To zdjęcie
"trzynastego kosza
na ułomki"
prowadzi
do szczegółów
przedsięwzięcia:









Kliknij w okładkę poniżej
i dowiedz się
o "Co to, to nie".
Nowa książka
Haliny Bortnowskiej
z przedmową
Adama Michnika
i posłowiem
Jerzego Sosnowskiego:
"Co to, to nie.
Myślennik
Haliny Bortnowskiej",
książka, która
może stanowić
początek istotnej debaty
o tym,
jak nie wykluczać
i jednocześnie
trzymać standardy








W sprzedaży są jeszcze
ostatnie egzemplarze
poprzednich książek, wystarczy kliknąć w okładki:

Książka
"Wszystko będzie
inaczej"


Książka do czytania
w całości za darmo
w Cyfrowej Bibliotece Narodowej
Polona

- nie tylko
na Adwent


---

Jestem uparcie nazywana publicystką katolicką , bo wielu redaktorom zależy na tym, by pokazać istnienie opinii katolickiej tego typu, co moja. Uzupełniam paletę. Redaktorzy mogą się kierować szlachetnymi względami. Bardziej liczyłabym się dla nich jako reprezentantka Kościoła niż mogę znaczyć po prostu jako ja. Biorąc realnie - tak na pewno jest.

Może szkoda - ale ja nie chcę z tego korzystać. Czuję w sobie głęboką niechęć do uzurpowania sobie tytułu, który właściwie każdy może zakwestionować: w imieniu władzy piastowanej w Kościele, albo w przekonaniu, że lepiej wie, co się z katolicyzmem zgadza, a co nie.

Jako publicystka bezprzymiotnikowa jestem świadkiem swojej wiary wolnym i dobrowolnym. Każdy może sam ocenić, z jakich pozycji wychodzę, dlaczego mówię to, co mówię. Racje zawarte są w tekście, nie w podpisie piszącego. Proszę o tej deklaracji łaskawie pamiętać czytając ten blog i inne moje publikacje.

Co to, to nie!

poniedziałek, 27 lipca 2015

Moich aktualnych 7 „co to, to nie”: dla wydmuszek, prześladowców, posłuszeństwa władcom, niedialogicznych kampanii, wrogiego ziela i...

1. Nie dla marginalizacji solidarności. Nie zgadzam się na marginalizację obecności chrześcijaństwa w świecie współczesnym, a szczególnie w jego części Polski. Polska - choć nie tylko ona - to pole, w którym zakorzenione są moje najważniejsze doświadczenia, przede wszystkim udział w Solidarności. A może raczej w solidarności, czy też w tym, co można zawrzeć między wielką a małą literą; bo chodzi mi tak o fakt historyczny, o miliony odpowiadające na hasło w 1980 roku, jak i o koncept, o przekonanie, że o to właśnie musi chodzić (to jest, czy byłaby obecnie taka na to hasło odpowiedź).

2. Nie dla wykluczania. Jednym musi chodzić o drugich, o to by żyć z nimi nie bez słabszych, nie bez innych, nie bez zrazu obcych. Nie bez starych, nie bez młodych. Z tymi, co dziecinni i z tymi, których chcemy począć. Nie bez ateistów, nie bez wierzących tak - a również inaczej.
Tego pragnę, na to chcę postawić, na to, co między S/s jakoś wcielone, tylko nie w „lidera”, lecz w szczegółowe, konkretne działania, w których urzeczywistnia się zasada „nie dla zysku”. To znaczy nie dla zysku mojego czy naszego, lecz wspólnego z całością. Ta „całość” może być tylko LUDZKA, a każdy inny jej zakrój byłby kaleki, skoro bylibyśmy amputowani jedni od drugich, choćby nieznanych.
Udział w Sierpniu'80, w wydarzeniach tego czasu, te wspomnienia wciąż mnie przekonują, że to mogłoby być możliwe.

3. Nie dla wydmuszek. Ten tekst prosto ze snu wylał się na papier. Zawarty w nim patos, obłędna nadzieja, że jednak... w gruncie rzeczy mnie zawstydza. Ale innego źródła napędu nie znajduję. Wszędzie pełno wydmuszek, wydawania się. A w tym trzeba by naprawdę być, nie prowizorycznie.

4. Nie dla posłusznego podążania za władcami. Nie zgadzam się, by Kościół Rzymsko-Katolicki i inne Kościoły wywodzące się z Ewangelii Jezusa Chrystusa miały na zawsze wyrzec się jej społecznego sensu. Może potrzebny jest kolejny sobór nawiązujący do Jerozolimskiego (Dz. Ap. 15, 1-33), kiedy decydowano, czy Ewangelia ma zostać w obrębie żydowskiej wspólnoty i okazało się, że wolą Ducha Świętego i naszą jest wyjście w świat. Może współcześni chrześcijanie zdołaliby z Duchem Świętym udźwignąć taki ciężar i uznać prawdziwy koniec podążania za władcami żądającymi posłuszeństwa, koniec chowania ołtarzy za tronami.

5. Nie dla niedialogicznych kampanii. Problem jest w tym, że Kościół sam się marginalizuje. Dzieje się tak masowo mimo pewnych elitarnych prób idących - jak się wydaje, jak staramy się mieć nadzieję - w innym kierunku.
Myślę o próbach inspirowania dialogu, niestety o ile słabszych od zupełnie niedialogicznych kampanii typu contra-gender czy przeciw-in-vitro.

6. Nie dla Kościoła-prześladowcy. Co to, to nie! - nie godzę się na to, czuję się zgorszona, skrzywdzona, oburzona ilekroć widzę, że religia jest szerzona czy broniona kosztem ludzi wierzących czy niewierzących, którzy widzą w religii coś szlachetnego, strefę wolną od najgorszych przejawów znieczulicy, pychy i zagarniania pod siebie. A przede wszystkim od praktykowania pogardy, hejtu i mobbingu.
A więc ludzie Kościoła powinni trzymać się z daleka od tego, co może ich wciągać w role prześladowców. Sprawiedliwość, którą bracia wymierzają braciom, może być tylko naprawcza. Jeśli coś chcemy wynagrodzić Miłosiernemu Bogu, to znajdźmy ludzi, których krzywdę może dałoby się jakoś opatrzyć, zacząć proces gojenia ran.

7. Nie dla wrogiego ziela. Co to, to nie - nie może być tak, by społeczeństwo ćwiczyło się, w naszej obecności, jak żyć w okopach, unikając kontaktów, z których miałyby wynikać jedynie szkody.
Polska to wciąż jeszcze ugór, który powoli zmienia się w łąkę, ale wśród ziół pełno jest wrogiego ziela zwanego „barszczem”. Nieprędko uda się je wyplenić, nie wcześniej niż staniemy do tego razem. 

13:15, halina.bortnowska , Co to, to nie!
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 marca 2015

W tych dniach ktoś mi zwrócił uwagę na bardzo szczególny billboard. Pomysłodawcą i wydawcą jest Instytut Myśli  Jana Pawła II.

Hasło – mniej więcej takie „Mój kandydat w codziennych wyborach”. A obok postać przyodziana w korporacyjny uniform tzw „business suit”, ale z głową Karola Wojtyły.

Typowy fotomontaż. Twarz niby taka jak widywaliśmy, gdy był w wieku średnim. Reszta obca. On się tak nigdy nie nosił. Była sutanna, czasem strój sportowy narciarski lub górskiego wędrownika czy wioślarza. Sylwetka nieco może zwalista, ale zupełnie inna od kształtów, jakie się przybiera urzędując w fotelach.

Na billboardzie twór wizualny nie budzący pozytywnych skojarzeń.

No i zastanówmy się, co może znaczyć owo „kandydowanie w codziennych wyborach”.

Codzienne wybory…

Różnie mogą się kształtować. Jednak chyba nikt się w nich nie skupia na osobie, nawet bardzo szanowanej.

Jako chrześcijanie codziennie powinniśmy wybierać Ewangelię, to do czego ona ma nas skłonić. Tradycja życia według Ewangelii wskazuje, że „Święci i błogosławieni” to nie wzory, które należy odtwarzać. W pewnym sensie za wzór może być brany sam Jezus lub jego Matka. Wiemy o nich same rzeczy istotne.

Nie ma pokusy, by wierność Jezusowi miała być realizowana jak nauka ojca Wirgiliusza „hejże dzieci, hejże ha, róbcie wszyscy to, co ja”.



18:11, halina.bortnowska , Co to, to nie!
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 09 lutego 2015

W audycji radia TOK FM nagle słyszę swoją ulubioną pieśń kościelną „Kiedy ranne wstają zorze”. Po swojemu, pięknie, statecznie śpiewa Bernard Ładysz. Odruchowo przyłączam się myślą do słów hymnu. Potem zgrzyt. Bo chodzi o jakiś żart, nawet nie staram się zrozumieć i zapamiętać jaki.

Miło było usłyszeć Ładysza. Ale mam też przykre wrażenie, że to użycie nagrania było czymś nieodpowiednim. Jakby szlachetny głos i słowa wplątane w tyle wspomnień, tak wplątane w moje życie wewnętrzne – w końcu trafiły między rupiecie. Chciałabym wiedzieć, czy ktoś to podobnie odbiera.

Może buntują się przeciw temu moje tzw. „uczucia religijne”? Jeśli tak, to w specyficznym sensie. Bo nie chodzi mi o prawo Boga do czci, lecz o moje prawo do pieśni, do tego by ją słyszeć czystą, bez prześmiewczego akompaniamentu, bez kontekstu, który zakłóca odbiór.



20:36, halina.bortnowska , Co to, to nie!
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 grudnia 2014
Od wielu lat uczestniczę działaniach grupy „Horyzont – przeciw karze śmierci”. Grupa wyrosła z inicjatywy młodych ludzi zaangażowanych w kwestie praw człowieka. Inicjatorzy uznali, że jest potrzebna, chociaż w Polsce karanie śmiercią jest już od lat wykluczone. Ale niestety przekonanie, że kara śmierci jest nie do przyjęcia wcale nie jest jeszcze powszechne i silnie ugruntowane. „Horyzont” pragnie naświetlać sprawę kary śmierci w taki sposób, by wzmacniać poczucie, że jest to kara niegodna wymierzania, że przynosi ona hańbę swoim rzecznikom i zwolennikom, kimkolwiek są. Wolność od kary śmierci to istotna część dorobku Unii Europejskiej, coś, co osiągnęliśmy tworząc tę wspólnotę. Argumentując przeciw karze śmierci - a naprawdę często musimy to robić na warszawskich ulicach – posługujemy się opinią, że wyrok śmierci i egzekucja to pasmo tortur, a zakaz tortur obowiązuje bezwzględnie. Powinien! Ale jest podważany.
czwartek, 04 grudnia 2014

Tak, zdaję sobie sprawę, że wielu nie może pamiętać. Nie pamiętają tego dnia ci Polacy, którzy urodzili się za późno albo za daleko od grudniowych wydarzeń. Łatwo zapomnieć dalekie echa.

Skrzywdzonych naprawdę osobiście, zachwianych w zdolnościach żywienia nadziei, przenikniętych gniewem, gotowych do wytrwania, była oczywiście mniejszość. Skala doznania była sprawą poniekąd przypadku, co się zdarzyło w obrębie świadomego kontaktu, co w zasięgu echa, co poza zasięgiem.

Obecna rocznica 13 grudnia 1981 teraz w grudniu 2014 może mieć znaczenie decydujące. Teraz groźba zatarcia pamięci wzrasta na sile. Wprawdzie co młodsi uczestnicy protestu przeciw stanowi wojennemu jeszcze trochę pożyją, ale sprawę, która tkwi w ich pamięci, w tym roku po raz pierwszy usiłuje się zasłonić, zaćmić, zatrzeć, zwekslować.

Na ulicach, po których jeszcze chodzę, ma się odbyć dzień protestu w innej sprawie. Moim zdaniem – wymyślonej albo niepomiernie rozdętej. Ale nie o to chodzi. Istotne jest to, że 33 lata temu na Polskę rykoszetem spadł cios z zewnątrz, przecięta i zablokowana została tylko co odzyskana droga odnowy, rozpoczęta solidarnym wysiłkiem bardzo wielkim.

W Nowej Hucie byłam tego uczestniczką i świadkiem.

13 grudnia – dzień hańbiącego ciosu, który jeszcze próbowaliśmy odepchnąć, powstrzymać.

Ale spadł, na 10 lat  instalując martwotę, rezygnację, bunt bez perspektyw (albo jakby bez nich).

Wydaje mi się, że weterani 13 grudnia powinni mieć prawo do przeżywania tego dnia swoich wspomnień. Ten i  ów może zechciałby opowiedzieć o tym kolegom lub co starszym wnukom, strzegąc się kombatanctwa, a zwłaszcza tromtadracji. Można by jednak coś opowiedzieć, choć to trudne. Albo gdzieś pójść, w jedno z pamiętnych miejsc, oświetlić je jednym czy drugim wspomnieniem.

Gdybym miała siły, poszłabym do nowohuckiego Kombinatu. Stanąć przed główną bramą, tam gdzie przemawiałam do ZOMO i wojska prosząc, by nie postępowali zgodnie z propagandą nienawiści. Przecież pochodzimy z takich samych lub tych samych rodzin.

13 XII jest dniem żałoby po zadaniu i odebraniu bratobójczego ciosu.

Mamy prawo do dumy z tamtego protestu, dumy z solidarności, z odwagi i opanowania. Wszyscy razem – z tego, że w Nowej  Hucie nikt nie zginął, bo nikt nie sięgnął po bezpośrednią przemoc.

Od: Edward Nowak  <edno@edno.pl>
Do: Mnie <bordab@poczta.onet.pl>;
Wysłano: 6 grudnia 10:37 (46 minut temu)
Temat: Re: 13 grudnia
Witaj Halinko, 
Bardzo dziękuję za ważny tekst.
Pozdrowienia od hutniczej braci. W najbliższy poniedziałek spotykamy się na mszy świętej na Szklanych Domach w Nowej Hucie, po której będzie spotkanie uczestników strajku grudniowego. Postaram się tam odczytać Twój list. 
Dziękujemy i życzymy Ci zdrowia. 
Edward i koledzy z Nowej Huty
17:49, halina.bortnowska , Co to, to nie!
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 listopada 2014

[tekst opublikowany w NEWSWEEK]
Czy Kościół będzie kiedyś w stanie zaakceptować gejów i rozwodników? - Wierzę, że co pewien czas Kościół, nie bez bólu i frustracji, dokonuje stosownej odnowy - teolożka Halina Bortnowska podsumowuje pierwszą sesję synodu.

Rozmawiali: Jacek Tomczuk, Ryszard Holzer

Newsweek: Rozczarowanie?
Halina Bortnowska, filozofka, teolożka, publicystka: Dlaczego?

Papież chciał, by podjęto rozmowę o rodzinie, rozwodnikach, homoseksualistach, a końcowy dokument mówi ogólnikowo o „potrzebie poszanowania dla każdego ludzkiego istnienia"...
- To prawda, uczciwie mówiąc, żaden z postulatów papieża nie znalazł miejsca w dokumentach podsumowujących pierwszy etap synodu. To pierwsza sesja, następna za rok, między nimi trwają spotkania. Dwa tygodnie w Watykanie to czas na ujawnienie się pewnych prądów, zrobienie kroku do przodu, a potem wstecz, nie można się spodziewać, że coś konkretnego już z tego wyniknie.

Jaki problem Kościół ma z rodziną?
- Kościół jest przygotowany do pracy tylko z klasyczną, szczęśliwą rodziną, nieżyjącą w nędzy, zdrową, mającą 2-3 dzieci, spełniającą sakramentalne warunki małżeństwa. Ale co na przykład z rodziną, która ma szóstkę dzieci? Wielodzietność kojarzy się w Polsce z patologią, rodziną alkoholową, w której pijany mąż gwałci żonę. A co z dobrze funkcjonującymi rodzinami, które jednak nie są zdolne do stworzenia związku sakramentalnego?

Z rozwodnikami? Homoseksualistami?
- Ci ludzie są ochrzczeni, tyle że żyją w takich, a nie innych związkach. Moim zdaniem nie można ich wykluczać z Kościoła, wymagać od nich podporządkowania się wszystkim wymogom moralnym. Może do uczestniczenia w Kościele potrzebna jest po prostu wiara chrzścielna, która opiera się na wyznaniu: „Jezus jest panem"? To znaczy bardzo wiele, ale nie wymaga precyzyjnego określenia pozostałych zasad wiary.

Rozwodnicy czy homoseksualiści nie chcą być wiernymi drugiej kategorii.
- Odpowiedzią na ich sytuację nie może być zorganizowanie dla nich specjalnego duszpasterstwa. To tak jakby zrobić duszpasterstwo dla trędowatych. Oczywiście cieszyliby się, że ktoś się nimi zajął, ale ich prawdziwym marzeniem jest uznanie, że blizny, jakie pozostawiła choroba, nie wykluczają ich ze wspólnoty. Trąd jest chorobą, ale ludzie, którzy żyją w związkach niesakramentalnych, nie chcą, żeby ich sytuację uznać za chorą.

Pani wierzy, że to się zmieni? Arcybiskup Gądecki powiedział, że zmiany proponowane przez papieża Franciszka są sprzeczne z nauczaniem Jana Pawła II.
- Miał prawo tak powiedzieć, ale jest różnica między prawem a roztropnością. Drażnił mnie ton tej wypowiedzi. Można dawać świadectwo swoim przekonaniom, ale bez sugestii, że kto myśli inaczej, ten się nie liczy.

Dlaczego rozmowa o homoseksualistach i rozwodnikach wzbudza w Kościele tyle emocji?
- Biskupi są przekonani, że orientacja homoseksualna jest zgubna, boją się, że ludzie o tej skłonności będą ją narzucać innym. Propagować. Ale propagowanie homoseksualizmu jest jak propagowanie niebieskich oczu. To jest coś poza naszym wyborem. Naszym wyborem może być tylko życie bez ukrywania się, w zgodzie ze sobą. A w środowisku katolickim jest tak, że każdy, kto się odsłoni, musi się liczyć z tym, że oberwie, będzie w praktyce pogardzany i upominany w sposób trudny do zniesienia.
Niedawno poznałam grupę Wiara i Tęcza stworzoną przez osoby LGBT, w której czułam się jak za dawnych czasów w duszpasterstwie akademickim. Promieniuje z nich radość z naszej wiary - cieszymy się, że się odnaleźliśmy na gruncie wiary.

I co oni czują na tym etapie synodu?
- Nie rozmawiałam z nimi jeszcze. Mają raczej oczekiwania wobec środowiska, w którym żyją, a nie wobec tego, co się wydarzyło w Rzymie. Liczą, że ci duszpasterze, którzy się nimi opiekują, nie opuszczą ich i że warunkiem ich pozostania w Kościele nie musi być zaprzeczenie samym sobie. Napisałam do nich list: nie martwcie się, bo reformy w Kościele jeszcze przed nami.

Wierzy pani w postęp w Kościele?
- Wierzę, że co pewien czas Kościół - nie bez bólu i frustracji - dokonuje stosownej odnowy. Przeżyłam to w związku z Soborem Watykańskim II [1962-1965 - przyp. red.], który relacjonowałam jako dziennikarka i obserwowałam także bezpośrednio. Nie był wcale dla Kościoła bezbolesny. Ale dał efekty. Moja współpracownica z Nowej Huty powiedziała mi kiedyś: „Moja córka ma nieślubne dziecko. Przed soborem ksiądz kazałby wyrzucić ją z domu, obrugać, a wnuczki się wyrzec. A teraz, jak przychodzi po kolędzie, to pyta, czy aby dosyć je kocham. Mówi: bądź wdzięczna córce, że urodziła".

Dlaczego Kościół ma się zmieniać? Są tacy, którzy twierdzą odwrotnie: jego siłą jest wierność tradycji.
- Świat się zmienia i nie uwzględniając tych zmian, Kościół traci z nim kontakt. Papież Franciszek tłumaczy: jeżeli zależy nam na dobru duchowym wiernych, musimy coś z tym zrobić.

Co zrobić?
- Papież Franciszek, aby coś zrobić skutecznie, przyjął metodę tworzenia żywych przypowieści. Nie opowiadania o czymś, ale działania, które daje do myślenia. Na przykład w ostatni Wielki Czwartek udał się do więzienia i osobiście umył nogi więźniarce, na dodatek muzułmance. Nie wyobrażam sobie, ile czasu trzeba, by sens też żywej przypowieści opowiedzieć słowami. Albo to, że zamieszkał w skromnym hotelu św. Marty, a nie w papieskich apartamentach. Albo odmowa wkładania papieskich butów z czerwonego safianu - zamiast tego zamówił kolejną parę takich samych, jakie nosił jako biskup. To bardzo rozważne, starzy ludzie muszą mieć wygodne buty, najlepiej trochę rozchodzone (śmiech). Jeździ przeciętnym samochodem, a nie luksusową limuzyną jak wielu biskupów. To część jego strategii, aby uniknąć bycia prezentowanym jako monarcha. On stara się ukazywać ludziom jako... No, jako duszpasterz.

I zarazem w trudnej sytuacji stawia tych biskupów, którzy jeżdżą 10 razy droższymi samochodami niż ich szef.
- Trudno. Jeśli czujesz się źle, kochany, zmień tę sytuację, nikt cię nie zmusza. Ale rozróżniłabym sytuację, w której biskup jest stary, chory i lepszy samochód oszczędza jego kręgosłup. Jak mnie prof. Andrzej Rzepliński zawiózł służbowym audi Trybunału Konstytucyjnego do Lublina, to mój kręgosłup w ogóle tego nie poczuł. Ja też pozwalam sobie na dobrą korporację taksówkową, w której samochody są w dobrym stanie i oszczędzają mi bólu.

Jaki ma cel papież, dając takie świadectwo?
- Aby Kościół zmienił się na taki, w którym ubodzy jeżdżący byle czym albo chodzący piechotą nie czuli się niepożądanymi dziwadłami.

Mówi pani, że „Ecclesia Semper Reformanda" - Kościół wciąż potrzebuje reformy. Czy to też dotyczy Kościoła w Polsce?
- Kościół ma taką strukturę prawną, że papież Franciszek jest też naszym biskupem. A ile polski Kościół z niego zechce wziąć? Zobaczymy. Wielu ludzi chce wziąć bardzo wiele. W jednym z więzień rozmawiałam z osadzonymi, pytali: czy on przyjdzie do nas? Tam jest kapelan. Ale to nie to. Oni chcieliby, żeby tam się pojawił ten człowiek, który jest dla nich jakimś zarzewiem nadziei.

„W imię zachwytu i miłości do Kościoła nie na wszystko można się godzić, można żyć z nim w łączności, choć nie bez protestów. Jest czas, gdy trzeba okazywać niecierpliwość, pilność spraw". Tak pani kiedyś pisała o soborze. Czy dzisiaj to może być zachęta do buntu?
- Nie, chodzi o danie świadectwa, osobiste zaangażowanie, wyznanie świeckich i duchownych, że liczymy na reformę, że jej się nie boimy. Żeby Kościół spełniał swoją misję, potrzebuje więcej zrozumienia dla ludzi w różnych sytuacjach. Ci, którzy mówią o zmianach, nie robią tego w duchu buntu, ale prośby, wezwania do opamiętania. Nie wykluczam, że wielu hierarchów boi się zmian, bo sądzą, że ludzie tego nie nie chcą. Ale nie jestem pewna, czy dobrze odgadują nastroje, bo kontakt biskupów z wiernymi jest bardzo słaby.

Czy jest możliwe zwołanie synodu w Kościele polskim?
- Jest. Nie byłaby to żadna nowość. Były już synody w okresie posoborowym, ale nie żywiłabym wielkich nadziei, że od razu będzie otwarta, szczera dyskusja, w której się dopuści różne głosy.

Kiedy ostatni raz pani rozmawiała z biskupem?
- Ze trzy lata temu z nuncjuszem apostolskim. A z moim biskupem warszawskim? Nie pamiętam. Swego czasu podpisałam list protestacyjny do niego w sprawie udostępniania przez parafie sal na antysemickie wykłady Jerzego Roberta Nowaka. Biskup odpisał bardzo miło, ale tydzień później Nowak na kolejnym spotkaniu w kościele znowu obrzucił Żydów błotem.

Jakby biskup Nycz zaprosił panią na spotkanie, to co by mu pani powiedziała?
- Nie wiem. Nie przygotowałam się do odpowiedzi na to pytanie (śmiech). Ale jest ta fundamentalna zasada kardynała Newmana: „Trzeba słuchać, jak oddychają wierni". Otóż mam poczucie, że naszego oddechu się nie słucha. Gruźlica może się w nas rozwijać, możemy się dusić, a nikt tego nie zauważy.

Nie ma uważności na słuchanie oddechu wiernych?
- Nie powiem, że jej w ogóle nie ma. Brak jej. A jak ktoś to robi jak ksiądz Lemański - który słuchał wręcz demonstracyjnie i odważał się wyrażać to, co usłyszał... Wiadomo.

Nie ma pani poczucia bycia samotną w Kościele ze swoimi poglądami?
- Kiedyś w redakcji „Tygodnika Powszechnego" ktoś przybił do ściany rysunek: stado kur, każda zniosła piękne, okrągłe jajko. Tyko jedna kura ma kwadratowe. I podpis: „to Halina Bortnowska". Nieraz mam poczucie, że ze swoimi poglądami jestem niczym kura z kwadratowym jajkiem. Już się do tego przyzwyczaiłam.

Jest pani zadowolona z roli świeckich w Kościele?
- Nie. Zwłaszcza że gdy kiedyś było lepiej, a potem jest gorzej, to człowiek się czuje bardzo skrzywdzony. Pozycja świeckich - także w polskim Kościele - niesłychanie wzrosła w trakcie Soboru Watykańskiego II i bezpośrednio po nim. Ja jeszcze przeżyłam okres uczestniczenia w duszpasterstwie w postaci prowadzenia rekolekcji czy komentowania dokumentów soborowych, np. w katedrze, na zmianę z biskupem... Bardzo to było ciekawe i dużo się nauczyłam - też z reakcji ludzi. Pamiętam, że mówiłam na temat etyki pracy w katedrze katowickiej, prosząc, żeby mi ludzie odpisali, co o tym myślą - wszystko jedno jak, może być na pudełku od papierosów. I dostałam takie pudełko, na którym jakiś pewnie górnik napisał: „Dziewczynko, ty jeszcze nic nie wiesz". To musiał być rok 1977...

Co to znaczy - jest gorzej, niż było?
- W tym sensie, że udział świeckich był większy, szerszy. Różni ludzie - z Klubów Inteligencji Katolickiej, z duszpasterstw akademickich, z różnych środowisk - mogli służyć Kościołowi, pozostając sobą. I ta możliwość została poważnie zredukowana. Mówię o upodmiotowieniu - dopuszczeniu do różnych czynności, które w Kościele pierwotnym nie były wcale zarezerwowane dla kleru.

Czy to dlatego, że Kościół po 1989 roku poczuł się politycznie zwycięski?
- Nie wiem... Jeszcze za czasów komuny też przecież tej demokracji w Kościele za wiele nie było. Gdy się mówiło na przykład o różnych strukturach w Kościele - o radach duszpasterskich, które mają mieć uprawnienia w pewnym sensie kontrolne w stosunku do gospodarki parafii - to argument był taki: no jak to, świeckich do księgowości dopuścić? Przecież to by nam odebrało całą swobodę działania! Oni by chcieli tego czy tamtego, kłóciliby się, wtrącali, może jeszcze jakieś nadużycia by popełnili...

Chodziło o kontrolę nad pieniędzmi?
- Rozliczenia zawsze pozostawały w rękach duchownych.

Czuła się pani odsuwana z życia parafii? Odsuwana od wpływu na Kościół?
- Niechętnie ten wątek rozwijam... To dawno było. Były rozmaite zaproszenia z prośbą o opowiedzenie o różnych sprawach, o soborze, o roli świeckich... A potem to po prostu ustało. Świętej pamięci ksiądz profesor Andrzej Zuberbier, z którym razem w duecie lubiliśmy o różnych sprawach mówić, dostał zaproszenie z parafii i mówi: „No to ja z Bortnowską przyjadę". A nie, jak z Bortnowską, to nie - usłyszał.

To było przez zmniejszenie roli świeckich czy zmniejszenie roli kobiet?
- To przebiegało równoległe. Kobieta jest po prostu świeckim. Ale oczywiście głosy duszpasterzy, kleryków są głosami męskimi. Zakonnice też rzadko się teraz pyta o zdanie. A przecież był czas, gdy na przykład ksieniom benedyktyńskim niejeden biskup mógł władzy pozazdrościć! A teraz nawet przełożone w wielkich zakonach nie mają chyba wiele do powiedzenia na zewnątrz. Nie słyszymy ich.

A pani głos - jako osoby świeckiej, ale zajmującej się Kościołem - jest brany pod uwagę?
- To nie jest dobre pytanie.

Bo mamy wrażenie, że na przykład głos środowiska „Frondy" jest jednak brany pod uwagę i wykorzystywany.
- To są szczególni świeccy, którzy do czegoś pasują.

Co pani czuje, gdy „Fronda" próbuje wypchnąć panią z Kościoła?
- To ja się nie dam (śmiech). Jak w wierszu Janiny Porazińskiej - „Jestem plama na podłodze, siedzę tutaj mocno, srodze, jestem tu we własnym domu, nie ustąpię stąd nikomu". To piękny poemat pedagogiczny, prawda? Nie dam się wygryźć. Mam nadzieję, że ksiądz Lemański też nie da się wygryźć. Chociaż jemu jest dużo trudniej.

WYIMEK

Poznałam grupę Wiara i Tęcza stworzoną przez osoby LGBT. Promieniuje z nich radość - cieszymy się, że się odnaleźliśmy na gruncie wiary

komentarz:

2014/11/11 12:51:26
Szanowna Pani, chcę się odnieść nie do Pani wpisu na tym blogu a do artykułu a w zasadzie rozmowy z Panią w newsweeku. Niektóre Pani stwierdzenie mnie zdumiały do tego stopnia iż w jednym ze swoich komentarzy napisałem :"Jak ktoś tak mądry może takie głupoty mówić"
Stwierdziła Pani : Biskupi są przekonani, że orientacja homoseksualna jest zgubna, boją się, że ludzie o tej skłonności będą ją narzucać innym. Propagować. Ale propagowanie homoseksualizmu jest jak propagowanie niebieskich oczu. To jest coś poza naszym wyborem. Naszym wyborem może być tylko życie bez ukrywania się, w zgodzie ze sobą.
Stwierdzenie iż propagowanie homoseksualizmu jest jak propagowanie niebieskich oczu jest czymś niebywałym.. Czy nie dostrzega Pani nachalnego promowanie związków homoseksualnych ? Nie tylko w Polsce ale i w świecie ? Powszechnego promowania hedoizmu pod przykrywką bycia w zgodzie ze sobą ? Mamy ulegać swoim popędom zamiast z nimi tak jak z naszymi słabościami walczyć ? Homoseksualne skłonności nie są złem. Złem jest jednak dopuszczanie się stosunków homoseksualnych. Nie dostrzeganie tego przez Panią teolog jest czymś dla mnie niezrozumiałym. I dalej. Osoby żyjące w związkach niesakramentalnych nadal pozostają w kościele. Bynajmniej nie są jednak osobami drugiej kategorii. Nie mogą z racji bycia w grzechu ciężkim przystępować do komunii. I tak to wygląda. Pani tymczasem przedstawia ich jako osoby drugiej kategorii w kościele. Pisze Pani : Może do uczestniczenia w Kościele potrzebna jest po prostu wiara chrzcielna, która opiera się na wyznaniu: Jezus jest panem?
To jest podstawa. Niemniej Chrystus nie wymazał 10 przykazań. Jeśli ktoś popełnia grzech ciężki i w nim trwa nie może dostąpić dopuszczenia do komunii. Co znaczy nie stwierdzenie : "nie można wymagać od nich podporządkowania się wszystkim wymogom maoralnym". Mnie osobę wychowaną na TP i tym co głosili i Jerzy Turowicz i Bp. Życiński i Ks. Tischner takie stwierdzenie szokuje. Jeśli ktoś przestrzega 9 przykazań a jednego nie przestrzega to ta osoba żyje w grzechu ciężkim. I nie pojmuje jak można będąc teologiem głosić że niektóre osoby mogą nie dotrzymywać zasad moralnych. Bierzemy Jezusa z całym bagażem wyzwań i wymagań jakie stawia. Albo nie bierzemy Go wcale.
Takie uproszczenia jakich Pani dokonała w w/w wywiadzie zaskakują i źle służą Kościołowi. Pozostając z wyrazami szacunku. Jerzy

 

20:17, halina.bortnowska , Co to, to nie!
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 lipca 2014

 Historycy wojskowości szukają odpowiedzi na inne pytania. Inne od tego, na które usiłują sobie odpowiedzieć weterani Powstania - kombatanci i cywile, na których zwalił się ciężar śmierci najbliższych i własnego przetrwania. Wtedy podejmowali oni ofiarne decyzje, nie myśląc, czy warto. W kolejne rocznice wspominają czas heroizmu własnego i środowiska.

Politycy, tylko częściowo obznajomieni z tym, o czym mówią, usiłują wyważyć straszliwe straty i niepewne zdobycze wymykające się ocenie. Podobnie próbują oceniać i wyważać historycy, wśród nich tak zupełnie od swego teścia - Władysława Bartoszewskego - odmienna Alexandra Richie, autorka książki "Warszawa 1944. Tragiczne powstanie".

Weterani, ci, co przeżyli, próbują odpowiedzieć na osobiste pytanie o własną ocenę powstańczego fragmentu swego życia, tego, co zrobili i co zaniedbali.

Uczestniczyłam przelotnie w zbieraniu materiałów do filmu "Powstanie zwykłych ludzi" Pawła Kędzierskiego z 2004 r.

Było to ważne, nieprzemijające doświadczenie. Poczułam wtedy, że jednak warto było przeżyć Powstanie obok osób tak rozmawiających z kamerą i z innymi współświadkami. Warto było przeżyć tamten czas tak właśnie jak oni i tak to przeżycie zagospodarować, tak się z nim obchodzić, by pozostać wiernym. Komu lub czemu warto w tej kwestii dochować wierności? Jak to nazwać?

Bez "patriotycznego" patosu - warto spokojnie być wiernym sobie, dotrzymać zobowiązania. Nie opuścić statku pielgrzymów, jak to uczynił nieszczęsny Lord Jim. Wytrwać, aby nie czuć się wyłączonym, nie stać się tym, kto zawiódł.

Na przykład nie zawiódł ten, kto poszedł na swoje powstańcze miejsce, choć właśnie urodziło mu się pierwsze dziecko. Nie zawiodła kobieta, mówiąca mu: "Idź". Nie zawiedli sąsiedzi usiłujący nakarmić noworodka tym, co udało się zdobyć. Człowiek, który się wtedy urodził, żył, kiedy powstawał film. Rozmawialiśmy z jego matką.

Warto było być wiernym.

Moim zdaniem film Kędzierskiego uczciwie i szczerze pokazuje piękną lojalność cywilów wobec kombatantów, cierpienie pozostające w tle. Virtus - męstwo godne pokłonu.

Jeśli o mnie chodzi, to dwie rzeczy dają mi się we znaki, gdy nadchodzi rocznica: tromtadracja, tuszowanie zawartych w Powstaniu tragedii - a przecież trzeba je eksponować.

Ale coś jeszcze dzieje się we mnie i w wielu innych zwykłych ludziach, gdy słyszymy, że "nie warto było". Ta ocena zdaje się obejmować nie tylko błędy, lecz i to, co usiłowaliśmy dać z siebie. Nie chcemy i nie możemy się zgodzić, że Powstanie było "bez sensu".

Może chodzi o to, by wyraźną ochronną linią otoczyć godność naszej ówczesnej wspólnej sprawy i lojalność wobec niej.


Cały tekst:

http://wyborcza.pl/1,75968,16392282,Powstanie_Warszawskie_po_latach__Czy_warto_bylo_.html#ixzz38y9oIMNN

 Tekst w Gazecie Wyborczej dn. 29 lipca 2014

18:36, halina.bortnowska , Co to, to nie!
Link Komentarze (1) »
wtorek, 03 czerwca 2014

Wysłuchałam transmitowanej części debaty TOK FM na temat spornej kwestii – wzniesienia pomnika wdzięczności dla „sprawiedliwych” w sąsiedztwie Muzeum historii Żydów Polskich – to znaczy na terenie byłego Getta, obok pomnika jego bohaterów.

Trudno było słuchać zderzania  się sprzecznych racji, gdy opinie, jedna po drugiej, wydawały się przekonujące. Ale nie do pogodzenia. Nad ranem wybrałam wniosek radykalny. Jednak czuję, że dla tego pomnika nie ma odpowiedniego miejsca ani w Warszawie, ani w Polsce, ani nigdzie. Być może w Jerozolimie. Tam już zresztą rośnie, w miarę bezpiecznie, las drzew pamięci. Tamta ziemia przyjmuje ich korzenie.

U nas nawet dedykowany przez Żydów „sprawiedliwym” pomnik nie ma szansy należytego zrozumienia i oddziaływania.

Kim byli „sprawiedliwi” usiłujący ratować Żydów? Każdy był w tym akcie sobą.

Tak to wnikliwie przedstawia Joanna Tokarska-Bakir – „sprawiedliwi” to ludzie samo-swoi, pojedynczy, jakoś odmienni. Nie mieli oparcia w sąsiadach, ani w plemieniu, ani w narodzie. Ani nawet w Kościele. Niekiedy kierowali się wiarą, ale przecież nie pouczeniami z ambon czy konfesjonałów, lecz tym, co w nich samych było jakimś imperatywem danym „sprawiedliwym” - wierzącym i niewierzącym - nie godzi się, nie mogę minąć, odepchnąć, porzucić tego człowieka, tych ludzi w ostatecznej potrzebie.

Takich „sprawiedliwych” poznałam kilkoro i zgadza się: tak się to w nich i z nimi działo. Usiłowali ratować bliźnich nie dlatego, że szlachetność leży w polskiej naturze. Nie wygnali szukających schronienia -  bo takie mieli obyczaje.

Myślę tu oczywiście o ratujących bezinteresownie. Dorabiających się na tym chyba naprawdę było więcej. Wszyscy zaś byli o to posądzani. Nie brakuje nam świadectw.

Bartoszewski napisał kiedyś o „sprawiedliwych”, że są z jego ojczyzny. Miał jednak na myśli Ojczyznę wyśnioną, nie tę realną, której interesom pomnik wdzięczności mógłby, albo musiał mimowolnie służyć.

Anna Bikont napisała „My z Jedwabnego”. Groźny, prowokujący tytuł. „My” musi tu objąć ofiary, ale też sprawców. Z Jedwabnem wiąże się moje poczucie, że pomnik wdzięczności dla „sprawiedliwych” jest nie do przyjęcia dla nas, pozornie ich pobratymców. Nie do przyjęcia, póki cmentarny pomnik w miejscu, gdzie ich spalono żywcem, wciąż nosi wykrętną fałszywą inskrypcję: nie wskazującą, skąd się wzięli sprawcy zbrodni.  Brak odwagi, by to zmienić, bo pomnik głoszący tragiczną prawdę natychmiast zostałby sprofanowany.

Pewnie stałoby się to z udziałem tych, co chętnie złożyliby kwiaty pod pomnikiem wdzięczności „dla naszych szlachetnych”. Czyli tych, kogo w tym miejscu w tamtych dniach zabrakło.



18:03, halina.bortnowska , Co to, to nie!
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 maja 2014

Wyznanie wiary składają przy chrzcie rodzice chrzestni w imieniu swego chrześniaka.

Pamiętam, że przy Pierwszej Komunii recytowałam wyznanie wiary: „Wierzę w Ciebie, Boże Żywy…”

Później chrześcijanin wyznaje wiarę w to, co głosi Skład Apostolski czyli modlitwa „Wierzę w Boga”.

Lekarze i inne osoby, które nie mogą lub nie chcą podpisać tzw „Deklaracji wiary”, w pewnej kwestii odmawiają posłuszeństwa swojemu biskupowi lub zgromadzeniu biskupów, jakiejś ich komisji czy konferencji.

Jeśli chcą, z pewnością mogą nadal prawomocnie uważać się za wierzących w Boga Ojca Wszechmogącego… i w Jezusa Chrystusa… i Ducha Świętego, a także w Święty Kościół Powszechny.

Działając zgodnie ze swoim sumieniem, bynajmniej nie opuszczają wspólnoty rzymsko-katolickiej ani Kościoła Chrystusa. Posądzanie ich o odstępstwo jest moim zdaniem nadużyciem.

PS.

Zdaję sobie sprawę, że często my sami narażamy to, w co naprawdę wierzymy, na złośliwe prześmieszki. Niestety często mówimy o swojej wierze nieudolnie, naiwnie albo, co gorsza, z domieszką hipokryzji. A jednak ośmielam się prosić przynajmniej bliskich niewierzących, by nie kpili z tego, co wierzący otaczają czcią. Nie krytykujcie nas przy piwie, lecz z godnością i nie uwłaczając naszej ludzkiej godności, w poważnych rozmowach, może wręcz w dialogu.

Sumienie i Duch Święty to nie trampolina dla  żartów.

18:15, halina.bortnowska , Co to, to nie!
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Uważam, że ks. Lemański traktowany jest przez diecezję warszawsko-praską w sposób spełniający definicję mobbingu. W świetle prawa polskiego mobbing to przestępstwo, więc należy się obrona.

Niestety diecezja nie jest normalnym zakładem pracy. Kościół Rzymsko-katolicki cieszy się autonomią.

Obrona ks. Lemańskiego, skuteczny protest przeciw krzywdzie tak jego, jak i parafian, może być podjęty tylko z wnętrza Kościoła, którego  nie chce opuścić.

Taki protest jest zadaniem dla wyższych władz Kościelnych. Odwołanie do nich, w tym do Stolicy Apostolskiej i do Papieża, to jedyny sposób. Członkowie Kościoła powinni dostępnymi sobie środkami (media!) zabiegać o szybką, skuteczną odpowiedź, która położyła by kres mobbingowi, jaki obserwujemy z niepokojem, smutkiem i gniewem. Mobbing jest groźny i niebezpieczny także w Kościele i gdy dotyka kapłana. Zbudźcie się więc wszyscy, od kogo cokolwiek zależy. Nie wolno opuszczać ofiary tego przestępstwa, zwłaszcza jeśli sprawcami krzywdy są przełożeni czy koledzy.

Papież Franciszek wyraźnie wzmacnia działania przeciw pedofilii namnażającej się w Kościele. Oby tak dalej i głębiej…  niezależnie od oporu niektórych środowisk. Mnie jednak nasuwa się myśl: może nie przypadkiem właśnie teraz nobbing skierowany jest przeciw ks. Lemańskiemu, który dowiódł, że potrafi być oskarżycielem demaskującym zło?

Świadomie decyduję się napisać te słowa.

 

Halina Bortnowska



09:34, halina.bortnowska , Co to, to nie!
Link Komentarze (5) »
czwartek, 21 listopada 2013

Najpierw i przede wszystkim tęcza jest zjawiskiem, które zawdzięczamy przyrodzie naszej planety, a może wszechświata.

Pamiętam podróż koleją przez Mazury prześwietlone słońcem i pojone lekkim deszczem. Nad łąkami jedna po drugiej trzy tęcze. Jedna z nich – podwójna. To było dawno, ale zachwyt pozostał.

Symboliczne odczytywanie tego zjawiska, nadanie mu sensu, musiało rozpocząć się bardzo dawno, gdy tylko pojawili się ludzie zdolni do zachwytu.

Według Biblii tęcza zakończyła Potop. Wiąże się z nią początek nowej ery dziejów potomków Ewy.

Myślę, że rejs Arki Noego prowadził ku tęczy. Oglądanie tęczy upewniało ocalonych, że są ocaleni naprawdę, że najgorsze mija. Późni potomkowie Ewy widzieli w tęczy most dla istot, które mają się spotkać.

Tęcza jest tak piękna, że kto tylko ją ogląda, czyni ją swoim znakiem. Swoim, ale nie na wyłączność.

Ten, kto zsyła błogosławiony deszcz swoim świętym i grzesznikom, daje też wszystkim tęczę do zachwytu. Najrozmaitsi ludzie swoje tęcze malują, tkają i układają jako mozaikę kamyków lub kwiatów.

Radość tęczy chcą ze sobą kojarzyć np. spółdzielcy, ale także ludzie usiłujący budować jakieś mosty ku spotkaniu: obrońcy pokoju, ruch porozumienia i jedności chrześcijan, broniący swojej godności geje czy lesbijki, osoby tęczowo widzące różne orientacje seksualne w gronie wśród potomków Ewy.

Jak po Potopie, tak i teraz tęcza jest odczytywana jako znak nadziei - wielu nadziei, różnych nadziei. Wszelkie nadzieje na jakieś dobro w istocie nie są ze sobą sprzeczne – można je pogodzić, póki zachowują naturę nadziei.

Podpalacze tęczy nie szanują nadziei innych ludzi. Szczególnie smutne jest spalenie małej tęczy, dzieła rąk ludzkich, rzekomo w imię Zbawiciela.

Nie tak łatwo odczytać cudzą tęczę. Ale można przecież patrzeć na nią jako na znak nadziei dla wszystkich. Podpalacze tęczy obrażają Zbawiciela nienawidząc Znaku, ku któremu mogliby wznosić oczy.

11:10, halina.bortnowska , Co to, to nie!
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 listopada 2013

Martwią mnie wezwania do zdelegalizowania tajemnicy spowiedzi, chronionej dotąd zakazem przesłuchiwania spowiedników w sytuacjach objętych sakramentalną tajemnicą. Sugeruje się, że tajemnica spowiedzi służy interesom przestępców, a więc nie należy jej respektować. Przeciwnicy uszanowania tajemnicy sugerują, że zobowiązanie spowiednika do bezwzględnej tajemnicy utrudnia czy wręcz uniemożliwia walkę z pedofilią. Formułując swoje wnioski lekceważą fakt, że bez tajemnicy spowiedź nie miałaby miejsca.

Prawo kościelne czyni sprawę zachowania tajemnicy bezwzlędnym obowiązkiem moralnym spowiedników. Od tego obowiązku nikt nie może ich zwolnić. Historia zna przypadki męczeńskiej śmierci w obronie tajemnicy spowiedzi. Z kolei prawo polskie zna i szanuje sytuacje, w których obywatele mogą odmówić zeznań, np. ze względu na swój bliski związek z osobą, którą ich zeznania miałyby obciążyć. Niezwykłe bliski jest też związek spowiednika z osobą, której służy jako „szafarz” czyli udzielający sakramentu w Imię Chrystusa. To powinno wystarczyć. Jednak trzeba jeszcze koniecznie podkreślić, że tajemnica spowiedzi obejmuje wyłącznie wyznania osoby, która się spowiadała. Wszelka inna wiedza, obserwacje i opinie nie są objęte żadną tajemnicą.

Spowiedź najczęściej jest anonimowa. Jeśli sprawca molestowania szuka pomocy duszpasterskiej, aby więcej nie popełniać czynów, o które sam się dobrowolnie oskarża, to spowiednik może wpłynąć na dalsze postępowanie winnego, skłaniając go do stanowczego unikania okazji do czynienia zła oraz do podjęcia terapii. Nie widząc woli zmiany życia, spowiednik może nie udzielić rozgrzeszenia. Taki fakt może być ważny dla oceny własnej sytuacji.

Jest jeszcze drugi  aspekt: spowiadają się również niektóre z ofiar czynów pedofilskich. Wyznając spowiednikowi to, co nie jest ich grzechem, mogą szukać rady, co robić, by uniknąć molestowania. To staje się bardzo prawdopodobne, gdy sprawcą krzywdy nie jest inny ksiądz, lecz ktoś z rodziny, ktoś komu rodzina ufa.

Swoim autorytetem spowiednik mógłby uwolnić dziecko od niesłusznego poczucia winy, pomóc nawiązać kontakt z osobami, które pomogą.

W imię niezbędnego sprzeciwu wobec praktyk pedofilskich spowiednicy powinni znaleźć źródła wskazówek, jak postępować, jak działać nie naruszając tajemnicy spowiedzi.

Nie idealizuję praktyk spowiedników. Wiem, że niestety konfesjonał niekiedy staje się okazją do zachowań w najwyższym stopniu niestosownych. Są też świadectwa, że właśnie przy konfesjonale doszło do molestowania przez księdza. Ofiary tych zachowań nie są zobowiązane do zachowania tajemnicy. Mogą – jeśli się na to zdobędą – wziąć udział w zwalczaniu zła z pomocą osób, którym ufają. Do tego trzeba im dodawać odwagi.

Jako była katechetka znam świat, w którym ludzie korzystają z sakramentu pokuty, którego częścią jest spowiedź. Znam chyba lepiej niż ci, co chcieliby odebrać ludziom, a w tym dzieciom, przestrzeń, którą tajemnica ochrania.

18:21, halina.bortnowska , Co to, to nie!
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 września 2013

„W Kościele Katolickim nie ma odpowiedzialności zbiorowej” – twierdzi Hierarcha tego Kościoła. Chciałabym, aby naprawdę wyrzeczono się odpowiedzialności zbiorowej!
Odpowiedzialność zbiorowa to wiązanie ludzi w pęczki bez ich woli, często też bez ich wiedzy. Niektórzy są czemuś winni - tylko niektórzy! - a cały pęczek ponosi jakiś rodzaj kary. Niestety tolerujemy zbiorowe obwinianie narodów, plemion i pokoleń. Kościół się tym grzechem nie przejmuje!
A teraz w osobie wysokiego Hierarchy ujawnia, że na własnym gruncie nie liczy się z moralną wartością i obowiązkiem odpowiedzialności solidarnej. Solidarnie należy brać na siebie naprawianie krzywd nawet tych nie przez nas zadanych. To w imię braterstwa zakorzenionego w tym, kim jesteśmy.
Konkretnie: skoro pewni polscy duchowni krzywdzili dzieci w Dominikanie, to obok nich samych inni duchowni polscy i także wierni świeccy powinni wziąć udział w możliwym naprawianiu krzywdy. Po pierwsze: porzucić obojętność, pilnować dokonania pokuty i naprawy przez sprawców.
Po drugie: wziąć na siebie część tego ciężaru. Z dobrej woli. Aby dać przykład. Aby pocieszyć skrzywdzonych bardziej skutecznie i rychlej.
Takiej postawy Bóg ma prawo oczekiwać, a także bliźni.
Sprawiedliwość naprawcza ma reguły inne niż karna i cywilna.
Chrześcijanie powinni praktykować właśnie sprawiedliwość naprawczą. To może zapobiec zastępowaniu sprawiedliwości prześladowaniem!
14:12, halina.bortnowska , Co to, to nie!
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 sierpnia 2013

Mam propozycję: przestańmy kręcić się w kółko między dwoma biegunami – Państwem i Kościołem, Kościołem i Państwem. Wierzący i niewierzący razem w tej grze uczestniczą. Spoglądają na siebie nawzajem raz podejrzliwie i gniewnie, raz z zazdrością, może z podziwem, i wreszcie obojętnie, bo to wszystko już nudne się stało.
Proponuję powrót do innej polaryzacji: ja, człowiek religijny – i społeczeństwo. Albo odwrotnie: ja, człowiek od religii wolny – i społeczeństwo, którego wierzący są cząstką. Myśląc o społeczeństwie, nie o państwie, mamy inne pytania, inne radości, złości i smutki. Czuję, że wszystkim nam jakby bliżej do siebie i mniej jesteśmy skłonni rozstrzygać wspólne kwestie wyłącznie z własnego punktu widzenia.
Kiedyś tak żyliśmy, co jeszcze dobrze pamiętam. Wtedy „państwo” było „ich”; my, czyli społeczeństwo, uważaliśmy Kościół za (nieco) bardziej nasz, pod naszą – społeczeństwa – opieką, bo zawarowaliśmy sobie nieodebranie nam Kościoła. Wspominam moje doświadczenie z Nowej Huty i Wrocławia, gdzie byłam katechetką. W tamtych czasach stworzyliśmy ekumeniczną grupę dialogu chrześcijan różnych wyznań, także międzynarodową: dla ludzi z Polski, Czech i Niemiec „wschodnich”, zwanych „Enerdowem”.
Stawialiśmy sobie pytanie: jak być chrześcijanami w naszych społeczeństwach? Aby móc się spotykać, musieliśmy przekraczać granice polityczne; aby myśleć razem, trzeba było wewnętrznego wyzwolenia – znajdowaliśmy je w wierze, ale też w szczerości. Nie spotykaliśmy się przeciw czemuś, na przykład zagrażającym nam siłom państwowym – tym bardziej nie przeciw niewierzącym w naszych społeczeństwach. Nie przeciw komuś, nie przeciw komukolwiek, lecz „za”. Za odczytywaną razem Ewangelią, za wiarą w Jedynego.
Czy nie moglibyśmy tak żyć teraz?

Co przeszkadza chrześcijanom w kontakcie ze społeczeństwem, z jego różnorodnością i rozmaitością przekonań i postaw? Gdy próbuję to na nowo przemyśleć, sięgam po formułę prof. Josepha Weilera: trzeba wolności religii dla jej praktykowania i szerzenia, dla życia zgodnie z tym, co się wyznaje. Ale trzeba też wolności od religii, aby można było żyć bez niej, poza zasięgiem jej wymagań i jej konkretnej postaci. Kontakt między chrześcijaninem a innymi ludźmi w społeczeństwie powinien być wolny od jakiegokolwiek przymusu, od moralnego szantażu. Chodzi o to, by różnice nie prowokowały do agresji. Przeciwnie – stwierdzenie różnic ma pociągać za sobą zainteresowanie, ale też wzmożoną ostrożność, uważność, pilnowanie się, by nie obrażać. Dialog, czyli delikatna tkanka porozumienia obok różnic, wymaga ochrony.
Moja własna wiara skłania mnie do wezwania innych wierzących: próbujmy razem wspierać się w zachowaniu człowieczeństwa. Może się to dziać z zachowaniem „przyjaznej autonomii” osób i grup. Zostawmy nieco na boku potężne struktury - Państwo i Kościół. Odnajdujmy się osobiście jako jednostki i ich wspólnoty.

Od pewnego czasu społeczeństwo zdaje się coraz wyraźniej dzielić czy rozpadać na osobne plemiona i wrogie sobie klany. Kościół rzymsko-katolicki może chciałby unosić się ponad tą grą, ale w niej jak najbardziej uczestniczy i bywa anektowany. Kierując się ostrożnością nie chcę, abyśmy tworzyli własne „chrześcijańskie” struktury plemienne. XXI wiek, to pora na poszanowanie transcendencji wiary, uznania faktu, że nie posiadamy jej na wyłączność. Wiara wschodzi też tam, gdzie jej nie siejemy. Dlatego nie chcę być „publicystką katolicką” ani być przedstawiana jako taka.

PS.
Mój felieton tej treści ukazał się w Gazecie Wyborczej w środę 28 sierpnia. Jak to bywa – redakcja zmieniła tytuł na inny, który moim zdaniem nie pasuje do treści - ale mniejsza z tym! Rzecz dla mnie istotna, to dorzucenie w nagłówku tekstu rzekomego newsa: „Bortnowska nie chce być publicystką katolicką”.
To prawda i sama ją ogłaszam od lat na swoim blogu. A ponadto kończąc ten felieton wyjaśniam, dlaczego tego nie chcę. Jednak nie jest to mój punkt wyjścia, lecz dawno wyciągnięta konkluzja. Chodzi o to, że publicystykę uprawiam na własną odpowiedzialność. To ja mówię to, co mówię, a nie mój Kościół przeze mnie. A więc nie podszywam się pod autorytet, jakim Kościół się cieszy (lub nie).
Gdy byłam katechetką – było inaczej. Publicystka to nie katechetka. To wolny zawód, który usiłuję jeszcze uprawiać.
Przepraszam czytelników za ewentualne nieporozumienie. Nie przestałam być katoliczką. Nie zrywam ze wspólnotą, w której żyje moja wiara.
Nie śpiewam w chórze. Pisząc, kieruję się własnym sumieniem.

DO KOMENTARZA NR 4:
Nie widzę sensu dyskusji z tym tekstem, bo jasno widać czego jest on wyrazem.
Muszę jednak jednemu zaprzeczyć: nigdy nie tańczyłam z Księdzem Wojciechem Lemańskim. Szanuję go i lubię, ale ani on mnie nie prowadził, ani ja jego. Swoje drogi wybieraliśmy niezależnie, nawet się jeszcze nie znając.
HB
12:01, halina.bortnowska , Co to, to nie!
Link Komentarze (5) »
sobota, 13 lipca 2013
Wokół reportażu Mariusza Szczygła o "Ewie T."

Rozpocznę od przyznania się, że dwukrotnie odmówiłam komentowania tego tekstu. Najpierw odmówiłam, bo nie znając jeszcze tekstu już wątpiłam, czy podołam zadaniu.
Później, po pierwszej lekturze, uznałam, że nie mogę i nie chcę pisać o tej sprawie naprędce i pod naciskiem starania o aktualność. A jednak nie mogę w tej sprawie milczeć. Może trochę tak, jak sam Szczygieł, nie mógł tego reportażu nie napisać.
Dlaczego? To jedna z tajemnic tego tekstu.
Nie mógł zachować milczenia. To się da wytłumaczyć. To się da uzasadnić. Istnieje imperatyw ogłoszenia alertu, aby uratować ofiarę przed dalszą krzywdą, zapobiec szerzeniu zła, sięgnąć korzenia, który wydał zbrodnię Ewy T.
W tekście Szczygła czuję ten imperatyw moralny, szanuję go i podzielam. Wiem, co zrobiła Ewa T.; ten przekaz o zbrodni sprzed 30 lat, o okropności postępowania Ewy T. wobec dziecka. O jej zamierzeniu panowania nad drugą istotą ludzką i o szczególnie zimnych rysach zbrodni z nieustępliwego zamierzenia, by dziecko się poddało. Zamierzenia podobnego do stosowania tortur, by wydobyć to, co się chce wydobyć. Jak w "eksperymencie Zimbardo" zwykła kobieta zamienia się w bezlitosnego potwora. Potwornieje, bo sytuacja ją w to wrabia? Potwornieje, bo zaczyna działać jad, który w sobie nosi? Jad, którym nasiąkła odbierając "surowe wychowanie". Może podobne do tego, które organizuje i stosuje w swoim domu? Taki obraz z dużą siłą ewokacji przedstawia reporter Szczygieł.
I coś jeszcze - co sugeruje ostrożniej - w spotwornieniu Ewy T. są dodatkowe komponenty: religia i patriotyzm. "Surowe" (konsekwentne wychowanie ma im służyć). "Surowością" nazywa się okrucieństwo. Gwałt - może nie seksualny, lecz egzystencjalny, uciemiężenie, amputacja własnego bytu ma jakoby wykrzesać w człowieku wierną miłość do miłosiernego Boga i Wolnej Ojczyzny. To spodziewanie bezzasadne, iluzoryczne i potworne, bluźniercze w swojej istocie, pogańskie, jeśli pogaństwo byłoby kultem bogów Bezlitosnych. Czy często zdarza się spotkać ludzi w podobny sposób opętanych przez samych siebie, czy przez sytuację (Zimbardo)?
Nie wiem. Ale posiew potworności zdarza się spotykać dość często. Ma on postać przekonania, że inni ludzie, póki ich nie poddamy przeróbce - sami z siebie nie całkiem są ludźmi. Zbrodnia na nich dokonywana, to operacja oczyszczająca, a nie negacja człowieczeństwa, zawsze bezprawna.
Ewa T. jako autorka jednostkowej zbrodni przeciw człowieczeństwu, to fakt sprzed 30 lat. A kim jest ona teraz? Po wykonaniu wyroku (skróconego o kilka lat), po zatarciu kary, po kilku latach pracy nauczycielskiej, po akceptacji MEN na stanowisko eksperta?
Kim jest po odbyciu kary pozbawienia wolności? Co zrozumiała ze świata i z siebie? W czym ją utwierdziły, a w czym zachwiały studia teologiczne?
Kto odpowiada za tkwiące w tym curriculum oceny prawidłowości przekonań i zamysłów? O tym wszystkim Mariusz Szczygieł prawie nie pisze.
Nie pisze też o własnej ocenie tego, co wyrządza Ewie T. publikując demaskatorski reportaż. Wie przecież, co wyzwala w ludziach dotąd nie usiłujących reformować ani pedagogiki, ani szkoły, dotąd przeświadczonych, że Bóg podziela ich obojętność.
Następny krok wymaga kontaktu z Ewą T. nie z tą sprzed trzydziestu lat, lecz z tą osobą, której skazanie zostaje zatarte po wykonaniu orzeczonej przed laty kary więzienia. Nie dowiadujemy się nic o przebiegu jej starań o pracę nauczycielską, a także o misję kanoniczną konieczną, by być katechetką. Cały ten konkret, łącznie z następstwem w czasie, jest właściwie pominięty.
Prawie w każdym reportażu daje się wyodrębnić dwa elementy, z różną siłą obecne - przywołanie rzeczywistości będącej tematem oraz wątek sprawozdawczy; jak pracował reporter, jak, a czasem po co, zdobywał wiedzę, chwytał obrazy i sceny, którym da świadectwo, co działo się z nim samym.
Wysoko cenię sztukę pisania, jaką posiada Mariusz Szczygieł. Może dlatego tak bardzo uderzyła mnie tkwiąca w tym tekście anomalia. Dla mnie - paraliżująca. Otóż całkiem wyjątkowo, właśnie w tym ważnym, silnie działającym tekście, autor sam pokazuje, jak uzależnił się od dominującego informatora, który ma prowadzić, ciągnąć wybranego przez siebie reportera na krótkim pasku albo śladem potężnych feromonów. Identyfikację, tożsamość tego "informatora"-sternika procesu Szczygieł odkłada poza publikowany reportaż; w późniejszych komentarzach oddala nasuwające się czytelnikom przypuszczenia. W tym hipotezę, że na swój ślad wciąga reportera sama Ewa T., że jest to przejawem jej schizofrenicznej psychiki. Chce zatarcia kary - ale chce zbrodnię przypomnieć.
Prawda jest zamrożona w aktach. Ktoś powinien je na nowo odczytać!
Skoro (jeśli) informatorką nie jest Ewa T., to czy autorowi wolno nie mówić nam, za kim idzie, za czyją wolą? Szczygieł przywołuje swoje emocje, ale ich źródło ukrywa. Jaki jest cel tego niezbyt reporterskiego chwytu? Uciekając się do tej konstrukcji, nawet jeśli wszystko sprawdza innymi drogami, autor nie daje dobrego przykładu. Gdybyż pisał kryminalną powieść! Ale to przecież materiał interwencyjny.
Osobiste dobro, czy interes Ewy T., jej ochrona przed atakiem oburzonych (w tym oburzonych słusznie) - to jednak margines. Istotne są kwestie: po co istnieje legalna możliwość i standardowa praktyka zatarcia kary? I wniosek: może by coś w tej niebezpiecznej instytucji zmienić.
Druga ważna i znacznie szersza sprawa: ethos zawodu nauczycielskiego, stan kontroli społecznej w tym względzie. Żaden sztab instruktorów i ewaluatorów tego nie zastąpi. Reportaż ukazuje, choć w wielkim skrócie, że ewaluatorką mogła zostać sama Ewa T., której - wiedząc tyle, co wiemy - nie darzymy odpowiednim zaufaniem.
***
Moim zdaniem Ewa T. mogłaby w swoim życiu i na szerszym polu stać się rzeczniczką i promotorką nauczycielskiego ethosu, szacunku dla wychowanków, tolerancji, wytrwałej cierpliwości i łagodności, odrzucenia przymusu na rzecz wolności i kultury wartości. Mogłaby to wszystko praktykować i szerzyć gdyby dała dowód, że wie i rozumie, co ją przywiodło w przepaść, nie na żaden skraj, lecz na dno. Że wie, że tam była i własnym kosztem chce ostrzegać. Że uczy się przyjaźni i pokory wobec dzieci, wyrzekając się dziedzictwa dumy i władzy.
Bywają tacy skazani, którzy nie tyle ubiegają się o zatarcie kary, co w sobie anulują to, co było źródłem zła. Są to osoby tak cenne, że warto ich nie wykluczać.
Niektórzy niedawni uczniowie Ewy T. zdają się to wyczuwać (publikacja ich głosów w Dużym Formacie GW, czwartek 4 lipca 2013). Coraz wyraźniej mam wrażenie, że wokół miejsca na ziemi dla Ewy T. powinna się odbyć konferencja sprawiedliwości naprawczej. Czy o nią poprosi? Czy udałoby się zebrać odpowiednich uczestników? Sprawiedliwość naprawcza, obywająca się bez karania, zastępująca karę wysiłkiem naprawy, to dobro, które powinna odkryć Ewa T. Może już odkryła? Nie jest to oczywiste. Nie jest też wcale pewne, czy i kto z przyszłych reporterów ze szkoły Szczygła wyrazi gotowość sprawiedliwości naprawczej. Czy wśród tych osób znalazłaby się także ta, która pchnęła Mariusza Szczygła na ten trop?
12:37, halina.bortnowska , Co to, to nie!
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 lipca 2013
Wiele lat byłam katechetką. Miałam też liczne przyjaciółki-koleżanki, z którymi razem żywiłam przekonanie, że dla ludzi, od dzieci poczynając, bardzo ważna jest szansa wiary w Boga Jedynego, takiego, o jakim nauczał Jezus z Nazaretu i Jego uczniowie. Boga wiernego Przymierzu z ludźmi, wszechmogącego i miłosiernego. Wtedy, w latach czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku, gdy władza naprawdę programowo popierała szerzenie ateizmu, my w szkołach, a wkrótce wyłącznie poza szkołami, starałyśmy dzielić się swoją wiarą z dziećmi, a także ich rodzicami. Młodsze dzieci przyprowadzali rodzice, ale one same chciały brać udział w spotkaniach pełnych serdeczności i radości z tego, o czym mówimy. Nie mogę uwierzyć, że teraz wszystkie czy większość katechetek to osoby o wypaczonej osobowości, skażone potrzebą bezwzględnej dominacji, gotowe dotkliwie karać, aż stracą panowanie nad tym, co robią (jak nieszczęsna Ewa T. z reportażu Szczygła). W środowisku Instytutu Katolickiego we Wrocławiu, skąd pochodzą moje katechetyczne kwalifikacje kościelne i umiejętności nauczycielskie, już w owych latach 40tych kara fizyczna była nie do pomyślenia, a w związku z nauczaniem religii wszelka potrzeba karcenia była sygnałem, że dana osoba nie potrafi należycie pracować z dziećmi, wymaga dokształcenia dydaktycznego i nadzoru. Ja też oczekiwałam ciszy, skupienia w pewnych momentach godzinnej lekcji; osiągałam to drogą zainteresowania i sympatii do mnie. "Moje" dzieci czekały na pierwszą spowiedź z uśmiechem, jako na chwilę, gdy Bóg uwolni je od złych wspomnień i przygarnie od nowa. Zgadzam się z postulatem, by religii uczyć raczej nie w szkołach, lecz w pomieszczeniach kościelnych; jeśli byłoby wygodniej, to wypożyczać sale w szkole, ale nie czynić katechezy jednym z przedmiotów szkolnych. Wiem, że tendencja jest przeciwna - aż po domaganie się ocen z religii na maturze! ... Ubolewam nad tym. Dobrą przyszłość widzę we wspólnotach rodziców dzieci katechizowanych, które starają się z udziałem duszpasterzy pozyskać wartościowych, nowoczesnych nauczycieli religii, tak świeckich, jak i duchownych. Oparciem dla kształcenia katechetów powinny być uczelnie pedagogiczne, których dyplomy przyszli katecheci powinni pozyskać równolegle lub następczo po wykształceniu teologicznym. W taką procedurę można by też włączyć przyszłych katechetów-duchownych kształcących się w seminariach. Właściwe studia zawodowe - katechetyczne - mogłyby z pożytkiem być ekumeniczne. Droga Ewo, przykro mi z powodu absolutyzacji Twojej krytycznej wizji tego, co katecheza robi z dziećmi. Sądzę, że nie ma reguły i nie bez wyjątków jest tak źle, jak sądzisz. A może czasem katecheza może nieco humanizować złą, autorytarną szkołę? Nie śmiem o tym marzyć, ale jednak...
12:59, halina.bortnowska , Co to, to nie!
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 czerwca 2013

Hasło, które przyjęła Konferencja Episkopatu w Polsce – to hasło używane i nadużywane w różnych sprawach i przez różne środowiska.
O ile dobrze rozumiem, na wstępie chodziło o niezgodę i protest przeciw zaśmiecaniu peronów nowojorskiego metra. Brzydki zwyczaj śmiecenia w ramach tej akcji mieli odtąd zwalczać ludzie, którym się przedtem nie chciało sprzątać i upominać tych, co śmiecą. Burmistrz osobiście mobilizował do walki z nieporządkiem. Ludzie – a przede wszystkim policjanci – mieli odtąd nie odwracać oczu od śmieci i osób śmiecących. Okazało się to skuteczne. To świetnie!
Moim zdaniem właściwsze byłoby jednak hasło „zero indolencji” albo „zero niedbalstwa”…

W kwestii praktykowania pedofilii przez osoby osłaniane autorytetem instytucji kościelnych potrzebne jest coś więcej niż „zero tolerancji”. Taka akcja może łatwo zaistnieć jedynie w teorii – przecież „wszyscy są przeciw pedofilii”.
Chodzi o gotowość i determinację, by skutecznie usunąć przyczyny zjawiska. Nie ma „zera tolerancji”, póki powtarzają się fakty długoletniego uprawiania pedofilii w kontekście kościelnym, oraz uparte próby ukrywania, że problem istnieje i jakie ma rozmiary.
Ogłoszone w mediach powołanie „koordynatora”, który wraz z siecią pomocników realizowałby postulat „zero tolerancji dla pedofilii”, odbieram jako wyraz płonnej, naiwnej nadziei, że to wystarczy. Ów „koordynator” może spróbuje coś zrobić łudząc się, że to wystarczy, albo - choć niby miało być inaczej – będzie jednak jak zawsze, czyli słabe, powierzchowne działanie da tylko pozorne efekty.
Na tę pozorność wskazuje mętna deklaracja wygłoszona na wstępie przez przyszłego koordynatora, o. Adama Żaka SJ. To prawda, że, jak powiedział, dzieciom czy młodzieży potrzebna jest szansa wzrostu, rozwoju duchowego, nadziei na przyszłe szczęście. Molestowanie czy wręcz gwałt pedofilski krzywdzi na długo, czasem na zawsze. Wkład religii i Kościoła w rozwój dziecka jest wtedy przekreślony; świadectwo etyczne może być uznane za budowanie pułapki w interesie wychowawcy pedofila.
Nie jest łatwo wierzyć dzieciom, które skarżą się na coś niezrozumiałego. Szacunek dla dzieci nie stoi u nas wysoko. Diagnozowanie ofiar jako ofiar pedofilii będzie trudne. Nie wierzę w powodzenie amatorskiej akcji. Brak umiejętności może powiększyć krzywdę, nie sprzyja też właściwemu potraktowaniu sprawców. „Koordynator” to właściwie określenie funkcji osoby, która ma scalić dotychczas rozproszone inicjatywy. Problem w tym, że raczej trudno zauważyć w Kościele takie oddolne inicjatywy przeciw pedofilii czy też przedsięwzięcia skierowane przeciw seksualnym praktykom naruszającym prawa dzieci do spokojnego rozwoju. W związku z tym Kościół w Polsce potrzebuje nie tyle „koordynatora”, co kompetentnych organizatorów, terapeutów i wnikliwych pedagogów.
To konieczne, ale to jeszcze mało.
Kampania przeciw praktykom pedofilskim wymaga odpowiedniego tła, uzdrowienia całej atmosfery. To oznacza „zero indolencji”, zero zgody na obłudę, na dworskie stosunki w instytucjach kościelnych. Zero zgody na strach i uległość wobec skorumpowanych jednostek. W tej kwestii naprawdę trzeba ratować maluchy przed ludźmi, na których ciążą podejrzenia i oskarżenia oparte na poszlakach dostrzegalnych dla fachowców. Sytuacja wymaga zawieszenia we wszystkich czynnościach duszpasterskich, nie tylko tych z bezpośrednim udziałem dzieci. Dochodzenie prawdy trzeba powierzyć właściwym władzom. Kościół nie może jednak opuścić oskarżonych, rzucając ich na łaskę losu. Trzeba im zapewnić postępowanie zgodne z zasadami prawa karnego, podobnie jak bezwzględnie należy się to wszystkim oskarżonym. Instytucje kościelne ponoszą szczególną odpowiedzialność za osoby pozostające pod ich wpływem i tak przygotowywane do dalszego życia.
O „przełomie” mówić będzie można dopiero wtedy, gdy wszyscy klerycy uzyskają w swej formacji przestrzeń dla rozwoju swojej nie-pedofilskiej orientacji seksualnej i gdy staną się ludźmi brzydzącymi się obłudą.
17:33, halina.bortnowska , Co to, to nie!
Link Komentarze (1) »
piątek, 21 czerwca 2013

Ze zgrozą śledzę wydarzenia w Turcji, skąd dolatują pogłoski o perspektywie ogłoszenia stanu wojennego.
Stan wojenny oznacza skierowanie własnego zbrojnego ramienia przeciw sobie: obywatele przeciw obywatelom. Stan wojenny to wezwanie do bratobójstwa.
Przeżyłam stan wojenny w Polsce. Dla mnie zawierały się w nim chwile tak ważne, że wciąż je czuję jako niedawne i wciąż o czymś decydujące.
Trzeba było przyjąć uderzenie przemocy nie odpowiadając przemocą, nie sięgając po nią, choć była w naszym zasięgu. W Nowej Hucie my, protestujący, nie byliśmy bezbronni. Mieliśmy władzę nad potężnymi maszynami, nad żelastwem, a nawet i dynamitem. W krytycznych godzinach wojsko nie oddało strzałów, a my nie sięgnęliśmy po groźne narzędzia. Nikt nie zginął, nie odniósł ran. W tym zwycięstwie miałam pewien udział. To było potwierdzenie realności siły, w którą wierzyłam.
Teraz tak gorąco pragnę, by Turcy nie wyrządzili sobie krzywd, które trudno będzie wybaczyć, może za trudno. Niech ich ratuje muzyka, po którą już sięgnęli.
Po obu stronach niech nikt nie tłumi w sobie lęku przed bratobójstwem.
***
20:38, halina.bortnowska , Co to, to nie!
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 czerwca 2013

Myślę, że zbliża się chwila, w której uznane zostanie, iż wypada odpowiadać na listy pasterskie. Są one przecież szczególnym rodzajem listów otwartych.
Powinny cieszyć się szacunkiem i pobudzać do poważnych przemyśleń. Tak reaguję na List Kardynała Kazimierza Nycza odczytany w Niedzielę Dziękczynienia w kościołach warszawskich. W Liście zawarte jest ważne przesłanie. Odczytuję je jako apel, by nie pogłębiać podziałów nacechowanych antagonizmem, by szukać porozumienia!
Z uwagi na sposób, w jaki List jest rozpowszechniany (mikrofon w kościołach podczas nabożeństwa), musi on być adresowany przede wszystkim do wierzących i w zasadzie praktykujących, a więc do osób, dla których Kościół nie przestał być duchowym domem. Jestem jedną z takich osób. Dlatego chcę podzielić się tymi refleksjami.
Jestem w tym szczęśliwym położeniu, że nie czuję się osobą wewnętrznie podzieloną. Moja tożsamość chrześcijańska nie jest w stanie walki z tożsamością świecką. Jako osoba wewnątrz jakoś scalona, czy nie pęknięta, czuję ból i oburzenie z powodu tego, co różni wierzący i różni niewierzący wyrządzają sobie nawzajem, gdy jedni drugim okazują pogardę. Ci i owi niewierzący kpią z religii, demonstrują dumę z racji swego nierozumienia o co chodzi w wierze. Świat, który jest im obcy, z góry oceniają jako nierozumny, prymitywny. Mała córeczka wielkiego matematyka miała kiedyś stwierdzić: „Tata, ta twoja nauka jest głupia, bo ja nic z niej nie rozumiem”. Z tym się spotykam dość często, nawet bardzo często, ale nie z reguły!
Drodzy bracia chrześcijanie, jeszcze się nie cieszcie, że upomnienie z Listu ks. Kardynała kieruję w stronę „tamtych”. Przecież List pasterski jest przede wszystkim skierowany do nas!
Wielu z nas pogardliwie traktuje innych niż my. To nasze, katolickie instytucje, zwyczaje i przyzwyczajenia uważacie za jedynie wartościowe, wyłącznie one mają być godne ludzi, a zwłaszcza Polaków. Urządzenie sobie życia poza religią (a choćby tylko w innym wyznaniu) ma być godne jedynie politowania czy wręcz pogardy.
Żyję w związku sakramentalnym, bo chcieliśmy i chcemy tego. Ale bardzo mnie boli, gniewa i oburza odmawianie szacunku związkom pieczętowanym inaczej. To tylko jeden z przykładów świadczących, że to, co ludzkie, może być gruntownie obce chrześcijanom, a konkretnie katolikom rzymskim.
Za brak szacunku świat płaci właśnie pogardą dla tych, co nie widzą i nie potrafią uszanować wartości, które są przecież wspólne. Pogarda prowokuje pogardę. I to działa w obie strony!
Aby Dziękczynienie w pełni rozbrzmiało i mogło być podchwycone szeroko – potrzebna jest najpierw pokuta czyli wysiłek, by zaprzestać marnowania i co się da naprawić. Weźmy jądro tego listu Kardynała Nycza na serio.
Z wyrazami szacunku dla Czcigodnego Autora i współ-odbiorców.
12:15, halina.bortnowska , Co to, to nie!
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 maja 2013
Dobra metafora stanowi pokusę, by rozwijać ją dalej, a to grozi zatarciem właściwego sensu. Albo – co jeszcze bardziej niewłaściwe – można uznać sugestie zawarte w rozszerzeniu metafory za wskazania, że właśnie tak należy daną metaforę interpretować.
Oto przykład: „chrześcijanie są jak sól”. Dobrą potrawę zdarza się przesolić. Strzeżmy się więc, by wśród nas nie było za dużo chrześcijan. Redukujmy ich wpływy. Właściwością „soli”, do której porównujemy chrześcijan, jest konieczność ostrożnego dawkowania.
Czy porównanie z solą stosuje się do obecności chrześcijan w świecie?
Niejeden zgodzi się, że w dopuszczaniu wpływu religii zdarza się „przesolić”. Smak nadawany przez religię może zabić wszystkie inne smaki. Rozwijając metaforę dalej w tym kierunku można by dojść do ostrzegania przed jako niebezpieczną dla zdrowia – nadciśnienie itp.

Dobra metafora ma swoje sedno, w którym tkwi siła i cel jej użycia. Chcąc prawidłowo uchwycić to, co metafora wnosi, trzeba uchwycić intencję głosiciela danej przypowieści – komu i co metafora ma uprzytomnić. Ta przypowieść [Mt 5,13; Mk 9,50; Łk 14,34-35] skierowana jest do uczniów, a nie do „świata”, ku któremu są posłani.
Jezus nie posyła „świata” po ratunek do chrześcijan. Przeciwnie: to uczniom przypomina zadanie wynikające z ich obdarowania. Stali się „solą” - czymś niezbędnym dla świata, w stężeniu podtrzymującym życie. Nie mamy też świata „zasolić”, lecz krzepić go dyskretną obecnością. To już interpretacja rozszerzająca metaforę życiodajnej soli.
Sednem tej przypowieści jest jednak co innego, a mianowicie przestroga. Sól, która by utraciła swoje właściwości, byłaby czymś niezdatnym do niczego. Sól nie będącą solą można tylko wyrzucić. Najlepiej rozsypać i zdeptać, by już nie mogła udawać przyprawy, którą być przestała. „Biada światu z powodu zgorszeń!” [Mt 18,7]. Takie zgorszenie niesie sól, która nie soli. Może z życiodajnej zmieniła się w truciznę?
Odczytuję tę przypowieść jako odnoszącą się przede wszystkim do ludzi wiary, do jednostek.
Ale może jest tak, że nasze zgromadzenia, zbory, kościoły, cerkwie to solniczki, z których sól się nie sypie? Nie sypie się, bo zamokła, zwietrzała, skamieniała? Obraz w gruncie rzeczy przerażający, ale pełen ducha przestrogi. Nieczynne, zapchane solniczki na nic się nie przydadzą. Trzeba je naprawić, by udostępnić zawartość. Ale ostrożnie. Bo solniczki są potrzebne.

Halina Bortnowska

-------------------------
[Mk 9,50]:
50 Dobra jest sól; lecz jeśli sól smak utraci, czymże ją przyprawicie? Miejcie sól w sobie i zachowujcie pokój między sobą!".

[Łk 14,34-35]:
34 Dobra jest sól; lecz jeśli nawet sól smak swój utraci, to czymże ją zaprawić? 35 Nie nadaje się ani do ziemi, ani do nawozu; precz się ją wyrzuca. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!"
20:51, halina.bortnowska , Co to, to nie!
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7