To zdjęcie
"trzynastego kosza
na ułomki"
prowadzi
do szczegółów
przedsięwzięcia:









Kliknij w okładkę poniżej
i dowiedz się
o "Co to, to nie".
Nowa książka
Haliny Bortnowskiej
z przedmową
Adama Michnika
i posłowiem
Jerzego Sosnowskiego:
"Co to, to nie.
Myślennik
Haliny Bortnowskiej",
książka, która
może stanowić
początek istotnej debaty
o tym,
jak nie wykluczać
i jednocześnie
trzymać standardy








W sprzedaży są jeszcze
ostatnie egzemplarze
poprzednich książek, wystarczy kliknąć w okładki:

Książka
"Wszystko będzie
inaczej"


Książka do czytania
w całości za darmo
w Cyfrowej Bibliotece Narodowej
Polona

- nie tylko
na Adwent


---

Jestem uparcie nazywana publicystką katolicką , bo wielu redaktorom zależy na tym, by pokazać istnienie opinii katolickiej tego typu, co moja. Uzupełniam paletę. Redaktorzy mogą się kierować szlachetnymi względami. Bardziej liczyłabym się dla nich jako reprezentantka Kościoła niż mogę znaczyć po prostu jako ja. Biorąc realnie - tak na pewno jest.

Może szkoda - ale ja nie chcę z tego korzystać. Czuję w sobie głęboką niechęć do uzurpowania sobie tytułu, który właściwie każdy może zakwestionować: w imieniu władzy piastowanej w Kościele, albo w przekonaniu, że lepiej wie, co się z katolicyzmem zgadza, a co nie.

Jako publicystka bezprzymiotnikowa jestem świadkiem swojej wiary wolnym i dobrowolnym. Każdy może sam ocenić, z jakich pozycji wychodzę, dlaczego mówię to, co mówię. Racje zawarte są w tekście, nie w podpisie piszącego. Proszę o tej deklaracji łaskawie pamiętać czytając ten blog i inne moje publikacje.

Nb

wtorek, 10 marca 2015

12 marca 2015

Obchodzimy 70lecie profesora Wiktora Osiatyńskiego

Pro memoria

 

Kierunki działania splatają się. Ich opisowi można nadać jeden wspólny tytuł. Wierzę, że ich scalenie jest możliwe, a niekiedy byłoby pożyteczne.

Dysponując wspólną kartą tytułową dałoby się zredagować summę godną tego miana, godną pięknej tradycji, godną unikalnej oprawy…

                                                           ***

Propozycje dedykacji, które mi się rysują:

Dla nauczyciela, towarzysza drogi, współtwórcy rzeczy w nas ważnych,

odkrywanych wciąż od nowa,

przyjmowanych z determinacją,

porzucanych z żalem i wstydem,

odnajdywanych ponownie dzięki świadectwom, których nie zabrakło.

 

Jaki mógłby się znaleźć obok tej dedykacji, tytuł widniejący czarno na białym lub wpisany sympatycznym atramentem?

…W stronę praw człowieka

…Wokół praw człowieka

…Z racji praw człowieka

…W imię praw człowieka

***

Trudno napisać tekst o takiej funkcji przeznaczony dla człowieka, który sam, w tym co mówi, pisze i robi przestrzega zasady, że rzadko mają się jawić na wargach wyrazy święte, których jest wiele, nie tylko sam ten jeden „ojczyzna”.

Dla wielu słów potrzebujemy nietkniętej białej przestrzeni: między wierszami, na marginesach, wakatach i wkładkach.

Takie miejsca będą w tej książce, którą sobie, jako nasz prezent, wyobrażam.



17:50, halina.bortnowska , Nb
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 września 2009
Dobrze, że ze strony środowiska Rodzin Katyńskich dał się słyszeć głos protestu przeciw instrumentalnemu traktowaniu pamięci o zbrodni dokonanej na bezbronnych już ofiarach wojny. W Polsce ważne, że byli to Polacy, dla świata - że ludzie, bez żadnej humanitarnej osłony. Bezsprzecznie była to zbrodnia przeciw człowieczeństwu, całej ludzkości, poczuciu praw istot ludzkich. Myślę, że to jest kategoria najważniejsza, podstawowa. Szanuję i podzielam troskę o pamięć ofiar. Dla mnie ta troska harmonijnie łączy się z myśleniem i działaniem na rzecz innych ofiar i pamięcią o nich. Najważniejsze w tym wszystkim jest zapobieganie nowym zbrodniom przeciw ludzkości, w tym ludobójstwu i bierności wobec wyniszczenia, jakie dotyka aborygenów, na przykład na Syberii (pisał o tym Kapuściński, teraz Hugo-Bader w książce "Biała gorączka"). Precyzyjne określenie, czy z prawnego punktu widzenia dana zbrodnia przeciw prawom istot ludzkich ma być określona jako "ludobójstwo" - nie jest najważniejsze. Bardziej musi chodzić O ZAPOBIEGANIE ZŁU, bo PODCZAS NASZYCH DYSKUSJI gdzieś już znów GINĄ LUDZIE.

12:50, halina.bortnowska , Nb
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 lutego 2009
Kiedyż to pisałam po raz pierwszy o pozaustrojowym zapłodnieniu komórki jajowej, z której zaczyna się zarodek, grudka komórek - pierwsze stadium rozwoju człowieka... [Gazeta Wyborcza z 5 stycznia 08 ("Anioły in vitro"); ZNAK, nr 635, kwiecień 08 (głos w dyskusji)]
Biologię, którą się zawsze żywo interesowałam - teraz zostawiam biologom. Myślę jednak, że mam coś do powiedzenia w sprawie psychologicznej, etycznej i teologicznej interpretacji zjawiska, jakim jest przezwyciężanie niepłodności dzięki pomocniczym działaniom medycznym. Z początku miałam nadzieję, że tymi przemyśleniami przyczynię się do wzmocnienia świadomości, że to co biologiczne może być bliskie temu, co święte, niezależnie od drugorzędnych okoliczności, od konkretnego miejsca, w którym spotykają się komórki płciowe. Symbolicznie ujęłam to w ten sposób: Anioł błogosławieństwa jako niewidzialny ma wstęp do laboratorium. Mógł to być Anioł bardzo potrzebnego pokoju, zgody wokół mającego powstać upragnionego życia.
Taką miałam nadzieję. Staram się mieć ją nadal, ale niestety coraz o nią trudniej. Mogę tylko prywatnie hodować tę nadzieję opartą na wizji Boga wolnego od przesądów.
Nie chciałam już pisać na ten temat. Wzięłam jednak udział w "obywatelskim wysłuchaniu" w kwestii IN VITRO, które odbyło się w tym tygodniu w jednej z sal sejmowych. Poza dwojgiem organizatorów, czyli dr. Balickim i posłanką Jaruga Nowacką, innych ustawodawców nie było. Mają jednak otrzymać materiały. Krótki przegląd wypowiedzi stanowiących trzon "wysłuchania" dała w Gazecie Wyborczej Ewa Siedlecka [GW 24.02.09]. W konwencji "Nota bene" przedstawiam tu swoje refleksje.
*** "Wysłuchanie" mogło przekonać nieuprzedzonych, że metoda IN VITRO jest istotnym, najbardziej skutecznym środkiem pozwalającym leczyć niepłodność, a raczej - że na pewno jest tak zdaniem wielu lekarzy specjalistów i ich pacjentów. To musi wystarczyć, inny poziom przekonywania wymagałby fachowego przygotowania słuchaczy albo przynajmniej kilku godzin wykładów. Kto chce naprawdę wyrobić sobie zdanie o aspekcie medycznym problemu, musi tyle czasu znaleźć i poświęcić.
"Wysłuchanie" było znakomitą okazją, by rzeczywiście poznać przeżycia osób dotkniętych niepłodnością. Atmosfera tej części "wysłuchania" od najlepszej strony przypominała to, co dzieje się na meetingach DDA. Podobna szczerość bez ekshibicjonizmu, podobna wiara w to, że jeśli powiem, jak to jest, to pomogę innym dotkniętym podobnym cierpieniem. Podobnie jak w przypadku alkoholików i ich bliskich - istotna jest szczerość wobec siebie, nazwanie problemu po imieniu, pozbycie się złudzeń, uznanie konieczności współdziałania dla jego rozwiązania. Ludzie pokazali swoją jakość i intensywność zaangażowania - to pozwala przyłączyć się do nadziei, mieć ją z nimi i dla nich. Uznać ich prawo do kształtowania swego rodzicielstwa.
*** "Wysłuchanie" było skierowane do posłów (którzy pomimo to nie przyszli). Nie było natomiast skierowane do hierarchów Kościoła rzymsko-katolickiego, czy szerzej - do księży. Jako wierzący byliśmy tam incognito - z wyjątkiem prof. Stanisława Obirka, który był zaproszony jako panelista i nie ukrywał, że reprezentuje chrześcijański punkt widzenia, powołując się przy tym na protestanckiego teologa Reinholda Niebohra, bardzo odpowiedniego teologicznego partnera współczesnych uczonych i zwolenników społeczeństwa obywatelskiego. Tą drogą ekumeniczny anioł poniekąd wślizgnął się w debatę. Ale nie zostawiono mu dość przestrzeni. "Wysłuchanie" przekonało mnie, ile złego, ile goryczy i niechęci wywołał nieszczęsny "List Rady Episkopatu Polski ds. Rodziny" skierowany do Posłów i Senatorów RP, jak na ironię określany jako "duszpasterski", a potem inne podobne w tonie wypowiedzi. Powstała z tego ciemna chmura, zza której Anioła nie widać, i domyślać się go trudno. W ślad za tym listem inne wypowiedzi, także niektórych katolików świeckich, wzbudziły żal i oburzenie, dla mnie najzupełniej zrozumiałe. Na tym tle właściwie muszę uznać prawo feministek do pocieszania się truizmem, iż "biskup nie jest Bogiem". Ale jak się okazuje, odpowiednio się ustawiając, duchowny może komuś Boga zasłonić. Może osobiście nie chciałby tego - ale tak się dzieje i ze smutkiem to oglądam.
Stało się coś bardzo niedobrego. Wspólnota wiernych doznała krzywdy. Jej członkowie zostali niesprawiedliwie upokorzeni wypowiedziami duszpasterzy, od których mieli prawo oczekiwać empatii i szacunku. Padły obraźliwe i ignoranckie sugestie, na przykład takie, iż niepłodność jest skutkiem grzechu, a dzieci z IN VITRO gorsze od innych i czegoś istotnego pozbawione... Postulat, że trzeba organizować obronę rodzin, a zwłaszcza dzieci przed dyskryminacją, może wydawać się przesadny. Jako była wieloletnia katechetka i wciąż wychowawczyni uważam wspólne przemyślenia i akcje w tej sprawie za potrzebne, za ważną, prawidłową reakcję na zgorszenie.
16:07, halina.bortnowska , Nb
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 lutego 2008

Sobota, 9 luty. Spotkanie Rady Programowej "Otwartej Rzeczpospolitej" z Janem Tomaszem Grossem w siedzibie Instytutu Historii PAN.
Piękny okrągły stół-pierścień wokół niewielkiej sali. Przyspieszenie daty spotkania spowodowało, że grono uczestników tym razem kameralne. Dla siebie i może jeszcze dla innych głębiej zainteresowanych notuję niektóre ważne dla mnie kierunki, elementy tej bardzo poważnej rozmowy. To nie sprawozdanie, lecz tekst osobisty, subiektywny, komentujący!
Jeszcze raz tak się dzieje, że autor wymownej, inspirującej - choć i paraliżującej - książki, sam raczej tylko słucha. Jakby z daleka; jakby już był w drodze tam dokąd się udaje, lub z powrotem w świat opisany w "Strachu".

* "Wyrwać chwasta" - jakoś tak to brzmi na plakacie antygrossowskim pewnej szczególnej organizacji zarejestrowanej jako "partia polityczna". Może dobrze, że ten dowód rzeczowy położyliśmy na okrągłym stole historyków. To mąci zaciszność ich pieleszy. Mogłoby nam być tu za dobrze, za wygodnie.
* Czy ta książka Grossa, podobnie jak poprzednia, (bardziej czy mniej niż tamta) głównie zakłóca atmosferę, niszcząc zarodki dialogu - czy też raczej budzi, dzięki wstrząsowi zaczynamy widzieć, jak było, jak jest? Od czego zależy efekt tej publikacji? Jakie bodźce tkwią w charakterze książki, w tym, jak jest napisana? A co w ludziach warunkuje taką, a nie inną reakcję? Czy nie jest tak, że najsurowszymi krytykami agresywności Grossa są ci, co tylko przekartkowali "Strach"?
Ktoś z uczestników słyszał, jak starsza dama groziła ekspedientce w księgarni "karą boską i Trybunałem Konstytucyjnym" za sprzedawanie "Strachu". Ale ktoś z kolei podkreślał, że młodzież, z którą ma kontakt, odbiera książkę bardzo pozytywnie: że jest potrzebna i odkłamuje to, co należy odkłamać. Dla tych młodych po "Strachu" otwiera się nowa, dojrzalsza faza dialogu. Damy od "kary boskiej" nie pozyskaliśmy wcześniej jako uczestniczki i już teraz nie mamy szans.

Trochę się boję zbyt kategorycznie formułowanych tak zwanych "prostych prawd". Nawet nie tylko "trochę" - wręcz alergicznie lękam się uproszczeń. Ale jest też coś słusznego w przypisywanym Markowi Edelmanowi stwierdzeniu: "Gdy chodzi o zabijanie, nie ma się co zastanawiać nad kontekstami i szukać usprawiedliwiających okoliczności". No tak. Czytając "Strach" widzi się wprost, że chodziło właśnie o zabijanie niewinnych pod pretekstem i bez pretekstów.
Tak - nota bene! - i ja dokładnie to widzę. Dlatego nie potrafię żądać od Grossa oszczędzania naszej wrażliwości czy doboru słów z tego punktu widzenia. Sądzę, że musimy wreszcie przyjąć, zaakceptować swój status obwinionych, uznać "naszość" tych win, wziąć je w siebie, skoro istnieją.
Ktoś przywołał aforyzm Nałkowskiej: "Ludzie ludziom..." Myślę, od dawna i teraz, że zanim wzniesiemy się do pełnego przeżycia, co te słowa znaczą, musimy jednak najpierw dojrzeć do jasnego wyznania, że los zagłady zgotowali Żydom - obok Niemców - także inni, w tym Polacy. Działo się to wtedy a wtedy, najpierw w okupowanej Europie i później po przejściu Czerwonej Armii. Inaczej niż kiedyś myślałam - dziś uznaję, że zachodzi istotny związek między antysemityzmem w Polsce przedwojennej, a udziałem Polaków w Zagładzie w czasie wojny i jeszcze po niej.
I jest również związek między trwającą dziś kontynuacją antysemickiego myślenia i zachowań, a kontaktem z nazizmem pod okupacją. A dziś okrzyk "wyrwać chwasta!" wydają ludzie chętnie uczący się od neonazistów.
* Jeszcze ta moja refleksja:
"Wojna to nieszczęście" - napisałam w roku 1945 zdając egzamin do gimnazjum. W kontekście wojennym zdarza się bohaterstwo w służbie dobra, ale częściej - zniszczenie, wymuszona zgoda na straszny świat, taki, jaki jest czy jaki nastał. "To wszystko trzeba poddawać analizie, jasno przedstawiać - bez ekwiwokacji". Zgadzam się z tym wezwaniem profesora Jedlickiego, który zarazem sugerował też, że to i owo radziłby Grossowi nazwać czy napisać nieco inaczej. Dodam nie po to, by zmiękczać, lecz w imię precyzji.
* Losy "debaty", która trwa od wielu lat... Przypominano jej początki, znaczące etapy, wydarzenia, jak film Lanzmanna "Shoah". Różne były losy i wpływ tekstów inicjujących, wzmagających świadomość, że problem jest ciągle żywy i całkowicie ponadkoniunkturalny. Jednocześnie - jak wyraźnie podkreślano, nie chodzi o jakiś "problem polsko-żydowski", lecz o problem Polski. Poniekąd z tym się zgadzam: oczywiście chodzi o polską samoświadomość - coś, co jest centralne w walce z pokusą anomii. Widzę to szczególnie jasno, gdy ktoś opisuje tak zwane "dobre kontakty" naszych młodych z młodzieżą izraelską. Te kontakty psują się, gdy następuje zderzenie z historią i właśnie z ową samoświadomością Polaków, wykraczającą poza kulty piosenkarzy czy sportowców. Widzę, że tak to się układa, ale nie godzę się z planem, by wobec tego trwale poprzestawać na platformie rozrywkowej i niczego istotnego nie dotykać.
Na pomnikach muszą widnieć prawdziwe opisy tego, co upamiętniają, a my musimy szczerze mówić o swoim bólu i wstydzie. Mnie też szczerze wścieka konstruowanie parawanów z dyplomów dla "Sprawiedliwych wśród Narodów Świata".

12:22, halina.bortnowska , Nb
Link Komentarze (4) »
środa, 19 grudnia 2007
Audycja w TOK FM: ciekawe spotkanie wokół pytania zbyt rzadko rozważanego. Okazja: konfrontacja z książką Dawkinsa "Bóg urojony". Rozmawiali: Miriam Gonczarska, Farhat Khan i tłumacz książki - Piotr J. Szwajcer. Ale nie książka mnie tu interesuje, ani wątpliwe nieraz zagrania prezentera, chyba nie doceniającego swojej szansy. Bo nie często się zdarza - usłyszeć z własnych ust ludzi wierzących dwóch wielkich religii, jak widzą swoją wiarę. To ważniejsze niż opinie o Dawkinsie. Miriam Gonczarska, wierząca Żydówka, teolożka, posiadająca talmudyczną formację i Farhat Khan, muzułmanin, także ponadprzeciętnie wykształcony religijnie. Słuchając ich staję w tym samym kręgu jako chrześcijanka. Gdyby mnie zapytano, powiedziałabym, że wierzę w tego samego Boga, co oni. Pewnie nie ze wszystkim wierzę tak samo, ale jest moim najgłębszym przekonaniem, że modląc się inaczej, usiłuję przywołać Jedynego, Żywego i Prawdziwego, poza którym nie ma nikogo i nic godnego podobnej czci i ufności. Różnymi głosami, poniekąd osobno (chociaż ja tej osobności nie pragnę) swoją istotą zwracamy się do Jedynego. Żaden obraz zewnętrzny ani wewnętrzny Go nie przedstawia (choć razem z prawosławnymi, ja, katoliczka, wierzę też, że obraz może być pomocą dla myślenia o Nim, o Tajemnicy nieprzeniknionej, której Imię jest nam dane. Czy Miriam uznaje, że nie może być ani tak, że moja modlitwa, jak też i Farhata, ginie w przestrzeni, albo kto inny ją zbiera, nie Haszem? Czy uznaje to Farhat? Czy modląc się niejako obok siebie, modlimy się jednak ku Jednemu? Ja nie potrafię myśleć inaczej.
18:57, halina.bortnowska , Nb
Link Komentarze (6) »
wtorek, 30 października 2007

Zmienił się czas, ściemniał, zamglił się.

Tu, w Milenkowcach, obfitość, festiwal opadłych liści, wyściełających leśne ścieżki. Mech jeszcze intensywnie zielony szybko obrasta próchniejące pnie i korzenie. W takim liliowiejącym zmroku zajrzymy na groby. Obce - nieobce, bo przecież modlimy się w tutejszym starym kościele razem z potomkami tych, co tu są pochowani. Z tej okazji samorekolekcje są nieuniknione. Od dawna pracuję nad zmianą swego stosunku do grobów. Nauczyłam się, jak bardzo są ważne. Z różnych chyba źródeł dotarło to do mnie. Nadal nie chcę myśleć o grobach, jako miejscach zamieszkania, co wielu ludzi uprawia. Zmarli nie są tam, gdzie pochowaliśmy ich ciała (jeśli było nam dane to uczynić - co jest przywilejem, bo zawsze było wielu niepochowanych, a wciąż ich przybywa; to z powodu niepochowanych II wojna światowa nie skończyła się jeszcze). Groby - miejsca pożegnania i w ślad za tym miejsca pamięci. Oni tam nie mieszkają, ale tamtędy my do nich idziemy, to jest nasze miejsce pracy nad pamięcią. Wyrażania jej bardziej prywatnie i jakby bezpośrednio. Światła na grobach każą myśleć o żyjących. Żyjących wtedy, zanim ich pożegnaliśmy, żyjących teraz na zawsze w będącym Wszystkim-we- wszystkich.

Dwa dni pamięci o Wszystkich Świętych i wszystkich z nami związanych, objętych nadzieją na to, co obiecane, co JUŻ, choć jeszcze nie.

13:24, halina.bortnowska , Nb
Link Komentarze (3) »
wtorek, 25 września 2007

Istnieje strona, na której o Darfurze. Obfita, z linkami, godna uwagi. Odsyłam do niej: www.gazetawyborcza.pl/darfur .

Do mojej wyobraźni przemówił głównie dr Maciej Ząbek. Cicho, nie zawsze do mikrofonu, bez żadnego patosu, przywołał daleki, obcy świat - jeszcze jeden, z którego wypadło dno, gdzie rzeczy niewiarygodnie straszne dzieją się od dawna i na codzień. 

Darfur. Głupio przypuszczałam, że to jakieś wioski dotknięte jednym z kolejnych zabójczych zamieszań. Słyszę, że to teren mniej więcej dwa razy większy od Polski.

Prelegent rzuca określenie: "Kocioł wielu nienawiści o różnych datach urodzenia". W tym kotle ludzie na nasze oko wszyscy do siebie podobni, ale sami tylko część mieszkańców uznają za "czarnych".
Gdy plemiona przyjmowały islam trzeba się było związać z plemieniem arabskim. Dziś wszyscy w Darfurze są dość do siebie podobni (są też stereotypy: "czarni" wcale nie czarniejsi).

Różnorodność:
Rolnicy, miejscowi i napływowi, Arabowie kupcy i rolnicy znad Nilu, Beduini z północy, pasterze wielbłądów, "prawdziwi Arabowie" i Arabowie - pasterze krów z terenów, gdzie dość paszy. Wiele plemion uczestniczy w nieprostych, krzyżujących się podziałach: klany, rody...
Naczelna osoba nosi tytuł Nazira - ludzie słuchają swoich Nazirów.
Oficjalny system, władze nieraz mają mały wpływ.

Susze sahelskie najbardziej dotknęły koczowników. Nastąpiło też grodzenie obszarów, które dawniej im służyły, teraz są domeną rolników.
Stąd wyląg nienawiści. Modernizacja broni: karabin, a nie miecz.
Napływają plemiona z Czadu wygnane suszą i wojną.
Koniec lat 80. - rozbój i szukanie bezpieczeństwa.
Rozmowy pokojowe pozostały w sferze teorii.

---------
Broń - jej typ zmienił zasady: dawniej była zapłata za krew. Zabójca nie był anonimowy, klan płacił za konkretnego sprawcę - ograniczało to zasięg vendetty.
Teraz inaczej...
Znikła realna cena zbrodni. Zamiast zapłaty - zemsta
 okrucieństwo
 amputacje
 krzyżowanie
 szubienice
_______
Istotny wpływ na sytuację Darfuru ma supremacja arabizmu i supremacja islamu.
Islam zasadniczo nie wspiera nacjonalizmu, islam powinien być ślepy na rasę.
Hassan jako ideolog łączy islamizm z nacjonalizmem. Nacjonalizm wywodzi się też od Kadafiego.
Legiony islamskie... (żałuję, że o tym tak mało zanotowałam, a kwestia niezwykle ważna i ciekawa, chyba punkt newralgiczny!)

Podział Darfuru.
Lud Fur staje się mniejszością.
Kurejszyci - plemię proroka, imamowie islamu, to ci "lepsi niż inni". Rośnie dyskryminacja.
Natomiast muzułmanie nie-arabscy są dyskryminowani, na przykład w wojsku.
Ludzie na czele rebeliantów:
Front wyzwolenia Darfuru,
później ruch wyzwolenia Sudanu... opozycja Sojusz Demokratyczny
Element islamski - nie-arabski
Czarna Księga dyskryminacji nie-Arabów
---------
Z reguły te organizacje łączy wspólny wróg.
______
Społeczność międzynarodowa w swoim działaniu powinna powstrzymywać się od wprowadzania czy umacniania podziałów.
Szczególnie ważny jest wzgląd na kondycję koczowników jako najbardziej zagrożonych, twierdzi dr Maciej Ząbek.
Konkluzja, także z tego, co wniosła relacja przedstawiciela PAH:
W Darfurze, jak w Palestynie, ludzie żyjący w obozach to pokolenie skazane na brak szans, na życie poza własną integralną tradycją i poza nowoczesnością.

To słowo nie padło, ale sięgam po nie. To, do czego świat tam dopuszcza, to ludobójstwo.

11:56, halina.bortnowska , Nb
Link Komentarze (2) »
czwartek, 19 lipca 2007

do klubkik: Dziękuję za uwagi naprawdę nawiązujące do sprawy, którą poruszam.
Zgadzam się ze zdaniem, że dziś istotnie mówi się o rzeczach dawniej przemilczanych. To dobrze. Sama też to robię, i prywatnie, i w druku. Popieram wyraziste mówienie o faktach i problemach.
Przezywanie, dowcipkowanie, wykpiwanie, ośmieszanie, używanie sobie na tym, co ktoś inny kocha czy ma za ważne, wręcz "święte" - to coś innego. Czy za otwarte, szczere mówienie musimy płacić zgodą na brutalność w traktowaniu innych ludzi, na nieliczenie się z tym, co przeżywają? Na przykład Ruch ekumeniczny wypracował pewien obyczaj: każda wspólnota wiary jest nazywana tak, jak to sama praktykuje. Jeśli nazywa się "Kościołem", to mówimy o niej "Kościół" [Pewien urząd watykański zdaje się to zwalczać!]. Ja chcę być określana jako osoba niedowidząca, a nie np. "ślepojda". Ten termin ma w sobie ładunek pogardy i go sobie wypraszam w imieniu własnym i innych, którzy mają tę samą trudność życiową. Bronię tak rozumianej poprawności wyrażania się, zwanej "polityczną" (od "polis", nie od partyjnej linii).
Pozdrawiam nadawcę tego sygnału.
HB

12:39, halina.bortnowska , Nb
Link Komentarze (2) »
wtorek, 17 lipca 2007

W radiu TOK FM z cyklu “Zbliżenia”: Marek Raczkowski mówi, że nie widzi, dlaczego uczucia religijne mają być chronione, podczas gdy inne, takie, które i on odczuwa, tym przywilejem nie są objęte.

Rzeczywiście.

Wyjątkową ochronę uczuć religijnych można by uzasadniać strachem ustawodawców przed Partnerem tych uczuć. Obawiam się jednak, że byłby to strach zabobonny lub nieszczery. Dziś na pewno nie o to chodzi, że On mógłby się obrazić razem ze swymi czcicielami. Wszelkie uczucia należy chronić. Oczywiście raczej te jako tako pozytywne (choć może nawet i tym złym pewna ochrona się należy? Bo czy wypada kpić z nienawiści, z pogardy? - Nie wiem.)

Warto chronić uczucia przed ostentacją w ich wyrażaniu, przynajmniej na co dzień i w większość świąt. To każdy musi narzucić sam sobie, ale trzeba też utwierdzać (przypominać!) obyczaj, że nie wypada manifestować uczuć zbyt publicznie, zbyt jednoznacznie, prosto w oczy wszystkim, których to kole...

Jeśli przeżywających coś jest bardzo wielu, tym bardziej powinni uważać, bo uczucia jednych mogą obrażać uczucia innych. Dziwna sprawa, ale tak właśnie jest. Może czasem spróbować porozumieć się w sprawie uczuć? Znaleźć punkt widzenia, z którego dałoby się tamte, cudze uczucia uznać za godne szacunku, bo czyjeś? Przyznać im domniemanie szczerości?

Raczkowski myli się, jeśli naprawdę sądzi – wbrew własnym doświadczeniom – że tylko religia broni uczuć, które wzbudza i sankcjonuje. Jest przecież patriotyzm tromtadracyjny nierzadko pełen agresji. Ale jest też bardzo dla mnie rażąca fala dowcipuszków i dowcipasów. Kiedyś nie wypadało kpić z czyjegoś nazwiska, pochodzenia, kalectwa, objawów choroby psychicznej, generalnie biorąc – kpić z nieszczęść. A także z cudzych świętości: młynków modlitewnych, gestów , obyczajów dyktowanych sakralną tradycją. To był rodzaj poprawności w kontaktach.

Coś było przez ten obyczaj chronione. Może człowiek?

12:32, halina.bortnowska , Nb
Link Komentarze (1) »
czwartek, 05 lipca 2007

Kilka spostrzeżeń, kilka ech tego, co mówiono podczas debaty w Fundacji Batorego. Organizatorzy chcieli namysłu nad przyszłością. Jest on rzeczywiście potrzebny i to bardzo pilnie. Ale zarazem jeszcze nie bardzo możliwy; przynajmniej dla mnie, chyba dla większości obecnych w sali im. Jerzego Turowicza. Dlaczego? Mamy wyrok Trybunału, mamy jego uzasadnienie, ale sytuacja, w której czytamy te dokumenty, pozostaje niejasna. Autorytet Trybunału jest kwestionowany w sposób, który musi niepokoić. A w ogóle trudno się spodziewać, by ci sami autorzy byli w stanie pracować nad prawem lustracyjnym w innym duchu niż dotąd. Nie zmieniając ducha najprawdopodobniej ułożą litery na nowo, ale tak, by znaczenie zapisu nie uległo istotnej zmianie. Słuchając wypowiedzi senatora Romaszewskiego nie nabrałam nadziei na inny obrót sprawy. Jeśli tak, to czekają nas powtórki wcześniejszych patów.

A czas biegnie. Z jego upływem – jak ktoś słusznie podkreślił w debacie – blednie i więdnie część argumentów przywoływanych w obronie twardej, bezwzględnej lustracji, bez liczenia się z jej społecznymi kosztami. Cóż to za zagrożenie szantażem może dziś jeszcze być poważne, istotne dla społeczeństwa? Szantaż może jeszcze wpływać na duchownych, a to ma znaczenie, bo w Kościele mamy wciąż gerontokrację. Ale przecież nie o Kościół w tej ustawie chodzi! Serio: nie grozi Polsce powrót do struktur PRL ani panowanie specyficznie post-esbeckiej mafii. Dzisiejsze zagrożenie mafijne ma inne źródła, inne katalizatory. W miarę, jak ten realny motyw lustracji schodzi z planu, więcej uwagi zyskuje inny, choć pokrewny. Nie ufamy – może słusznie – osobie, która naszym zdaniem pod wpływem szantażu mogłaby dopuszczać się czynów szkodliwych, wymuszonych na niej strachem. Nie ufamy tchórzliwym i tym, co mają się czego bać; mało komu w ogóle potrafimy ufać. Mądrzejsi niezbyt ufają sobie samym.

I słusznie – i bardzo źle, bo to paraliż. Możemy reagować skrajną nieufnością na samą wiadomość, że dany człowiek, wprawdzie nie teraz, lecz kiedyś, 20 lat temu, być może zdjęty strachem, być może zaprzątnięty własnym interesem, być może zdezorientowany, dopuścił się “współpracy” z aparatem bezpieczeństwa, trudnej zresztą do opisu i oceny poza tamtym historycznym kontekstem. Możemy już nie ufać kolejnym osobom, których pewne czyny i pewne rozmowy przed laty spisał funkcjonariusz Aparatu, a jego aktywności sprawozdawczej będzie przysługiwać domniemanie prawdy (jakby to pisał szykując się na stawiennictwo przed tronem Boga). Trybunał – jak mi się zdaje – nieco to domniemanie zakwestionował, ale tylko ubocznie.

To zresztą nie jego rola, lecz historyków, krytycznych znawców metod badania źródeł. Winna temu polityka wobec historii? Biedna Muza Klio, utrzymanka? Jeśli mowa o przyszłości, to na dalszą metę marzę o renesansie badań historycznych w Polsce, prowadzonych bardziej w duchu ostrożności poznawczej, pamięci o tym, że w granicach nauki dochodzimy tylko do hipotez, które są otwarte na próby falsyfikacji i szereg takich prób muszą przejść zanim zdobędą status poważnych hipotez, na których może się wspierać paradygmat – szeroka wizja, czym TO było, na przykład czym był w różnych dekadach PRL. Marzę też o tym, by krytyczne metody naukowe miały zastosowanie w lustracyjnej kryminologii. W tym celu eksperci muszą pozostawać w swojej roli. Rola sędziów jest inna. Jeśli sędziowie zostawiają pole historykom, to po to, by kontynuowali proces badawczy, który nigdy nie kończy się wyrokiem.

Młody badaczu, jeśli chcesz być uczonym adeptem historii – uciekaj z IPN, uciekaj od zabójczego przywileju wyrokowania. Ale nie opuszczaj historii najnowszej. Powinniśmy wszyscy, także świadkowie tamtych czasów, poznawać tę historię dzięki twojej wytrwałej, mrówczej pracy, dzięki ocalaniu źródeł i świadectw, dzięki waszemu wysiłkowi uzyskiwania i oglądania panoramy szerszej niż się da zobaczyć przez szparę. (Serdecznie myślę o znanych mi osobach, które próbują to robić).

13:12, halina.bortnowska , Nb
Link Dodaj komentarz »

Jak pisze Orliński w DF, w języku malajskim "koro" to głowa żółwia, która co raz to chowa się w bezpiecznej skorupie, znika. Abstrahuję od dalszych konotacji tego zjawiska, którymi zajmuje się Orliński. Choć analogię można by było dalej rozwijać... Mój pomysł: ludzka pamięć jest też płochliwa, właśnie jak głowa żółwia. Potraktowana niedelikatnie cofa się w głąb, czai się tam, coraz dłużej bez kontaktu ze światem. Ludzie pozornie pozbawieni pamięci historycznej - to efekt władczych zapędów, prób tresowania pamięci, karania i wynagradzania za to, co w niej tkwi i, zależnie od dyrektyw, bywa ujawniane lub nie. Ważna, pożyteczna debata Fundacji Batorego (26 czerwca): "Pamięć jako przedmiot władzy". Po kilku dniach badam, co zostało w mojej pamięci, jakie trwają echa słuchania prawie czterogodzinnej wymiany poglądów (najpierw panel, potem uczestnicy z sali).

Dlaczego myślę właśnie o wypowiedzi prof. Darii Nałęcz? Odebrałam jej stanowiskojako niestety odosobnioną obronę autonomii pamięci, jako ludzkiego prawa jednostki. Ja też nie chcę, by pamięcią manipulowano, by ktoś ją miał nastrajać na określone tony, dyktować skalę, typ zjawisk do utrwalania. "Pamięć to nie to samo, co historia" - jak ktoś podczas debaty zaznaczył. Człowiek sam ma ograniczoną władzę nad swoją pamięcią; przecież nie zapamiętuje, a zwłaszcza nie zapomina, gdy to sobie rozkaże. Także siebie samego może tylko namawiać do określonej strategii wspominania, pracy nad pamięcią, komunikowania wspomnień i dopuszczania ich do wpływu na decyzje. Kojarzy mi się to z Trauerarbeit - pracą żałoby, o której pisał Mitscherlich. Mówimy, że pora już, by odżałować coś, co pamiętamy. Znaczy to, że przeżywanie żalu warto zakończyć, uwolnić się, a to, co bolesne, pamiętać jakby w innym świetle. Do tego się dochodzi. Niestety różne polityczne inicjatywy, wtrącanie się, krzyki, obietnice i groźby przeszkadzają w pracy odżałowania. Głowa żółwia znika. A przecież do pracy odżałowania trzeba się zabrać teraz, bo nie każdy będzie żył 80 lat. Myślę, że w trudnym wspominaniu potrzeba pomocy sztuki. W tej chwili jako pomocnik przychodzi mi na myśl Myśliwski.

**

Mówiono o "polityce historycznej". Nie zauważyłam, by ktoś skomentował uderzającą dwuznaczność tego hasła. "Polityka historyczna" może być polityką wyprowadzaną z historii, żyjącą i żywiącą się tym, co przeszło lub powinno przejść "do historii", czyli poza obręb aktualnych kwestii domagających się decyzji, rozstrzygnięć, akcji. Jest to polityka determinowana przez to, co było, a niekoniecznie jest, a tym bardziej wątpliwe, czy jutro będzie. Z tak rozumianą polityką historyczną polemizowano. Dla mnie bardziej interesująca byłaby dyskusja, a raczej sprzeciw wobec "polityki historycznej" jako polityki w sprawie nauki zwanej historią. Pisząc "historię" (np. jej europejski podręcznik) tym samym ruchem tworzy się też "historię", następny rozdział dziejów, bo to, co napisane, przenika w świadomość, w wizję świata czytelników. Politycy będą na tym polu działać, popierać jedno, lekceważyć lub zwalczać drugie. Jak się im przeciwstawiać? Jak zachować autonomię pracy badawczej (tylko uczciwe jej wyniki formułowane w duchu wielkiej ostrożności poznawczej mogą naprawdę dobrze zrobić czytelnikom). - Tyle na dziś. Przepraszam! Przypominam, że to nie jest sprawozdanie z debaty. To tylko notatki na marginesie. Przywilej blogistki: "Nota bene".

10:35, halina.bortnowska , Nb
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 czerwca 2007

Dawniej podczas konferencji starannie wszystko notowałam, zarówno bieg myśli wypowiadających się osób, jak i własne komentarze, wyraźnie je wyodrębniając. Mam całą półkę zeszytów wypełnionych głównie tego typu zapiskami. Czasem do nich zaglądałam i jeszcze próbuję wykorzystać, teraz tylko z czyjąś pomocą. Jest to szukanie wsparcia dla pamięci o myślach, kiedyś przez kogoś przekazanych. Obecnie słuchając raczej nic nie piszę, wbrew odruchowi, nakazującemu sięgnąć po kartkę. Coś mi się jednak zapisuje "w rozumie", jak podczas wykonywania rachunków bez kalkulatorka.

**

Dwa uroczyste panele w Gazecie Wyborczej - (z okazji jej osiemnastej rocznicy). Panel "wschodni" z Adamem Michnikiem i "zachodni" z Bronisławem Geremkiem. Co z tego słuchania wyniosłam, nad czym dalej myślę?

Jak stwierdził któryś z panelistów, nad tymi refleksjami unosiła się szczególna aura, niepokojące poczucie, że jesteśmy PRZED - przed czym? To jest nieokreślone. Ale wyraźnie nie spodziewamy się przełomu ku czemuś lepszemu, czy przynajmniej równie znośnemu (dla nas!), jak to co jest.

Nb.: - dobra rada "róbmy swoje" może się okazać zwodnicza. Co się stanie, jeśli nikt odpowiedzialny nie uzna za swoje zadanie rozumnej troski o całość? O dobro wspólne?

**

W panelu "wschodnim" dla mnie ten wiodący wątek: próby wskazywania, skąd się bierze pokusa rządów autorytarnych, w ostatecznej perspektywie - terroru upaństwowionego?

1937 w ZSRR. Oczekiwanie wojny. Czy straszenie perspektywą napaści z zewnątrz, czy infiltracji? Nie taka znów różnica. Terror państwowy ma "ucinać macki". Czyje? Czy chodzi o szpiegów - czy raczej o "niby-szpiegów", ludzi rzekomo stających po stronie obcych, choćby zupełnie nieświadomych tego? Czy prościej - jedyny cel to nałożenie blokady strachu na wszystkich przez typowanie kolejnych kategorii obywateli, które dla przykładu podda się wyniszczeniu?

Czy w Rosji dzisiejszej znika pamięć o tym, co ludzie przeszli - na przykład w roku 1937, ale przecież nie tylko wtedy? Dlaczego prawie wcale nie ma prywatnych czy społecznych oddolnych inicjatyw pamiętania o ofiarach? Jak społeczeństwo rosyjskie i te inne, uczestniczące w radzieckim świecie, mogą dziś widzieć na przykład estońskie i podobne przedsięwzięcia skreślania dawnej niby-wspólnej pamięci i wyrażania pamięci własnej, osobnej - pamięci o ofiarach?

Spostrzeżenie Konstantego Geberta (uwaga rzucona w dyskusji): pamięci zawsze są osobne, muszą być takie, trzeba się uzdolnić do znoszenia tego faktu.

Nb. Tak, to prawda! Ale: mamy też, wszyscy mają powpisywane w swoją niby osobną pamięć jakieś odpryski cudzych doświadczeń i ich interpretacji - stereotypowych, lansowanych, wtłaczanych, zaraźliwych. Mamy też złe wspomnienia nieudanych prób uzgadniania: kto, komu, kiedy, jakie nieporównywalne krzywdy... Ale były przecież także wspólne łzy nad doznanym osobno bólem. Łzy empatii.

**

Młoda Rosjanka nie zgadza się z występującą w panelu - jej zdaniem - tendencją do zacierania rosyjskiej winy: Rosjanie nie powinni mówić, że wszyscy, że wiele narodów i państw poddawało się i poddaje analogicznym pokusom wzgardy dla praw człowieka... Rozmawia potem jeszcze ze mną; widzę, jak jest piękna, tak sobie wyobrażam Nataszę z "Wojny i pokoju". I ta młoda kobieta szczerze, bardzo emocjonalnie dopomina się, by rosyjscy intelektualiści na takim spotkaniu czuli obowiązek spowiedzi - jak Niemcy z Akcji Znaków Pokuty - nie próbując od razu być partnerami europejskiej refleksji nad ogólnoludzką pokusą totalitaryzmu.

Nb. W moim odczuciu są tu dwie sprawy. "Spowiedź", której 'Natasza' ma prawo żądać, wciąż potrzebna jako przygotowanie do zetknięcia (zderzenia) osobnych, poniekąd antagonistycznych pamięci - i wspólna refleksja nad tym, co jednak jest ogólnoludzkie: bo to ludzie ludziom ciągle gotują nieludzki los. Tego samego dnia w Klubie Trójki prof. Zimbardo podtrzymuje swoją analizę wydarzeń w Abu Ghraib i wyraża przeświadczenie, że niemal każdy człowiek - jeśli nie jest bohaterem - może stać się winnym lub współwinnym stosowania tortur. Myślę, że bohater musi nadto wierzyć, że nic nie zwalnia od przestrzegania praw człowieka, żadna odmienność istot ludzkich, o które chodzi.

Najważniejsze wydaje się - praktykowane też w Aktion Sühnezeichen - uzdalnianie ludzi do moralnej autonomii i do odbierania sygnałów, że pora na deklarację "co to, to nie!".

**

Jeszcze sprawa pomników. O racjach wdzięczności. Prof. Pomianowski radzi przyjąć tezę: Oni (tzn. żołnierze radzieccy, pochowani w tej ziemi, niekiedy uczczeni pomnikami) wprawdzie nie wyzwolili nas, ale jednak ocalili życie wielu... niektórzy to pamiętają, a wszystkim wypada pamiętać z nimi.

Nb. Tak myślę, że pomniki żałobne można by przenosić na cmentarze jako w miejsca bardziej godne, czyniąc z tego uroczystość ku ich czci, wyraz szacunku także religijnego. Niech się tam, na polach elizejskich, dowiedzą, że już nie trzeba iść na zachód ani przed Zachodem bronić; można wreszcie spocząć.

**

Panel "zachodni".

Myśl (wstyd mi, nie zapamiętałam, czyja) - że "kiedyś były dwie »Europy«, jeden »Zachód« , teraz zaś odwrotnie".

Czy to prawda? Teza okazała się migotliwą. Może jedna Europa, mimo wszystko jedna, ale koncepcji jej jedności kilka różnych.

Nb. Koncepcje jedności Europy wydają się raczej transcendentne wobec granic państw i stref historycznych, wobec cienia unicestwionej kurtyny?

Czy jedność Zachodu - z włączeniem USA - potrzebuje katalizatora w postaci partnera do konfrontacji? Czym jest w tym zestawieniu Rosja, a czym... kto właściwie? Islam, świat arabski, Bliski Wschód - a może jednak w jakimś sensie Południe, i które?

Nb.: O Chinach właściwie nie mówiliśmy poważnie. Ktoś tylko wspomniał zagrożenie przez tanie buty.

**

Z pluralizmem koncepcji Europy wiąże się odczuwana chyba przez wszystkich potrzeba i trudność wskazania, na czym się europejskość zasadza, z czego wyrasta.

Nb. Moim zdaniem chyba na tym, że tak jest i być musi. Że każda próba wykluczającej definicji europejskości uderza w europejskość!

Myślę, że europejskość (na tym poziomie obejmująca też USA) jest czymś w rodzaju kontradyktoryjnego procesu. Każda idea - poza rezygnacją z procesu jako takiego - ma tu dobrze umocowanych obrońców i oskarżycieli. Sędzia słucha - zniecierpliwiony, czy  zafascynowany? Werdykt nie jest pilny. Istotne jest trwanie rozprawy.

Nb. Jeśli miałabym nazwać jakiś fundament Europy (ważny, choć nie jedyny), to byłoby to prawo rzymskie. Może to pod wpływem niedawnych przeżyć, szczególnie mi zależy na europejskości działania prawa w Polsce. Może europejskość sama nie wystarczy, ale w jej obszarze jednostka nie czuje się naga i bez pardonu wydana na eksperymenty z odczłowieczaniem.

14:23, halina.bortnowska , Nb
Link Dodaj komentarz »