To zdjęcie
"trzynastego kosza
na ułomki"
prowadzi
do szczegółów
przedsięwzięcia:









Kliknij w okładkę poniżej
i dowiedz się
o "Co to, to nie".
Nowa książka
Haliny Bortnowskiej
z przedmową
Adama Michnika
i posłowiem
Jerzego Sosnowskiego:
"Co to, to nie.
Myślennik
Haliny Bortnowskiej",
książka, która
może stanowić
początek istotnej debaty
o tym,
jak nie wykluczać
i jednocześnie
trzymać standardy








W sprzedaży są jeszcze
ostatnie egzemplarze
poprzednich książek, wystarczy kliknąć w okładki:

Książka
"Wszystko będzie
inaczej"


Książka do czytania
w całości za darmo
w Cyfrowej Bibliotece Narodowej
Polona

- nie tylko
na Adwent


---

Jestem uparcie nazywana publicystką katolicką , bo wielu redaktorom zależy na tym, by pokazać istnienie opinii katolickiej tego typu, co moja. Uzupełniam paletę. Redaktorzy mogą się kierować szlachetnymi względami. Bardziej liczyłabym się dla nich jako reprezentantka Kościoła niż mogę znaczyć po prostu jako ja. Biorąc realnie - tak na pewno jest.

Może szkoda - ale ja nie chcę z tego korzystać. Czuję w sobie głęboką niechęć do uzurpowania sobie tytułu, który właściwie każdy może zakwestionować: w imieniu władzy piastowanej w Kościele, albo w przekonaniu, że lepiej wie, co się z katolicyzmem zgadza, a co nie.

Jako publicystka bezprzymiotnikowa jestem świadkiem swojej wiary wolnym i dobrowolnym. Każdy może sam ocenić, z jakich pozycji wychodzę, dlaczego mówię to, co mówię. Racje zawarte są w tekście, nie w podpisie piszącego. Proszę o tej deklaracji łaskawie pamiętać czytając ten blog i inne moje publikacje.

Czytam

piątek, 18 maja 2012
Wydawnictwo ZNAK rozpoczyna wreszcie wznawianie wybranych tekstów autorki zmarłej w 1983 roku. Takiego powrotu domagałam się, gdy Redakcja miesięcznika Znak, jeszcze z Michałem Bardelem jako redaktorem naczelnym pisma, umieszczała tablicę pamiątkową na domu przy placu Axentowicza w Krakowie. Tam kryła się jej sublokatorska pustelnia, siedlisko drugiego, rozległego życia. Pierwsze i pierwszoplanowe miało miejsce w Redakcji miesięcznika (wówczas Sienna 5). Teksty książkowe, głównie powieści i opowiadania, powstawały trochę w cieniu, na obrzeżu pracy redakcyjnej. Powiernicy życia pisarskiego pochodzili spoza redakcji, z wyjątkiem Franciszka Blajdy, który troszczył się o miesięcznik, ale też o wydawanie książek. Odbywało się to z trudem, z kłopotami z cenzurą i z przydziałami papieru. Obecne wznowienie też odkładano z powodu zakleszczonych gdzieś praw autorskich.
Tak się składa, moim zdaniem szczęśliwie, że już dość dawno ukazała się piękna książka Anny Głąb "Ostryga i łaska", z której można się dowiedzieć o Hannie Malewskiej wielu rzeczy zadziwiających, zastanawiających, niespodziewanych, pięknych. Nie sposób streszczać tutaj ten swego rodzaju reportaż historyczny o osobie, widziany od wewnątrz, nie od zewnątrz. Gdy niedawno czytałam "Opowieść o siedmiu mędrcach", zauważyłam, jak wiele przypisanych im mądrościowych praktyk, "hm" znała z doświadczenia. Na pierwszym miejscu wymienię pitagorejskie milczenie. To coś więcej niż dyskrecja, którą też się odznaczała.

17:23, halina.bortnowska , Czytam
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 lipca 2011
Mam zamiar - nie wiem czy wytrwam! - częściej utrwalać tu spotkania z tekstami, nad którymi myślę dłużej, czasem z oczywistych racji, a czasem przez pewnego rodzaju przypadek (usłyszałam, zauważyłam, coś w tym widzę).
Andrzej Wielowieyski ["Pomagać kobiecie czy przymuszać"].
Nad stanowiskiem Wielowieyskiego w kwestii prawa aborcyjnego myślę od dawna, od początku prac i polemik we wczesnych latach dziewięćdziesiątych. Co on myśli - i mówi! - teraz?
Nie dziwię się, że właściwie to samo, co wtedy i nadal się z nim zgadzam.
Tak, Andrzeju, trzeba pomagać, aby kobiety nie robiły sobie tego, aby nie chciały i nie musiały w tak bolesny sposób bronić się przed kontynuowaniem ciąży i przed obecnością tego dziecka w swoim życiu. Aby odebrać pacjentki "podziemiu" i "Turystyce", trzeba edukacji seksualnej, dostępu i zrozumienia antykoncepcji; trzeba też - to dodaję - szerokiej edukacji etycznej, nie ograniczającej się do katechezy.
Edukacja musi objąć chłopaków i dziewczyny. Nie da się jej zastąpić pisaniem i ogłaszaniem restrykcyjnych ustaw. Źle z nami, jeśli tylko prawo jako takie ma nam wdrażać etykę, a nie odwrotnie: etyka - szacunek dla prawa.
Dziękuję, Andrzeju.
Proszę przeczytać ten tekst:
http://wyborcza.pl/1,90705,9954005,Aborcja__liberalizacja_mozliwa_za_kilkanascie_lat.html 

13:03, halina.bortnowska , Czytam
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 11 stycznia 2010
Reportaż w "Dużym Formacie" [GW, czwartek 7 stycznia 2010] przynosi aktualny materiał do refleksji i dla nas. Historie pytających, dorosłych już dzieci angielskich, dotyczą jednak pewnego, ściśle określonego aspektu i formy ingerencji w sprawę poczęcia i rodzicielstwa. To nie poczęcie in vitro jest tu problemem, lecz pochodzenie jednej z dwóch łączących się gamet. Pytanie, które powinno być w tytule, brzmi: Kto jest moim ojcem?

15:34, halina.bortnowska , Czytam
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 stycznia 2010
"Arka Noego" na minioną już niedzielę 3 stycznia (w Samorekolekcjach określoną, jako "niedziela czasu mądrości").

Arka ciężko załadowana aż dwoma felietonami na temat pasujący do tego statku: "moralność, a religia" (albo odwrotnie). W określeniu "felietony" nie ma ironii. Aprobuję ten gatunek, także gdy chodzi o zagadnienia ogromne, obudowane dziesiątkami czy wręcz setkami tomów. Takie zagadnienia trzeba odsłaniać, uprzytamniać, odnajdywać w pytaniach dzieci i starców. Z tej racji stajemy wobec monumentalnych podstawowych pytań z karteczkami, których zawartość pomieści się w Arce.

Teraz proszę: czytelniku, najpierw skorzystaj z linków, przeczytaj teksty, które przyniosła Arka [GW 2-3 stycznia 2010, str. 17: "Czego nie wiedział Abraham"]:
http://wyborcza.pl/1,76842,7419052,Czego_Bog_chcial_od_Abrahama_.html
http://wyborcza.pl/1,76842,7418999,Religia_a_etyka__Czego_nie_wiedzial_Abraham_.html

**

A teraz: Oto trzecia karteczka, moja, żagielek łódki wypływającej naprzeciw Arce. Na banderze hasło "Bóg nie konkuruje z człowiekiem". Bandera służy rozpoznaniu, do jakiej floty jednostka należy: nie do agnostycznej. Coś o Bogu wiem, choć na dziobie łódki umieszczam głowę Teologa z palcem na ustach: Pan jest ponad to, co zdołamy o Nim powiedzieć. Czas zamilknąć.

Skoro jest "ponad", to oczywiście nie zajmuje w nas, czy pośród nas miejsca, które może zająć człowiek. Kochamy Go nie zamiast człowieka, tylko inaczej. Najwyższy jest całkowicie inny, niepojęty, chociaż, i to też niepojęte - bliski, bardziej wewnętrzny od ludzkiego wnętrza. W chrześcijańskim pojmowaniu niepojętego - to Ojciec, Brat w synostwie, przenikająca, zesłana Miłość, niepojęte Życie.

Ktoś Taki nie ogranicza swojej obecności w nas do uczenia moralności. Jako Stwórca nas, takich, jakimi jesteśmy, najpierw i przede wszystkim uzdalnia do miłości, do przylgnięcia do Siebie. Nie jest więc - jak możemy odgadywać - dokładnie taki, jak Bóg filozofów, nawet najmłodszych.

Bóg Biblii i Jezusa nie konkuruje z człowiekiem, ale jednak coś do człowieka mówi. Niech ludzki rozum stara się pojąć, co dla dobra jest powiedziane. Dla dobra - tu się zgadzam z Jankiem Turnauem. Tylko dla dobra, nigdy dla udręki; nie dla zaznaczenia władzy. Objawienie moralne, zagnieżdżające się w sumieniu, będzie zgodne z tym, do czego - najczęściej, najwłaściwiej - sam dochodzi: to są przykazania - dwa, dziesięć, może i 600 ileś tam. Z ich spokojną interpretacją zgodzi się i krakowska filozofka, pani de Lazari Radek, i obywatelka włoska pani Lautsi składająca w Strasburgu skargę na obecność krzyża w klasie szkoły publicznej.

Czym innym jest to, co autorzy Pięcioksięgu widzą i zapisują jako wyraz woli Bożej wobec jednostek i ludu. To, co czują i czynią patriarchowie, nie jest do naśladowania; nie do nas były te wyznania skierowane. Jeśli coś jest do naśladowania, to chęć przylgnięcia do Boga. Czasem ma ona postać posłuszeństwa. Ma to być posłuszeństwo Prawu, przykazaniom, jako droga komunii. Tak wyrazisz, człowiecze, swoją miłość. "Trzeba słuchać Boga, a nie ludzi". Boga, Jego Prawa, a nie innych panów. On sam da do tego siłę. Jeśli tego chcesz, ja też radzę. Kieruj się rozumem, myśl sam, naradzaj się, proś o pomoc. Nie ufaj żadnym podszeptom, impulsom, zachceniom, nakłanianiu i rozkazom.

Wraz z wiarą i dla niej otrzymałeś oczy serca, sumienie.
20:55, halina.bortnowska , Czytam
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 listopada 2009
Nowa książka Jerzego Sosnowskiego przemówiła do mnie chórem zmieszanych głosów. Najsilniejsze wrażenie - oto świat bliski, znany z pewnego wycinka codzienności, także mojej własnej, znany z reportaży, ale jednak świat mało przedstawiony, nikomu nie ukazujący się pod tym właśnie kątem.

11:34, halina.bortnowska , Czytam
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 czerwca 2009
Przedzieram się przez lekturę tej książki, złą metodą - poczytując fragmenty, które mnie szczególnie pociągają. Nieprędko będę z tym gotowa, ale piszę tę notatkę od razu, by podzielić się przeżyciem i zwrócić uwagę na książkę z pozoru skromną, a przecież bardzo niezwykłą.

09:37, halina.bortnowska , Czytam
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 kwietnia 2009
Zgłaszam się z dalszym ciągiem rekomendacji i poniekąd komentarzem.
Najpierw odbył się ciekawy wieczór Klubu Czwartkowego: spotkanie z Anką Grupińską [ http://klubczwartkowy.blox.pl ]. Piszę o nim tu, a nie w blogu tegoż Klubu, bo te myśli chcę wpuścić również w ten obieg, w którym funkcjonuje mój "Myślennik". Pisząc o lekturach może trochę obszerniej i częściej chcę ustawić cały blog bardziej pośrodku wszystkiego, co mnie zajmuje - zajmuje nie przypadkiem, raczej z wyboru, z akceptowanego obowiązku.
A więc ten czwartkowy wieczór: całkiem spontanicznie rozmowa nie tylko wokół słusznie wznowionej książki "Najtrudniej spotkać Lilit. Opowieści chasydek", lecz także innych, może lepiej znanych, jak "Ciągle po kole: rozmowy z żołnierzami Getta Warszawskiego" i "Odczytanie listy: opowieści o powstańcach żydowskich".
Tym, co mnie najgłębiej zastanowiło, było mocne podkreślenie faktu, że Grupińska nie chce uprawiać historii, czyli nie zamierza spełniać wymogów metody przyjętej dla publikacji naukowych. Jej warsztat jest podporządkowany zadaniu, jakim jest poznać pamięć, przeszłość w ludziach, w ich oglądach utrwalonych w tym, jak widzą rzeczywistość, tę dawną (ale pewnie też dzisiejszą).
Jeśli tak, to ta autorka stawia sobie zadanie tak trudne, jak opisana kiedyś przez Kiplinga próba odczytania z siatkówki zmarłego ostatniego obrazu, który tam dotarł. Kto wie, może w przyszłości w szczególnych warunkach będzie to możliwe? Obrazy tkwiące w świadomości pamiętającego są niemniej tajemnicze, ale cierpliwy i utalentowany rozmówca może do nich dotrzeć, wywołać je, zebrać w słowa, które je utrwalą.
Grupińska wskazuje, że ten rodzaj twórczości wywodzi się od Hanny Krall, choć u różnych jej następców przybrał różne postaci. Od siebie powiem tak: Krall i Kapuściński są mistrzami ewokacji, przywołania doświadczeń własnych i cudzych, aktualnych i z przeszłości. Piszą o nich w taki sposób, że ich teksty dają czytelnikom kontakt z tymi doświadczeniami, analogiczny do doświadczania bezpośredniego.
Wniosek: twórcy reportaży tego typu są władcami wyobraźni, a może też pamięci, w tym sensie, że teksty wprost wpisują nią to, co nam powiedzieli. To już potem miesza się ze wspomnieniami. Móc to sprawić to wielka władza. Zdaję sobie sprawę, jak groźna. Całe szczęście, że to wpisywanie w cudzą świadomość jest możliwe tylko dzięki sztuce, którą niszczy już sam zamiar fałszu. Taką mam nadzieję. Choć warto byłoby podyskutować, czy tak jest w istocie.
Jeszcze raz ta teza: sztukę zabija zamiar niewierności wobec tej rzeczywistości, która w nas wsiąkła. Nie to szkodzi sztuce, co ktoś inaczej nasiąknięty nazwie błędem, lecz gwałt na własnej wizji.
NB. Osobny casus: bezkrytyczne poddanie się wizji cudzej, narzuconej przez okoliczności. Wtórność, brak świadomości obcowania z fantomami i mnożenie ich.
**
Profesor Karol Modzelewski w rozmowie z Adamem Leszczyńskim powiedział rzeczy istotne ("Kiedy historyk może być ścierwojadem" - G. W. 24 kwietnia 09).
Żałuję, że ten tekst ukazuje się dopiero teraz. Mogłabym się na nim oprzeć, gdy przez lata próbowałam, raz po raz, coś wytłumaczyć, przekonać do dystansu wobec założeń i metod kwestionowanych przez Modzelewskiego i przez niezależnych źródłoznawców (jak prof. Włodzimierz Borodziej). Ich krytyczna, analityczna świadomość przeciwstawia się fali prorokowania w imię "prawdy" destylowanej z ubeckich kwitów. Nie przypadkowo parafrazuję tu określenie używane przez Karla Poppera w "Open Society". Tam "high tide of prophecy" to heglizm i marksizm. Krytyka prorokowania jako metody musi objąć nie tylko przewidywanie przyszłości, lecz i przywoływanie przeszłości. Starsi spośród nas byli świadkami, co wynika z "prorokowania", jak daleko od rzeczywistości odwodziła marksistowska polityka historyczna.
Tak sobie myślę, chyba w duchu profesora Modzelewskiego, że teraz potrzebne jest energiczne, ale precyzyjne, korygowanie konkretnych błędów, zafałszowań, jednego po drugim, doraźnie, w miarę natrafiania. Leczenie pamięci jak się leczy zęby, tak by pacjent to zniósł i by nie dopuścić do sepsy.
16:37, halina.bortnowska , Czytam
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 13 kwietnia 2009
1. Czytam nową książkę Małgorzaty Szejnert "Wyspa klucz" (ZNAK 2009).
Oczywiście pragnę więcej o niej napisać, ale zwrócenie Waszej uwagi na tę lekturę uważam za sprawę pilną, tym bardziej im więcej teraz zależy od USA.
2. Wątki w Gazecie Wyborczej, które nie powinny zatonąć w świątecznej atmosferze - ani w nadmiarze trosk, ani wśród przyjemnych i pożytecznych radości.
Teresa Bogucka: "Esbecy i sutanny" (GW, 10 kwietnia).
Cieszę się, że w taki sposób, z właściwym sobie umiarem i namysłem, przypomina i poniekąd podsumowuje sprawy ważne dla tych, co mają Kościół rzymsko-katolicki za swoją sprawę i dla tych, co w jego kondycji widzą jedną z istotnych spraw publicznych.
Chciałabym jako uzupełnienie podsunąć jeszcze raz mój tekst z 2006, który pierwotnie miał tytuł "Droga Kościoła", a ukazał się w GW i jest do odszukania pod tytułem redakcyjnym "Nie publikujcie leksykonu zdrajców".

3. Gazeta na Wielkanoc. Cały numer wart przeczytania i liczę, że tego dokonam. Zupełnie jednak wyjątkową wartość i znaczenie ma dla mnie tekst księdza Romualda Jakuba Wekslera-Waszkinela "Po chrzcie stałem się Żydem".
Antysemityzm nasila się w Polsce z reguły w okresach kampanii wyborczych - i w Wielkim Tygodniu. W Wielkie Piątki dochodziło kiedyś do pogromów. Teraz to nie grozi, ale dzieją się rzeczy ponure, o których pisze ks. Waszkinel. Wspomniałam o tych problemach tutaj, w "Samorekolekcjach" i w książeczce "Już / jeszcze nie". W tym roku zebrałam dalsze doświadczenia.
Problem korzeni antysemityzmu w chrześcijaństwie, antysemickiego skażenia pobożności, w tym liturgii przedsoborowej, nie przestał być aktualny. Wyznania księdza Waszkinela powinien przeczytać każdy duchowny - najlepiej co roku w czasie Wielkiego Postu.
Obawiam się jednak, że ci, którzy najbardziej potrzebują tej lektury, zapewne nie czytują Gazety Wyborczej. Może trzeba im wręczać rozważanie księdza Romualda-Jakuba w formie przytoczenia w osobistym liście?
11:48, halina.bortnowska , Czytam
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 stycznia 2009
W "Dużym Formacie" z 12 stycznia czytam rozmowę Tomasza Kwaśniewskiego z ks. Wacławem Hryniewiczem. Właściwie mogłabym zazdrościć młodemu reportażyście tej szansy kontaktu, takiej godziny czy godzin wspólnego obcowania z Tym, co najważniejsze, czego ks. Hryniewicz jest olśniewającym świadkiem. Ale nie zazdroszczę, bo czuję wdzięczność: za to, że dzięki Kwaśniewskiemu, choć pośrednio, w tej rozmowie uczestniczę, buduje się we mnie ciąg dalszy. Pod wpływem księdza Hryniewicza - z dawna się datującym - nie wiem czy jemu samemu znanym, tak mimowolnym jak uzdrowienie tego, kto tylko się szaty dotknął - ja też mam nadzieję, według niej kształtuję, staram się kształtować kontakt z Bogiem. Ks. Hryniewicz upomina: Bóg nie jest bezradny wobec zła, ani też wobec cierpienia. Jest Niepojęty we wszystkich swoich atrybutach. Niepojęty Wszechmogący. Niepojęty Miłosierny...
Dobrze, że tekst tej rozmowy do nas dociera niosąc pociechę i światło. Przyłączam się do okrzyku radości lekarzy, że ksiądz Wacław jeszcze do nas wrócił, na pewno po to, by cicho i skromnie nawrócić nas jeszcze raz ku nadziei.
21:00, halina.bortnowska , Czytam
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 stycznia 2009
*
W Wysokich Obcasach czytam przejmujący reportaż Jacka Hugo Badera, zapowiedź-przedsmak jego książki o Rosji, która ma się ukazać na wiosnę. Wyglądam tej książki, bo dopiero wtedy będzie pora na komentarz, także do tego wątku: narody rdzenne Syberii, ginący Aborygeni Syberii. Liczę, że z książki dowiem się więcej, ale już ten reportaż nie wychodzi mi z głowy.
Najpierw sztuka Hugo Badera - jest on jednym z tych reportażystów, którzy piszą tak, że zawdzięczamy im życie dłuższe i obfite w doświadczenie skąd inąd niedostępne - przecież nie zdążę już być na Syberii. A chciałabym poznać Ewenków, o których już kiedyś słyszałam, potem czytałam coś u Kapuścińskiego. O rdzennych narodach syberyjskich starałam się przypominać w różnych gronach ekumenicznych, gdzie omawiano projekty na rzecz Aborygenów Australii, Kanady, USA, Ameryki Łacińskiej. Na wyspie Santo Domingo - gdzie byłam jako obserwator Synodu Biskupów Katolickich tego kontynentu - nie pozostał właściwie żaden ślad pre-kolumbijskich plemion i ich kultur. Była kwestia, czy Synod zechce, zgodzi się wyrazić żal z tego powodu, z powodu grzechu pierworodnego chrystianizacji tych regionów. Tyle wiem, że na tamtym synodzie, poniekąd rocznicowym, do tego tak naprawdę nie doszło. Teraz patrzę na kartkę Wysokich Obcasów, spotykam spojrzenie dr Lubow Passar, Udehejki leczącej alkoholików w Chabarowsku i okolicach, także odległych.
Czytanie tego tekstu wydaje się podsłuchiwaniem rozmowy, w którą chciałabym się wtrącić. Gdy przeczytam książkę Hugo Badera może spróbuję napisać list do Pani Lubow. Nie z pytaniami, nie z wątpliwymi radami, z siostrzanym słowem podziwu, współczucia, wdzięczności za to, co robi. To jest pewne; tylko to, a nie obawy czy krytyczne refleksje, bo te powstają w oparciu o doświadczenie z innego świata.
14:28, halina.bortnowska , Czytam
Link Komentarze (2) »
wtorek, 23 września 2008
Czytałam (i będę czytać, wracać). Podzielam radość Kazimierza Kutza. Jeśli tylko jedna książka mogła być tak nagrodzona - to byłby i mój wybór.
Słowo "cud" na określenie tego wydarzenia wydaje się bardzo trafne. Bo przecież sprawiedliwy werdykt jest rodzajem cudu, zwłaszcza gdy zapada na korzyść czegoś, co jest skromne, niczym nie zafałszowane, solidne i majestatycznie piękne bez blichtru... Jak "Czarny ogród". Jak Śląsk.
We wrześniowym numerze "Znaku" ukazał się mój tekst poświęcony tej książce. Przenoszę ten tekst dodatkowo na to miejsce z okazji święta Autorki - Laureatki.

15:52, halina.bortnowska , Czytam
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 września 2008
Sygnalizuję możliwość zastanawiającej, poważnej, a zarazem ciekawej lektury. Człowiek, który, jak się wydaje, wciąż ma szansę zostać prezydentem USA, napisał książkę o swoim życiu. Wziął się do tego nim jeszcze zaświtała obecna kariera. Skupił się w niej na czymś, co nazwał "Dreams from My Father..." - "odziedziczonymi marzeniami", jak brzmi polski tytuł. Gdybym była tłumaczem, unikałabym słowa "marzenia". Może raczej "aspiracje"? Ale też nie. Chodzi raczej o przekonania, o przeświadczenia, co jest w życiu ważne, co się liczy, do czego warto dążyć.
Czytając tę książkę - jeszcze nawet nie dokończywszy - czuję, że tym, co Obama wziął od rodziców, nie jest ambicja zrobienia kariery, lecz ambicja jakości: chce być nie byle jaki i być sobą. Czyżby więc ethos? Książka Obamy przekazuje intuicję pewnego ethosu, nie sięgając po to słowo (przynajmniej do setnej strony). Czytałabym tę książkę z żywym zainteresowaniem także nie znając dalszych losów autora. Coś mi przypomina czytanego dawno: może "Zielone lata" Cronina? Trynidadzkie wspomnienia Naipaula? Dorosły człowiek pochyla się nad sobą-dzieckiem. Nad światem otaczającym dzieciństwo, rodzicami, szkołą... W przypadku Obamy wszystko nietypowe, tym bardziej poruszające, wyraźnie wolne od nachalnej obróbki speców od PR: Może jestem naiwna, ale czytam tę książkę po swojemu, a wrażenie, jakie na mnie wywiera, jest takie: Obama może nie jest idealnym kandydatem na prezydenta, jeśli takim idealnym kandydatem jest ktoś mieszczący się w popularnym schemacie. Obama jest zbyt prawdziwy. Na przykład kwestia "ubóstwa", w jakim miał żyć jako dziecko i młody chłopak. Ubóstwo, a lepiej wręcz nędza - pasowałaby do mitu, że każdy może z samego dołu dotrzeć na szczyty. Rodzina Obamy nie gnieździ się w jakiejś dzielnicy nędzy ani w getcie. Ich los jest niepewny, ale radzą sobie z nim w miarę rozsądnie. Babcia ma dobrą posadę, z czasem przyzwoite stanowisko w banku. Ojciec Obamy studiuje, potem pracuje wracając do Kenii by odrabiać swoje stypendium... W całej formacji myślowej i duchowej młodego Obamy dostrzegam liczne rysy typowe dla polskiego inteligenta! Kult wykształcenia, wiązanie poczucia siły z tym, co się wie i potrafi wyrazić, nawet pewną wstydliwość, ostrożny cudzysłów wokół ideologicznych deklaracji.
Mam nadzieję, że ten człowiek, który tyle przeżył, wciąż jest kimś, kto chce być, a nie wydawać się.
Będę dalej czytać tę ciekawą książkę i życzliwie obserwować dalsze losy autora. Gdybyż został prezydentem! Jestem przekonana, że Partia Demokratyczna z Obamą w Białym Domu byłaby również dla Polaków czynnikiem korzystnym, pomnażającym nasze szanse w obrębie wspólnoty atlantyckiej.
Gorąco polecam książkę osobom ciekawym tego, jak inni radzą sobie z życiem. Przynajmniej do tej setnej strony nie jest o polityce, lecz o dorastaniu, o decydowaniu, kim będę.
Aktualny portret Obamy - kandydata daje Christoph von Marschall w książce "Barack Obama czarnoskóry Kennedy" (Wydawnictwo Studio EMKA).
17:37, halina.bortnowska , Czytam
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 maja 2008

Tekst Głuchowskiego i Kowalskiego o "Polskim Boracie" chyba niezbyt nadawał się na słoneczną majówkę. Destyluje się z niego wiele frakcji goryczy. Prawidłowa reakcja, to usilnie myśleć nad kolejnymi wątkami.

Starannie składam ten kawałek gazety. To dla mnie niemal idealny materiał na warsztaty dziennikarskie. Obok tropów warsztatowych, konfrontacja z pytaniami z zakresu etyki - dziennikarskiej i normalnie ludzkiej. Coś też dla studentów (re)socjalizacji albo i całej Szkoły Praw Człowieka. Jeśli ktoś nie ma tekstu pod ręką - przypomnę wybrane wątki, lecz do oryginału trzeba oczywiście sięgnąć. Tam dużo więcej i o innych jeszcze ważnych sprawach.


Reportaż ma bohatera tytułowego: fikcyjny "BORAT", niby to Kazach, całkiem realny bohater zbiorowej wyobraźni. Ośmieszany za liczne naruszenia - czego? you name it: przyzwoitości, reguł współżycia, poprawności politycznej, praw, zwyczajów, oczekiwań ludzi miejscowych... Borata znam tylko z tekstu tego reportażu. Na tej podstawie wnioskuję, że jego funkcją jest akcentować standardy, które spektakularnie narusza. Ale też dać miejscowym poczucie wyższości: "My wiemy, że tego się nie robi, nie u nas, nie z nami takie numery". Borat jest obcy i śmieszny. Nie postępujemy (nie postępujmy) jak on, skoro nie chcemy być obcymi i śmiesznymi.

Strzeżcie się imigranci, zwłaszcza Kazachowie: każdy z was musi już na wstępie udowodnić swój brak podobieństwa do Borata.

---

Uwagi dla warsztatów dziennikarskich:

Podchodząc do sprawy cynicznie - opłaca się stworzyć w swoim komputerze jakiegoś "Borata". Da to sporo ostrego materiału i to bezpiecznego od strony prawnej: przecież nie wyśmiewasz realnego człowieka, tylko fikcję, stereotyp ucharakteryzowany na postać "kogoś skądeś".

W Polsce jednak lepiej nie określać takiej swojej kukły jako "Kazacha", dla Polaków Kazachowie to nie mityczne istoty z białej plamy na mapie. To potencjalni partnerzy, na przykład handlowi lub edukacyjni. Również - historyczni - wojenni towarzysze niedoli.

Może więc lepiej na ofiarę humoru wybrać kogoś z Rurytanii - jeśli taki kraj rzeczywiście nie istnieje, co należy sprawdzić.

A ponadto, jako zwolenniczka poprawności w komunikacji międzyludzkiej, generalnie nie popieram ośmieszania nawet "Rurytańczyków". Po co popularyzować modele obciążania ludzi śmiesznością? Śmieszne mogą być dla mnie niektóre postępki, zachowania, zagrania, pomysły - ale ludzie, ze swą tożsamością nie są śmieszni.

**

"Polski Borat", nieszczęsny Tomek w koszulce Crazy Lowe jest dla mnie karykaturą bohatera noweli Conrada "Amy Foster". Po pracy Tomek wałęsa się po Londynie, zdezorientowany podobnie, jak tamten góral z noweli, samotny rozbitek z emigranckiego statku zmierzającego do Stanów. Angielska wieś uważa go za przygłupa i prawie zwierzę. Tylko Amy widzi człowieka i uczłowiecza jego los. Może Tomek szuka nie tyle partnerki seksualnej, co Amy-przewodniczki w świecie atrakcyjnej obcości.

Już mi się nie chce pisać o braku instruktażowych ofert z polskiej czy polonijnej strony. Rzeczą naprawdę niespodziewaną, dla mnie szokującą, sprzeczną z moją stereotypową opinią, jest zachowanie angielskiej policji i sądu w sprawie Tomka. Pomijanie jego praw ludzkich, schematyzm, stereotypowość podejścia: 9 miesięcy za niezdarne zaczepianie dziewczyny czy dziewczyn... Dobrze, że potem szansa opieki kuratora - ale czy od takiej opieki nie należało zacząć? To, co zrobił Tomek, według rozumnych standardów nadawało się do postępowania pojednawczego; było tu miejsce na perswazję i zrozumienie, że chłopak nie jest niepoprawny, że nie chciał naruszyć godności tych kobiet ani nie przygotowywał się do gwałtu...

Dziwię się, że angielski sędzia nie zapewnił sobie opinii psychologa. Ufam, że reportaż dwóch znanych polskich dziennikarzy przynosi prawdziwe informacje. Jeśli tak, to Tomek jest teraz w więzieniu, choć nie popełnił rozmyślnego przestępstwa, ani nie mógł sobie wyobrazić konsekwencji swego zachowania. Moja naiwna ufność do angielskiej sprawiedliwości została nadszarpnięta. Uważam, że trzeba się zająć losem Tomka. Proszę o to przyjaciół z brytyjskich organizacji praw człowieka. Wyrok jest prawdopodobnie niepodważalny. Ale chodzi o to, co się dzieje z Tomkiem tam, gdzie się znalazł, w jakich rękach znajdzie się potem.

**

Inne z opowiadań londyńskich. Chłopak z Polski sprząta w szpitalu. Uzywa odkurzacza niezgodnie z przeznaczeniem, jako wibratora. Przyłapany podczas masturbacji jest zdany na niełaskę ochroniarza, który wymierza mu z własnej inicjatywy karę fizyczną i wykopuje za drzwi.

Niepokoję się o bezpieczeństwo pacjentów szpitala, w którym rządzą po swojemu ochroniarze. Moim zdaniem jedyne, co ochroniarz miał prawo zrobić, to przedstawić sprawę przełożonej pielęgniarek lub lekarzowi na dyżurze. Może lekarz był właśnie Polakiem? To byłaby może szansa. Ale istotne jest, by był człowiekiem oświeconym, mającym pojęcie, o czym scena z odkurzaczem może świadczyć, że może trzeba udzielić pomocy sprawcy i przeprowadzić dochodzenie, czy sprawca nie jest czyjąś ofiarą.

Poprzestaję na tych dwóch wątkach, zdając sobie sprawę, że to wcale nie wszystko, co ważne. Inny istotny aspekt wydarzeń to ich wykorzystanie "dziennikarskie". Czy opinia publiczna w Anglii pozwala swoim tabloidom na wszystko? Nikt nie piętnuje głupiego okrucieństwa? Tylko reporterzy z Polski i to dlatego, że dotknęło Polaków?

10:45, halina.bortnowska , Czytam
Link Komentarze (3) »
niedziela, 13 stycznia 2008

Mój blog jest częścią mojej prywatnej przestrzeni - jak mój ogród czy moje mieszkanie.

Jestem odpowiedzialna za to, co piszę i za to, jak reaguję na zachowanie moich gości (jak się określa autorów komentarzy). Mam prawo nie życzyć sobie gości, którzy zatruwają moją przestrzeń. Usuwam posty, które  - moim zdaniem - nie nadają się do dyskusji, rażą moje sumienie i poczucie estetyczne. To nie jest żadna "cenzura", to moje prawo gospodyni. Nie zamierzam z niego rezygnować.

Nadal powoli czytam książkę Jana Tomasza Grossa. Uważam to za swój obowiązek. Kiedy skończę, jeśli dam radę - powiem, co myślę.
Doceniam siłę argumentu, że każdy bezlitosny opis antysemickich postaw i działań prowokuje nową falę takich wypowiedzi, jak te, które pewni "komentatorzy" umieszczają w moim blogu. Oby nie szły za nimi agresywne działania. Obawa przed nimi jest usprawiedliwiona, choć - daj Boże - przesadna.

Przemówiło do mnie rozumowanie gościa anuszka_ha3.agh.edu.pl. Chcę dać Grossowi szansę potwierdzenia jego tezy, że niestety nie myli się: wilk antysemita jest w lesie, da się go z lasu wywołać. Sam o sobie daje znać.

A może właśnie nie chcę tego potwierdzać i dlatego uważam, że trzeba usuwać antysemickie posty, jak się zamalowuje nieprzyzwoite napisy na murach? Czy nie robimy tego po to, by bronić poczucia, że w Polsce wszyscy są u siebie? Że u nas nienawiść to sprawa wstydliwa? Że szczerze, z radością obchodzimy w Kościele "Dzień Judaizmu", a w kraju - międzynarodowy dzień pamięci o Holokauście?

Kolejne pojawy wilka antysemityzmu dają do myślenia. Co robić, aby nie roznosił wirusa, który się w nim namnaża? Jak pomóc nieszczęśnikowi, by zechciał wyzwolić się z choroby, która pochłania jego siły?

Jak uodparniać? Konkretnie: usuwać ślady  - antysemickie posty - czy nie?

O tym chciałabym usłyszeć od gości mojego blogu. Chcę rady, chociaż nie wiem, czy się do niej potrafię zastosować.

Dziękuję wspierającym moje próby.

16:34, halina.bortnowska , Czytam
Link Komentarze (10) »
niedziela, 16 września 2007

Wrześniowy numer ZNAKu: 628.

Odsunąć się, oderwać, odczepić od kampanii wyborczej. Da się to zrobić przy pomocy tego zielonego zeszytu.
Krótko wyliczę, wskażę (a potem zajmę się jeszcze moją prywatą).

Sudan, Darfur. Ochojska o roli mediów w obliczu ludobójstwa. Czy słuszna jest jej diagnoza: "...W gruncie rzeczy jesteśmy wrażliwym społeczeństwem, gotowym uczyć się i działać. To, czego brakuje, to informacja..." (s. 32)?

Krystyna Kurczab-Redlich jeszcze raz o Czeczenii. Czytać z myślą o kobiecie z tego kraju z czwórką dzieci błądzącej po Bieszczadach, zostawiającej na trasie dziewczynki, które już nie żyją.

Wstrząsające "Spóźnione wiadomości", o których Tadeusz Jagodziński. Ostrze jego krytyki działa zbieżnie z tym, co sugeruje Ochojska.

Nie wszystko zdążyłam choćby obejrzeć. Muszę wrócić do tekstu o "Sercu Czarnego Lądu".

A co z Surdykowskim, chyba starającym się przekonać do niezbędności utopii? Zajrzyjcie!

A teraz do "prywaty". Jest w Znaku moja rubryka "O różnych godzinach". Tym razem sporą jej część wypełniają "Stopklatki", krótkie obrazki z mojej osobistej przeszłości. To był mój wrześniowy eksperyment. Bardzo jestem ciekawa, czy te teksty kogoś zainteresowały - czy warto jednak kontynuować tę linię? Może tu, w "Myślenniku"?

Zapraszam!

18:45, halina.bortnowska , Czytam
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 02 września 2007

Czytam w “Znaku” nr 626/627 czyli lipcowo-sierpniowym nie wydany dotąd, nowy też dla mnie tekst Hanny Malewskiej “Czyste mieszkanie”. Jest to bardzo szczególne przeżycie, które odsuwa na później czytanie reszty grubego zeszytu. Stwierdzam tylko po tytułach, że kompozycja numeru nie zawiodła. Mam wrażenie, że ten zeszyt jest godnym tłem dla Malewskiej, podejmuje pytania, które do jej tekstu pasują. Myślę, że byłaby z tego numeru zadowolona, bo sama, jako redaktor Znaku najbardziej lubiła właśnie takie kompozycje subtelne, nie rzucające się w oczy. Nie wiem czy zgodziłaby się na uwyraźnienie podskórnego nurtu na okładce: “Czy powieści uczą, jak żyć?”.

Moim zdaniem czynią to przede wszystkim opowieści, w niektórych powieściach też zawarte. Ale i reportażach, tych “wysokich”, jak późne teksty Kapuścińskiego, Krall czy Tochmana, a także wielu innych, już dziś powszechnie znanych reporterów ze szkoły GW. Jeśli tekst prawdziwie, energicznie daje do myślenia i wraża się w pamięć, jak własne doświadczenie – to także uczy żyć. Uczy przez ukazywanie wymiarów, nie poprzez pouczenia czy wzorce.

Tak się dzieje w opowieściach, w które obfituje twórczość Malewskiej od swych dalekich początków. W całej jej spuściźnie “Czyste mieszkanie” najbliższe jest reportażu. Gdyby to był film, nazwalibyśmy go dokumentalnym, mimo zastrzeżenia autorki: “Opowiadanie niniejsze nie jest kroniką. Osoby nie są portretami...”

Dobrze jednak, że to nie film, lecz właśnie opowieść. Na film bym nie poszła, bojąc się, że strywializowana akcja i dopowiedzenia pewnie nieuniknione, wszystko zamażą, przerysują i zamienią w komiks.

Marzy mi się natomiast krytyczne wydanie tego tekstu w osobnym tomie, z uwzględnieniem innych wersji, z przypisami, mapami, próbkami szyfrów... Chciałabym przy okazji dowiedzieć się, co już bez osłonek wiadomo o tej konspiracyjnej pracy.

Ale już od razu dodaję tu wyrazy wdzięczności za ten tekst w Znaku należne Annie Głąb za jej pracę nad Malewską.

**

“Czyste mieszkanie” daje mi do myślenia. Gdy będą tekst czytać dawni koledzy z Redakcji Znaku, na pewno wspomną – jak ja – najwyższą pochwałę Pani Hani pod naszym adresem: “Dziś tu u nas jak w komórce szyfrów”. Ta pochwała padała bardzo rzadko: tylko wtedy, gdy jakiś alarm – na przykład rozległe interwencje cenzury – zakłócał normalny bieg pracy. Trzeba było rzucać wszystko inne i siedzieć nad niespodziewanym zadaniem niezależnie od możliwości. Czytając to opowiadanie zrozumiałam, jak wielka to była pochwała, przewyższająca najwyższe odznaczenia. Teraz powiedziałabym – “Nie, Pani Haniu, staramy się, ale przecież nie aż tak. Bez przesady!”. Coś z prawdy w tym jednak było. Pismo było dla nas sprawą większą niż inne. Nie mieliśmy go, ani pracy w nim – nie mieliśmy, tylko należeliśmy do niego.

**

W ten sposób wszystko jest już powiedziane. Ta opowieść, wyłaniająca się z bibliotecznego miejsca spoczynku, pokazuje, jak ludzie należeli do swojej sprawy. Nie zawiera “wzorów”, tylko przywołuje fakt, że tak było, więc tak bywa, to jest możliwe.

Dla mnie egzemplaryczny – czyli dowodzący możliwości – jest fakt zespołowego działania w komórce szyfrów. Wiary uczestniczek, że takie właśnie działanie ma w sobie niezbędną siłę. To zespołowość przenosi nad wyrwami i stratami w walce.

**

Nie opowiem tej opowieści. Nie chodzi o to, by nie zdradzić akcji. Tylko badacz dziejów konspiracji AK mógłby przeciąć zawieszenie, w którym to opowiadanie pozostawia czytelnika. I tak jest dobrze, chociaż narzuca się wrażenie, że to raczej fragment jakiejś większej całości, która niestety nie powstała, a nie opowiadanie zamykające się wokół pewnego określonego epizodu.

**

Wolałabym obcować z czytelnikami, którzy też byliby już po lekturze tekstu i wrócić z nimi do pytania o dawanie do myślenia, a w konsekwencji o to, co z czym dalej idzie się w życie.

To opowiadanie umieszcza czytelnika w świecie pełnym bliskich wtedy oczywistości, które dziś nie wydają się tak bliskie. Od nowa dostrzegam, jak Malewska bliska jest Conrada – ona sama i świat, z którego trafiła do “Znaku”. Świat oczywistości conradowskich, ale też Żeromskiego. Bo przecież szyfrantki “Żaby” to siłaczki, wolne od patosu. Każda z nich ma swoje obyczaje, przez nikogo nie dyktowane, choć działają w systemie wojskowej karności. Kantowska w gruncie rzeczy etyka obowiązku łączy się z ciepłą uwagą skierowaną ku ludziom. A religia? Jest obecna w konkretnych postaciach, wyznawana dyskretne, nie służy jako alibi, w żaden sposób nie wprowadza podziału. Może natomiast uszczęśliwiać – pomimo wszystko.

Zgadzam się z sugestią Anny Głąb, że “Czyste mieszkanie” w gruncie rzeczy, jako to co najważniejsze komunikuje pewną wizję szczęścia. Zapomnianą? Jednak i w nas obecną?

(Tak mi się jakoś wydaje, że jeśli nie tę samą, to podobną Ciotka Polissa usiłuje przekazać swojej drogiej W. )

11:51, halina.bortnowska , Czytam
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 sierpnia 2007

Tekst: Jolanta Grabowska, Duży Format, 6 sierpnia 2007

W tym numerze, w serii: WITAMY W POLSCE znajduję tekst wyjątkowo ważny, na pewno przekraczający jej ramy. Dla mnie to kolejna, bardzo ważna pozycja w cyklu "CURE - CARE" czyli walka nauki (medycyny) ze śmiercią - opieka, troska o jakość życia. Postanowiłam sobie choć na tydzień oderwać się od czytania prasy, wyemigrować na wyspę ze snów, stąd, spod sosen, tam sięgać. Nie dotrzymałam postanowienia. Usprawiedliwia mnie wyjątkowość tekstu. Nieprzeczytane od razu za szybko znika z horyzontu.

Ten tekst powinien stale być do dyspozycji tych, co w pewnym momencie zaczną go potrzebować. Mogą to być pacjenci, rodziny, lekarze, pielęgniarki - a także osoby starające się jakoś ustalić sens życia. Lub ten sens mu nadać.

O skutecznym współczuciu na Bortnowska.pl: http://www.bortnowska.pl/strony/posts/o-skutecznym-wspolczuciu.php

Książka "Sens choroby, sens śmierci, sens życia": http://www.znak.com.pl/book.php?id=266

Jolanta Grabowska sporządziła wiele mówiący, znakomity zestaw wypowiedzi pięciu "psycho-onkolożek", jak je nazywa. Są to bez wyjątku osoby, które dysponują doświadczeniem w pracy z pacjentami onkologicznymi i umieją o tym opowiedzieć, uciekając się do języka fachowego z godnym naśladowania umiarem. Nie znam tych pań, ale czytając mruczę do siebie: "Tak, tak, moja Droga, tak właśnie!" Czuję głęboką satysfakcję z potwierdzenia i wzbogacenia mego własnego doświadczenia "skutecznego współczucia".

A krytyka? Bądźmy z nią ostrożni, bo choć opowiedziane jest to bardzo dobrze, to jednak nie wszystko można w wyobraźni odtworzyć. Na przykład - to chyba miejsce w tekście najtrudniejsze - wspomaganie pacjenta, by zdobył się na rozmowę z księdzem, spowiedź... Moim zdaniem w porządku, jeśli to jest wspieranie, aby ten odchodzący dokonał tego, czego pragnie dokonać. Cokolwiek to będzie dobrego, czy nieszkodliwego. Można w tym wspomagać, zgadzając się jednocześnie z dr Cicely Saunders, że czas odchodzenia to nie czas na "nawracanie" kogoś.

**

Posłannictwo tego tekstu oczywiście nie zamyka się w tym, co potocznie uchodzi za "tematykę hospicyjną", to znaczy "jak towarzyszyć umierającym", jak skutecznie okazywać im współczucie na samym ostatnim etapie. Ten etap musi znajdować oparcie w tym, co go poprzedza.

Chodzi o opiekuńczy aspekt całości postępowania wobec pacjentów, możliwie wszystkich, ale przede wszystkim tych, którzy będą musieli żyć z poważną niepełnosprawnością, ze sztucznym odbytem, na wózku, jako niewidomi, z ubytkami neurologicznymi. Teksty sugerują możliwość zdziałania bardzo wiele na tym ogromnym polu. Trzeba pisać o ludziach, którzy to robią. Te tematy nie śmierdzą - pewnie roztaczają woń żonkili i frezji, nadziei. Piękny tekst o słusznych działaniach i o ludziach międzyludzkiego porozumienia.

**

Niestety jest w tym tekście wiadomość, która przynosi wstyd Polsce i także Kościołom, które w niej działają. To wiadomość, że szkoła skutecznego współczucia, Krajowa Szkoła Psychoonkologii w Gdańsku, która kształci specjalistów potrzebnych 400 tysiącom pacjentów onkologicznych (a ilu nadto tysiącom z wielkiego pola naruszonej jakości życia?), ta szkoła jest obecnie zawieszona z braku funduszy. Rzeczywiście - WITAMY W POLSCE!

Czy na rzecz tej szkoły i podobnych działań nie mogłaby powstać akcja podobna do "rodzić po ludzku"? Po ludzku otrzymywać pomoc, by żyć po ludzku! - do końca.

15:52, halina.bortnowska , Czytam
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 02 lipca 2007

Wreszcie powoli, powoli dotarł z Krakowa 625 – czerwcowy numer miesięcznika “Znak”. To zawsze przeżycie. Malutkie święto. Kontakt z pismem, które znam od pierwszych numerów, przez ponad 20 lat byłam jego akuszerką. Teraz inni, choć w składzie “Zespołu”, honorowego gremium wciąż jestem. Przyznaję się: najpierw zaglądam, czy jest i jak wygląda wydrukowany mój tekst: “O różnych godzinach”. Potem przegląd całości, częściowo znanej z rozmów. Na okładce czerwcowego “Znaku” - “Dzieci” Makowskiego. Obraz, który zawsze uważałam za dziwny, trochę przerażający. Ma o dwa lata więcej ode mnie. Już tak długo można patrzeć na drewnianość i smutek kukiełek, przywołujące krzywdy dzieci trwające dłużej, niż się wydaje krytykom XX wieku (i początków XXI). Tytuł numeru: “Szkoła przymusu czy szkoła dialogu?” trafnie określa alternatywę, do której raz po raz wracamy. (Porównajcie: www.ken.org.pl; www.warszawskieforumoswiatowe.pl; www.protestnauczycieli.pl).

Piszę zanim zdołam poznać większość tekstów (zawsze to samo usprawiedliwienie: ile to czasu trzeba, by WYSŁUCHAĆ słowo po słowie, zamiast rzucić okiem). Co mnie uderza w spisie rzeczy: że tyle o odpowiedzialności – jakby to był motyw wiodący w myśleniu o sprawach szkoły. To chyba rzadkość – na ogół, w różnych debatach widzi się częściej strach PRZED odpowiedzialnością, niż poczucie, że jest ona nieunikniona i że rozliczą nauczycieli nie tyle obecne władze, co osoby z pokolenia teraz wychowywanego. Z obfitości materiałów o szkole (do której i ja sama się dokładam przez swoje “Zwierzenia na tematy szkolne”) wybieram niby to niepozorny tekst Agaty MIGAS w rubryce “Społeczeństwo nieobojętnych”: “Odpowiedzialność szkoły a kształcenie osób niepełnosprawnych”. To w tym tekście znajduję zdanie, które – moim zdaniem - stanowi klucz do myślenia o szkole i odpowiedzialności: “... Możemy mówić o niepowodzeniach szkół w nauczaniu dzieci, ale nie powinno być dzieci z niepowodzeniami szkolnymi ...”. Dzieci czasem cieszą się – tak na oko przynajmniej – pełnią “sprawności”, Ale to pobieżne spojrzenie nie wystarcza. Mam wrażenie, że w wielu przypadkach szkoła, a obecnie już z reguły władze szkolne nie widzą dzieci, nie przyglądają im się z serdeczną uwagą. I jednocześnie właśnie w dzieciach, a nie w sobie szukają winowajców “niepowodzeń”, spadku poziomu wiedzy i umiejętności, trudności wychowawczych. I rzeczywiście chodzi nie tylko o dzieci tzw. “niepełnosprawne”. To niestety zjawisko szersze. Dzieci oczywiście też powinny czuć się odpowiedzialne za siebie i kolegów. Ale to szkoła ma organizować trening odpowiedzialności. A obecnie obserwujemy raczej trening odwrotny. Krótkie rozważanie Agaty Migas to ważny tekst dla nieobojętnych. Pozostałe przeczytam pamiętając, czego mnie nauczył.

11:41, halina.bortnowska , Czytam
Link Dodaj komentarz »