głaz - jak głazy Druidów - nie do udźwignięcia. Aby ten grób pozostał nienaruszony, z takim kamieniem, jako świadectwem żałoby i wdzięczności za opisywanie świata.

14:45, halina.bortnowska , Zamyślennik
Link Dodaj komentarz »

Jeden z motywów mojej rekolekcyjnej książeczki "Już / jeszcze  nie". Samorekolekcje to dalsze snucie tamtych wątków, które - przedłużane - jednak zmieniają się. Przetwarzam nowe doświadczenie. Rozmawiam ze sobą, z partnerami dialogu w nowym czasie, innym już choćby przez to, że następuje po tamtym, który dobiegł dotąd, do tych wydarzeń.

Zawsze była i teraz od nowa aktualna jest sprawa posłuszeństwa Duchowi Świętemu - rozeznawania Jego poruszeń. By szukając znaków nie poddać się jakimś pozarozumowym dyktatom. Na przykład impulsom mody, czyichś politycznych zamierzeń. Zagrożenia powstają też na skutek rzutowania na szerokie tło własnych nieszczęsnych skrzywień psychiki, uprzedzeń i lęków. Krytyczny rozum - to ulubiony twór Boga (tak nas śladem Gilsona uczył profesor Stefan Swieżawski). Trzymanie się rozumu nie dyskredytuje intuicji, chwytanych i wyrażanych przez poetów. One dają to, co dają - ogląd: mogą mieć coś wspólnego z Duchem, który oświeca i ożywia. Grzech zaczyna się wtedy, gdy inspiracji przypisuje się jednoznaczność i dopuszcza do ogłuszenia rozumu. W duchu Biblii i tradycji Duch Święty umacnia nas w poznaniu Drogi, Prawdy i Życia - to znaczy samego Jezusa, tylko Jego! To poznanie jest tożsame z wyborem, z miłością do Ewangelii Jezusa samej w sobie. Do wiary naprawdę jest tak, jak On uczył, uczył sobą samym.

**

Samorekolekcje: mocniej do tego przekonania przywierać. Wtedy nie będzie możliwości sklejenia się z czymś innym. Ewangelia od tego uwalnia.

**

Źle jest przywłaszczać sobie, czy swoim tylko przypisywać dostęp do wielkich tchnień Ducha, w chrześcijaństwie, w ludzkości. One są rozpoznawalne, ale tajemnicze i wolne. Mogę ufać, że idę za takim tchnieniem (za pozwoleniem ograniczonego rozumu). Dzięki dialogowi nie zapomnę, że tchnienia Ducha suwerenne, czasem do rozpoznania tylko po owocach.

**

Posłuszeństwo Duchowi staje się bardziej uchwytne, mogę się z niego rozliczać dzięki wierze w Kościół. W to, że działanie Ducha ostatecznie prowadzi Kościół i ma to coś wspólnego z zasadą powszechności: "quod semper, quod ubique". Krytyczny rozum czyni tę zasadę bardzo pojemną - i bardzo ostrą. Odpowiedź pewna i prosta: Duch odsłania, że Jezus jest Panem; to, co przez Niego i w Nim. Więc Ewangelia wystarczy.

**

To nie koniec samorekolekcji. Jeszcze chcę w nich ożywić i wyrazić coś, co mam za szczególnie aktualne.

To ewangeliczne Imię już Obecnego, którego zsyłanie Jezus obiecuje uczniom na potem, na czas, gdy przestanie z nimi chodzić ścieżkami ziemi.

"Paraklet". Kto to? Sens tego imienia usiłuje oddać wciąż jeszcze dość nowy i mało znany ekumeniczny przekład Czterech Ewangelii. Pada tam słowo "Orędownik". Lepsze niż "Pocieszyciel", ale jeszcze zbyt jednostronnie orientujące intuicję. W naszym kościele usłyszałam, że tytułem "parakleta" określano osobę z własnej dobrej woli stającą przy samotnym człowieku, czy to przesłuchiwanym czy sądzonym przez zgromadzenie. Gdy ważyły się jego losy, mógł mieć koło siebie kogoś Drugiego. Miał do tego prawo. Nie wiem dokładnie, ale myślę, że TEN-OBOK, TEN-PRZY-MNIE, MÓJ PARAKLET, pewnie nie musiał wygłaszać obronnego orędzia. Może tylko dotykał ramienia, można było słyszeć jego oddech. Wracała przytomność umysłu, minimum odwagi, bezcenne poczucie godności.

Paraklet !

Wobec zatrważającego szumu i zgiełku, świateł w oczy, ciemności miejsc, skąd się przyszło - Paraklet ! Chrześcijanie wiedzieli, że zawsze Go mają przy sobie, Niewidzialnego, Potężnego. Dobrze jest być chrześcijaninem, który wie, że Go ma. Któremu w dni Pięćdziesiątnicy Kościół o tym przypomina.

**

Z samorekolekcji - wyzwanie: współdziałać.

Miejsce obok posądzonego, oskarżanego, przesłuchiwanego, szarpanego - jest święte. To miejsce Parakleta, warto w tym miejscu się znajdować. Nie tylko przy niewinnym. Także winni są zagrożeni niedoskonałością poważających się ich sądzić. Sądzić bez drżenia, o które przyprawiłaby ich świadomość obecności Parakleta.

14:43, halina.bortnowska , Samorekolekcje
Link Dodaj komentarz »

Zwierzając się z tego, jak przeżywam sprawy szkoły, napisałam, że pytaniem życia jest dla mnie:  "jak wychować lepszych od siebie".

Wielu jest w naturalny sposób lepszymi ode mnie już w punkcie startu naszej relacji. Co to znaczy, że ktoś jest "lepszy", lepszy w czym? Nie jest mi trudno uznać, że młodzi są po większej części "lepsi" na przykład ode mnie, bo są bardziej u siebie w domu w świecie, dla nich zwykłym, podobnym do wczorajszego. Młodzi są lepsi w mnóstwie spraw - od obcowania z telefonem komórkowym po energię, empatię i ofiarność. Pierwsze zadanie to troska, by nie stracili tej swojej świetnej jakości, która mnie zachwyca. Instynktownie okazuję im zachwyt, bo go po prostu czuję. To działa na plus. A nieraz widzę, jak "dorośli" odbierają wielkie możliwości młodych jako zagrożenie dla siebie. Skoro tak, to nie potrafią być animatorami. Będą blokować to, co mieli wspierać.

**

J. student dziennikarstwa i wieloletni warsztatowicz. Teraz asystent, prowadzi to spotkanie ze mną. Chodzi nam o to, by - jak później napisze uczestniczka - wszyscy poczuli się "częścią czegoś ważnego".

Ważne jest to, co animacja daje ludziom. Zarówno bycie animatorem, jak i udział w grupie nie sterowanej, lecz ożywianej - daje większą, szerszą wrażliwszą świadomość siebie i świata ludzkiego dookoła. Przede wszystkim ludzkiego, ale i innych istot żywych. Świadomość zależności i szans działania, powodowania zmian - rozkwitu. Dzięki animacji ludzie stają się bardziej zdolni do tego, by być "reporterami" w sensie, jaki z tym słowem związał Kapuściński. Najpierw: żyć bardziej świadomie. Potem: wyrażać swój odbiór świata. Jeśli chcę wyrażać, muszę odbiór uczynić pełniejszym i lepiej zapisanym we mnie.

Z. K., uczestniczka tego spotkania, słusznie dostrzega i akcentuje szczególny związek pomiędzy dziennikarstwem i animacją: dziennikarze - animatorzy pierwszego kontaktu.

**

Co robiliśmy w gorący majowy weekend? Właśnie układaliśmy scenariusze przyszłych warsztatów dziennikarskich dla licealistów, troszcząc się o ich styl animacyjny; nie mają to być "szkolenia", lecz doświadczanie bycia reporterem, komentatorem... nie tylko na próbę, także naprawdę, choć w drobnej skali.

Ci tutaj, skupieni w grupki, przejęci, onieśmieleni, ośmielający się, znajdujący własny styl, doświadczający sensowności tego, co zaczynają robić. Zastanawiam się, którzy z nich będą do tego wracać, animacja stanie się ich sposobem na życie, więcej niż narzędziem, raczej kontekstem, którego będą wszędzie szukać, znajdując w niespodziewanych okolicznościach, w Polsce i daleko.

Tak, jak ja sama kiedyś.

Będą planować, myśleć nocami, organizować sobie współpracowników, ustawiać krzesła, powielać teksty... Będą się bać porażki, zniechęcenia uczestników, nieodczytania ich potrzeb i  możliwości, zazdrosnych niechętnych obserwatorów, niesolidnych osób, od których zbyt wiele zależy... Będą cierpieć i męczyć się, i wątpić, gubić ścieżkę i wracać na nią. Będą szczęśliwi. To na pewno.

**

"Inni": - oni - młodzi - są naprawdę inni. Odczuwam, zauważam ich odmienną tożsamość. Pomału  mi się odsłania, fragmentami, niespójny obraz. Widzę ich, jak się dostrzega coś, co przemyka w gęstym lesie, daje znać o sobie, pozostając tajemnicze.

Oni, gromadka zmieniająca się w zespół, w jeszcze jedno kolejne grono przyjaciół. Za nimi jako ich tło wspomnienia o tych, którzy kiedyś, dawno temu też przyszli pierwszy raz.

Teraz tą "różną godziną" słucham ich obrad w małych grupach, ściszonych głosów. Da się wyróżnić ton pytania, nagle zapadającą ciszę namysłu, śmiech, gwar wokół ciekawej myśli, pociągającego projektu.

Pożegnać się z tym? A może nie, może tu znajdą się animatorzy, którzy pozwolą mi słuchać swoich zajęć, tego koncertu osobowości. Czy choćby już tylko chwytać znajomy szum, wyobrażać sobie taniec iskier, przebłysków, świateł odkryć.

14:41, halina.bortnowska , Być animatorem
Link Komentarze (4) »
Bydlęcy wagon z okratowanymi okienkami pod sufitem. Tłum ludzi, ale jeszcze można się jakoś poruszać, przesuwać. Łomot kół. Wiem, że skądeś wracam, wracam bez pozwolenia, nielegalnie. Pod ścianą wagonu ich dwóch, młodzi w zielonkawych mundurach. Pilnują nas. Jeden śpi na stojąco. Drugi uważnie patrzy. Ten niższy, stojący po prawej stronie powinien mi dopomóc. Pokazuję mu rękę, wąską, brunatną dłoń Cyganki, na palcu srebrna obrączka, którą powinien rozpoznać. Nagle, jak przez lornetkę, widzę z bliska jego ostry profil, oko bez błysku zrozumienia, jak szklane.
14:39, halina.bortnowska , Zamyślennik
Link Dodaj komentarz »

Dawniej podczas konferencji starannie wszystko notowałam, zarówno bieg myśli wypowiadających się osób, jak i własne komentarze, wyraźnie je wyodrębniając. Mam całą półkę zeszytów wypełnionych głównie tego typu zapiskami. Czasem do nich zaglądałam i jeszcze próbuję wykorzystać, teraz tylko z czyjąś pomocą. Jest to szukanie wsparcia dla pamięci o myślach, kiedyś przez kogoś przekazanych. Obecnie słuchając raczej nic nie piszę, wbrew odruchowi, nakazującemu sięgnąć po kartkę. Coś mi się jednak zapisuje "w rozumie", jak podczas wykonywania rachunków bez kalkulatorka.

**

Dwa uroczyste panele w Gazecie Wyborczej - (z okazji jej osiemnastej rocznicy). Panel "wschodni" z Adamem Michnikiem i "zachodni" z Bronisławem Geremkiem. Co z tego słuchania wyniosłam, nad czym dalej myślę?

Jak stwierdził któryś z panelistów, nad tymi refleksjami unosiła się szczególna aura, niepokojące poczucie, że jesteśmy PRZED - przed czym? To jest nieokreślone. Ale wyraźnie nie spodziewamy się przełomu ku czemuś lepszemu, czy przynajmniej równie znośnemu (dla nas!), jak to co jest.

Nb.: - dobra rada "róbmy swoje" może się okazać zwodnicza. Co się stanie, jeśli nikt odpowiedzialny nie uzna za swoje zadanie rozumnej troski o całość? O dobro wspólne?

**

W panelu "wschodnim" dla mnie ten wiodący wątek: próby wskazywania, skąd się bierze pokusa rządów autorytarnych, w ostatecznej perspektywie - terroru upaństwowionego?

1937 w ZSRR. Oczekiwanie wojny. Czy straszenie perspektywą napaści z zewnątrz, czy infiltracji? Nie taka znów różnica. Terror państwowy ma "ucinać macki". Czyje? Czy chodzi o szpiegów - czy raczej o "niby-szpiegów", ludzi rzekomo stających po stronie obcych, choćby zupełnie nieświadomych tego? Czy prościej - jedyny cel to nałożenie blokady strachu na wszystkich przez typowanie kolejnych kategorii obywateli, które dla przykładu podda się wyniszczeniu?

Czy w Rosji dzisiejszej znika pamięć o tym, co ludzie przeszli - na przykład w roku 1937, ale przecież nie tylko wtedy? Dlaczego prawie wcale nie ma prywatnych czy społecznych oddolnych inicjatyw pamiętania o ofiarach? Jak społeczeństwo rosyjskie i te inne, uczestniczące w radzieckim świecie, mogą dziś widzieć na przykład estońskie i podobne przedsięwzięcia skreślania dawnej niby-wspólnej pamięci i wyrażania pamięci własnej, osobnej - pamięci o ofiarach?

Spostrzeżenie Konstantego Geberta (uwaga rzucona w dyskusji): pamięci zawsze są osobne, muszą być takie, trzeba się uzdolnić do znoszenia tego faktu.

Nb. Tak, to prawda! Ale: mamy też, wszyscy mają powpisywane w swoją niby osobną pamięć jakieś odpryski cudzych doświadczeń i ich interpretacji - stereotypowych, lansowanych, wtłaczanych, zaraźliwych. Mamy też złe wspomnienia nieudanych prób uzgadniania: kto, komu, kiedy, jakie nieporównywalne krzywdy... Ale były przecież także wspólne łzy nad doznanym osobno bólem. Łzy empatii.

**

Młoda Rosjanka nie zgadza się z występującą w panelu - jej zdaniem - tendencją do zacierania rosyjskiej winy: Rosjanie nie powinni mówić, że wszyscy, że wiele narodów i państw poddawało się i poddaje analogicznym pokusom wzgardy dla praw człowieka... Rozmawia potem jeszcze ze mną; widzę, jak jest piękna, tak sobie wyobrażam Nataszę z "Wojny i pokoju". I ta młoda kobieta szczerze, bardzo emocjonalnie dopomina się, by rosyjscy intelektualiści na takim spotkaniu czuli obowiązek spowiedzi - jak Niemcy z Akcji Znaków Pokuty - nie próbując od razu być partnerami europejskiej refleksji nad ogólnoludzką pokusą totalitaryzmu.

Nb. W moim odczuciu są tu dwie sprawy. "Spowiedź", której 'Natasza' ma prawo żądać, wciąż potrzebna jako przygotowanie do zetknięcia (zderzenia) osobnych, poniekąd antagonistycznych pamięci - i wspólna refleksja nad tym, co jednak jest ogólnoludzkie: bo to ludzie ludziom ciągle gotują nieludzki los. Tego samego dnia w Klubie Trójki prof. Zimbardo podtrzymuje swoją analizę wydarzeń w Abu Ghraib i wyraża przeświadczenie, że niemal każdy człowiek - jeśli nie jest bohaterem - może stać się winnym lub współwinnym stosowania tortur. Myślę, że bohater musi nadto wierzyć, że nic nie zwalnia od przestrzegania praw człowieka, żadna odmienność istot ludzkich, o które chodzi.

Najważniejsze wydaje się - praktykowane też w Aktion Sühnezeichen - uzdalnianie ludzi do moralnej autonomii i do odbierania sygnałów, że pora na deklarację "co to, to nie!".

**

Jeszcze sprawa pomników. O racjach wdzięczności. Prof. Pomianowski radzi przyjąć tezę: Oni (tzn. żołnierze radzieccy, pochowani w tej ziemi, niekiedy uczczeni pomnikami) wprawdzie nie wyzwolili nas, ale jednak ocalili życie wielu... niektórzy to pamiętają, a wszystkim wypada pamiętać z nimi.

Nb. Tak myślę, że pomniki żałobne można by przenosić na cmentarze jako w miejsca bardziej godne, czyniąc z tego uroczystość ku ich czci, wyraz szacunku także religijnego. Niech się tam, na polach elizejskich, dowiedzą, że już nie trzeba iść na zachód ani przed Zachodem bronić; można wreszcie spocząć.

**

Panel "zachodni".

Myśl (wstyd mi, nie zapamiętałam, czyja) - że "kiedyś były dwie »Europy«, jeden »Zachód« , teraz zaś odwrotnie".

Czy to prawda? Teza okazała się migotliwą. Może jedna Europa, mimo wszystko jedna, ale koncepcji jej jedności kilka różnych.

Nb. Koncepcje jedności Europy wydają się raczej transcendentne wobec granic państw i stref historycznych, wobec cienia unicestwionej kurtyny?

Czy jedność Zachodu - z włączeniem USA - potrzebuje katalizatora w postaci partnera do konfrontacji? Czym jest w tym zestawieniu Rosja, a czym... kto właściwie? Islam, świat arabski, Bliski Wschód - a może jednak w jakimś sensie Południe, i które?

Nb.: O Chinach właściwie nie mówiliśmy poważnie. Ktoś tylko wspomniał zagrożenie przez tanie buty.

**

Z pluralizmem koncepcji Europy wiąże się odczuwana chyba przez wszystkich potrzeba i trudność wskazania, na czym się europejskość zasadza, z czego wyrasta.

Nb. Moim zdaniem chyba na tym, że tak jest i być musi. Że każda próba wykluczającej definicji europejskości uderza w europejskość!

Myślę, że europejskość (na tym poziomie obejmująca też USA) jest czymś w rodzaju kontradyktoryjnego procesu. Każda idea - poza rezygnacją z procesu jako takiego - ma tu dobrze umocowanych obrońców i oskarżycieli. Sędzia słucha - zniecierpliwiony, czy  zafascynowany? Werdykt nie jest pilny. Istotne jest trwanie rozprawy.

Nb. Jeśli miałabym nazwać jakiś fundament Europy (ważny, choć nie jedyny), to byłoby to prawo rzymskie. Może to pod wpływem niedawnych przeżyć, szczególnie mi zależy na europejskości działania prawa w Polsce. Może europejskość sama nie wystarczy, ale w jej obszarze jednostka nie czuje się naga i bez pardonu wydana na eksperymenty z odczłowieczaniem.

14:23, halina.bortnowska , Nb
Link Dodaj komentarz »

Przecięty pień. Koncentryczne kręgi słojów. Odsłonięta po śmierci roślinna pamięć starego drzewa, dłuższa niż moja. Drzewo ma tę jedną pamięć tożsamą z pniem.

To, co było, ciągnie się za nami. To, czego dziś doświadczamy, to tylko czoło korowodu. Nie jest tak, że tego, co było, po prostu nie ma. "Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr". Z pamięcią jest inaczej. Odczytując rejestr pamięci piszemy w nim na nowo. Utrwalamy zapis, dodajemy podkreślenia i odnośniki.

Od pewnego wieku zmieniają się proporcje: przeszłość staje się obfitsza, bogatsza, niż szanse na przyszłość. Już na pewno wiemy, że trwała dłużej niż może potrwać to, co przed nami. Prawdopodobnie to, co najważniejsze, już się wydarzyło. Tak sądził biskup Wenecji, nim został papieżem Janem XXIII. Był starcem, miał prawo myśleć, że pora już tylko podsumować doświadczenia, by położyć na nich pieczęć pokuty i dziękczynienia.  

To jakby wstęp do pierwszego odcinka rubryki "O różnych godzinach" w miesięczniku ZNAK, nr 7-8/2004. Od tej pory regularnie ukazują się tam moje notatki dotyczące tego, co wydaje mi się ważne. Cieszę się tym miejscem w tak bliskim mi piśmie i chcę je nadal wypełniać. Nie jestem pewna, jak mi się powiedzie nowa - późna - próba obecności w internecie wśród blogistów. Wciąż jednak czuję potrzebę chwytania rzeczywistości w słowa i komentowania tego, co do mnie dociera, a także tego, co wynurza się z pamięci. Doświadczenie z książeczką "Już / jeszcze nie" (Wydawnictwo Znak, 2005) przekonało mnie, że przy pomocy tekstów można tworzyć i podtrzymywać dobrą życzliwa wspólnotę przyjmującą i rozsyłającą sygnały refleksji, troski, starania o rzeczy ważne. To miejsce w Internecie, gdzie teraz trafiłeś, może stać się węzełkiem w sieci dobrych kontaktów.

13:18, halina.bortnowska , Po co ten blog?
Link Komentarze (4) »
1 ... 46