To zdjęcie
"trzynastego kosza
na ułomki"
prowadzi
do szczegółów
przedsięwzięcia:









Kliknij w okładkę poniżej
i dowiedz się
o "Co to, to nie".
Nowa książka
Haliny Bortnowskiej
z przedmową
Adama Michnika
i posłowiem
Jerzego Sosnowskiego:
"Co to, to nie.
Myślennik
Haliny Bortnowskiej",
książka, która
może stanowić
początek istotnej debaty
o tym,
jak nie wykluczać
i jednocześnie
trzymać standardy








W sprzedaży są jeszcze
ostatnie egzemplarze
poprzednich książek, wystarczy kliknąć w okładki:

Książka
"Wszystko będzie
inaczej"


Książka do czytania
w całości za darmo
w Cyfrowej Bibliotece Narodowej
Polona

- nie tylko
na Adwent


---

Jestem uparcie nazywana publicystką katolicką , bo wielu redaktorom zależy na tym, by pokazać istnienie opinii katolickiej tego typu, co moja. Uzupełniam paletę. Redaktorzy mogą się kierować szlachetnymi względami. Bardziej liczyłabym się dla nich jako reprezentantka Kościoła niż mogę znaczyć po prostu jako ja. Biorąc realnie - tak na pewno jest.

Może szkoda - ale ja nie chcę z tego korzystać. Czuję w sobie głęboką niechęć do uzurpowania sobie tytułu, który właściwie każdy może zakwestionować: w imieniu władzy piastowanej w Kościele, albo w przekonaniu, że lepiej wie, co się z katolicyzmem zgadza, a co nie.

Jako publicystka bezprzymiotnikowa jestem świadkiem swojej wiary wolnym i dobrowolnym. Każdy może sam ocenić, z jakich pozycji wychodzę, dlaczego mówię to, co mówię. Racje zawarte są w tekście, nie w podpisie piszącego. Proszę o tej deklaracji łaskawie pamiętać czytając ten blog i inne moje publikacje.

Opublikowane poza blogiem

czwartek, 22 listopada 2012

Naukowiec też może być fanatykiem. Wszystkie twarze polskiego antysemityzmu – rozmowa z Haliną Bortnowską 

O "antysemityzmie tramwajowym", Żydach w NKWD, Jedwabnem i mordzie rytualnym rozmawiamy z Haliną Bortnowską, katolicką publicystką, współzałożycielką Stowarzyszenia Przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii "Otwarta Rzeczpospolita". Michał Fal, Natemat.pl http://natemat.pl/40117,naukowiec-tez-moze-byc-fanatykiem-wszystkie-twarze-polskiego-antysemityzmu-rozmowa-z-halina-bortnowska 

Wczoraj media cały dzień żyły informacją o udaremnionym przez ABW zamachu. Z informacji prokuratury wynika, że zamachowiec kierował się motywami ksenofobicznymi, nacjonalistycznymi i antysemickimi. Jednocześnie dziś już wiemy, że Brunon K. jest człowiekiem wykształconym, pracownikiem wyższej uczelni, wykładowcą. Czy ta informacja nie zadaje kłamu stereotypowi, że antysemickie postawy to w dużej mierze problem niewykształconych warstw społeczeństwa? Czy zmienia jakoś “portret“ polskiego antysemityzmu?

Halina Bortnowska: - Mnie ta informacja szczególnie nie zaskoczyła. Od czasów dzieciństwa spotykałam się z bardzo różnymi rodzajami antysemityzmu i wiem, że ma on wiele twarzy. Pyta mnie pan o portret, jednak tak naprawdę powinniśmy mówić o galerii.

O jakich rodzajach antysemityzmu można więc mówić?

- Weźmy chociażby zjawisko, które w ślad za Anną Morawską nazwać można antysemityzmem tramwajowym. To te wszystkie głupie uwagi, żarty, prymitywizm myślowy i obyczajowy. Chcę tu jednak podkreślić, że nie uważam, iż ludzie prości z definicji muszą być niechętni Żydom. Znam wiele osób, które powodowane chociażby chrześcijańskim miłosierdziem i świadomością, że i Jezus był Żydem, są przychylne wyznawcom judaizmu. Wracając jednak do antysemityzmu tramwajowego – myślę, że jest on bardziej paskudnym nawykiem, wynikającym z ignorancji, a nie wypracowaną, świadomą postawą.

Ale jest też antysemityzm w pełni świadomy...

- Tak, to nawet ciekawszy przypadek. Chodzi o antysemityzm, który jest swoistą filozofią i gotową odpowiedzią na wątpliwości trapiące niektórych ludzi. Jest wytłumaczeniem dla tego, czego te osoby nie rozumieją. Mam wrażenie, że do tej grupy należy właśnie niedoszły zamachowiec.

Poglądy takich ludzi świadczą, że antysemityzm wbrew temu, jak wielu chciałoby myśleć, nie znika wraz z wyższym poziomem wykształcenia szerszymi horyzontami umysłowymi. 

- To prawda. Ktoś może świetnie znać nauki ścisłe, a na tym akurat polu być zupełnie prymitywnym. Co gorsza, w oparciu o swój naukowy autorytet taka osoba może z powodzeniem przekonywać innych do swoich antysemickich poglądów. O zagrożeniach związanych z autorytetem nauki pisała ciekawie pani prof. Fikus, pisał pan Bendyk...

Wróćmy jednak do antysemityzmu. O jakich jeszcze jego typach można mówić?

- Wciąż silny i konsekwentny jest antysemityzm ekonomiczny, wywodzący się z czasów przedwojennych. Wiele osób miało Żydom za złe, że odgrywali oni zbyt dużą rolę w polskiej gospodarce. Muszę przyznać, że taki pogląd można w jakiś sposób zrozumieć, bowiem rzeczywiście np. handel w rękach polskich był wtedy mało konkurencyjny, co rodziło w wielu Polakach poczucie krzywdy. Nie usprawiedliwiam wrogości wobec Żydów, chcę tylko pokazać, że ta odmiana antysemityzmu miała pewne oparcie w faktach, pewne tło doświadczeń. Gospodarcza konkurencja między Polakami a Żydami silna była chociażby w łomżyńskim, w mniejszym stopniu w białostockim. Ale trzeba dodać, że w tym regionie silny był także antysemityzm endecki, niestety propagowany również przez Kościół.

Czy dzisiejsze przekonanie, że “Żydzi rządzą światową gospodarką”, nie jest jakąś zmodyfikowaną wersją tamtego lęku?

- W pewnym sensie tak, ale ma zdecydowanie mniejsze oparcie w faktach. Natomiast w wielu miejscach w Polsce ludzie odczuwają realny lęk przed tym, że Żydzi wrócą “po swoje” i odbiorą im to, co dziś posiadają.

To chyba trochę jak w filmie “Pokłosie” Pasikowskiego, w którym mieszkańcy wsi obawiają się o swój pożydowski dobytek. Sądzi pani, że taka obawa rzeczywiście istnieje, że nie jest tylko fantazją reżysera?

- Mam nawet pewność, że taka obawa jest. Sama się z tym zjawiskiem spotkałam. Ludzie, przeżywając ambiwalentne poczucie zagrożenia i winy, drżą ze strachu nawet wtedy, gdy ktoś obcy zbyt dokładnie przygląda się ich wsi.

A co z koncepcją “żydokomuny”, która wciąż znajduje w Polsce wielu zwolenników?

- Opiera się ona na przekonaniu o współpracy Żydów z komunistycznym aparatem bezpieczeństwa, chociażby NKWD. I jest to niestety prawda, bo byli tacy Żydzi. Większość z nich to przedwojenni komuniści, dla których taka właśnie droga była jedynym w ich mniemaniu sposobem zdobycia uznania. Wielu z nich potem uległo pokusie zostania agentem NKWD, z którym wszyscy się liczą i którego wszyscy się boją. Musimy jednak pamiętać, że ich ofiarą padali także inni Żydzi. Ich również wysyłano na Sybir.

Argument o współpracy Żydów z sowietami to jeden z często dziś podnoszonych glo w dyskusji o Jedwabnem...

- No tak, problem polega jednak na tym, że w Jedwabnem Polacy za Żydów winnych zemścili się na Żydach niewinnych. Przecież współpracownicy NKWD ewakuowali się razem z Rosjanami, a kto został? Rabin, który zawsze był wrogiem komunistów, zostali ludzie starsi, kobiety i dzieci. Nie było żadnych dowodów ich winy, a jako cywilizowani ludzie nie powinniśmy chyba stosować odpowiedzialności zbiorowej.

Dr Michał Bilewicz, z którym rozmawiałem, opowiadał mi, że w niektórych rejonach Polski do dziś funkcjonują pozostałości tradycyjnego antyjudaizmu...

- Jest to antysemityzm ugruntowany na przekonaniu, że Żydzi zabili Jezusa. Wyraża się m.in. w wierze w mord rytualny, jakiego mają dopuszczać się Żydzi. Wydaje się, że niestety rzeczywiście jest on w Polsce wciąż żywy.W kościele w Sandomierzu wśród obrazów przedstawiających różne nieszczęścia, jeden poświęcony jest mordowi rytualnemu. Jakiś czas temu historycy sztuki debatowali, czy coś z tym zrobić i ostatecznie zdecydowano się umieścić obok plakietkę informującą, że obraz przedstawia zdarzenie, które nigdy nie miało miejsca. Jednak przewodnik oprowadzający ludzi po światyni powtarza: “O, tę tabliczkę to Żydzi kazali powiesić”.

A jak w perspektywie antysemityzmu patrzeć na podnoszoną dziś przez wiele osób krytykę działań państwa Izrael?

- Te działania rzeczywiście budzą sprzeciw, zwłaszcza ze strony obrońców praw człowieka, do których i ja sama się zaliczam. Ale współczucie dla Palestyńczyków nie powinno od razu rodzić antysemityzmu.

Na koniec chciałbym zapytać o to, jak wobec wczorajszych doniesień walczyć z antysemityzmem. Okazuje się bowiem, że nie wystarczy edukować. Także najlepiej wykształceni bywają antysemitami.

- To prawda, uważam jednak, że nie powinniśmy skupiać się na tym, że ktoś ma tytuł naukowy, bo także naukowiec może być fanatykiem. Warto w tym miejscu wspomnieć o czymś, co Karl Popper nazwał “ostrożnością poznawczą”. Chodzi o przekonanie, że nie powinniśmy pochopnie przypisywać naszym opiniom bezwzględnej pewności. Mam wrażenie, że czasem zapominają o tym nie tylko naukowcy, ale i my, dziennikarze.

sobota, 26 grudnia 2009

Jednomyślność to pozorna, niedojrzała, narzucana

Argumenty zawarte w "Bioetyce katolickiej" nie przekonują mnie. Nadal myślę o obecności aniołów wokół probówek, tam gdzie ludzie pracują nad umożliwieniem zapłodnienia, które samo w sobie jest naturalne
http://wyborcza.pl/1,75515,7379817,Jednomyslnosc_to_pozorna__niedojrzala__narzucana.html

Dwadzieścia lat Fundacji Helsińskiej

To paradoks, bo w Polsce od wielu lat kary śmierci nie ma. Ale jest dla niej olbrzymie społeczne poparcie, które wykorzystują politycy. To poparcie wynika ze specyficznej mentalności. I zmiana tej mentalności jest najważniejszym dziś wyzwaniem dla obrońców praw człowieka.
http://wyborcza.pl/1,76842,7360560,Dwadziescia_lat_Fundacji_Helsinskiej.html

Halina Bortnowska proponuje: Księgi zamiast krzyża

Jeżeli ktoś symbole wiesza, musi zrozumieć motywy tych, którzy przeciw temu protestują. I nie ma wcale znaczenia, ilu ich jest, bo w takich sprawach większość nie może niczego narzucać mniejszości. Trzeba dojść po prostu do porozumienia
http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,88344,7341306,Halina_Bortnowska_proponuje__Ksiegi_zamiast_krzyza.html

Krzyże nie mogą krzywdzić

Pamiętam doskonale czasy, gdy znak krzyża był symbolem obrony naszej tożsamości, różnicy między tym, kim chcemy być, a co się nam narzuca. Było jednak jasne, że gdy odzyskamy wolność i prawo samostanowienia, ta era się skończy - będą w Polsce różni obywatele z równymi prawami.
http://wyborcza.pl/1,76842,7306483,Krzyze_nie_moga_krzywdzic.html

Co sędzia o krzyżu wiedzieć powinien

Po wyroku Trybunału w Strasburgu stoi przed nami konieczność dokonania intelektualnej pracy nad rozumieniem takich pojęć, jak świeckość, laickość, neutralność. Czy to ma być zimna obojętność, czy przyjazne współistnienie?
http://wyborcza.pl/1,76842,7360484,Co_sedzia_o_krzyzu_wiedziec_powinien.html

Tu można na bieżąco szukać nowych tekstów publikowanych w Gazeta.pl i Wyborcza.pl
środa, 16 stycznia 2008

Tekst ukazał się w numerze 630 miesięcznika ZNAK, listopad 2007, pod tytułem "Sumienie jest mną - z Haliną Bortnowską rozmawiają Krystyna Strączek i Janusz Poniewierski"

(...)

Chcieliśmy zapytać Panią o Pani nadzieję: w jakim kierunku mógłby ,,jutro” pójść Kościół, żeby być w zgodzie ze sobą (i z Katechizmem), a jednocześnie trochę bardziej otworzyć się na osoby homoseksualne?

Istnieje pewien dobry przykład... Myślę tu o duszpasterstwie związków niesakramentalnych, którym nie stawia się ultimatum: bądźcie “białym” małżeństwem albo się rozstańcie... To dla nich wielka szkoła pokory. A z drugiej strony Kościół udostępnia im wszystko, co możliwe w granicach prawa kanonicznego. Potrzeba księży, którzy to rozumieją. I którzy będą tym ludziom towarzyszyć – w takim zakresie, w jakim pozwala im na to sumienie, bo własnego sumienia nie powinno się zwodzić. Którzy będą ich prowadzić w stronę rozwoju duchowego, w stronę wierności.

To znaczy: nie akceptując tego, że żyjecie w grzechu, jednak w jakiś sposób to akceptuję. A jednocześnie wzywam was do świętości. Tak?

Może nie: “akceptuję, że żyjesz w grzechu”. Raczej: “akceptuję, że żyjesz, że jesteś, jaki jesteś”. Grzech pozostawiam Sędziemu. Jest w nas namiętne przywiązanie do funkcji sądzenia, którego nie wykazywał Jezus. On ,,tylko” pisał coś na piasku.
Taka postawa nie oznacza aprobaty tego, że żyjesz w grzechu. Jakoś sobie z tym problemem radzą inne Kościoły chrześcijańskie, które czerpią przecież z tej samej Biblii. Czytałam bardzo sensowne i piękne zasady, jakie na temat homoseksualizmu ogłosili szwedzcy luteranie. Wiem też, że wielu ludzi, którzy są wierzący i pragną praktykować swoją wiarę, odchodzi od Kościoła rzymskokatolickiego w stronę tych Kościołów, które biorą ich pod skrzydła i umożliwiają im to praktykowanie. Niektóre Kościoły udzielają im błogosławieństwa, inne po prostu akceptują ich jako ludzi, nie wchodząc w to, czy i w jakich związkach oni żyją. Wiem, że to się dzieje także w Polsce. I nie jestem w stanie powiedzieć, że to bardzo źle, iż te Kościoły przyjmują ludzi, którzy do nich przychodzą...

(...)

Pełen tekst rozmowy można znaleźć w pliku: http://halinabortnowska.blox.pl/resource/Sumienie.doc

wtorek, 08 stycznia 2008

http://www.gazetawyborcza.pl/1,76842,4810189.html

"Myślę, że pisząc ten tekst, opowiadam się za wielką ostrożnością w traktowaniu ludzkich zarodków, także tych, które jeszcze nie zostały przyjęte i nie rozpoczęły rozwoju. Oszczędne, realistyczne ograniczanie ich liczby, zamrażanie "zapasowych" na czas oczekiwania - wydaje się rozsądne. Nie widzę w tym aborcji, lecz wymuszony koniecznością wybór, któremu zarodkowi natychmiast dać szansę rozwoju, a który na nią poczeka lub, niestety, jej nie uzyska (jak to w przyrodzie bywa)."

środa, 11 lipca 2007

http://www.gazetawyborcza.pl/1,76842,4282990.html

W materiale zamieszczonym w "Gazecie" z 28 czerwca ukazane zostały trzy odrębne stanowiska, chociaż prof. Samsonowicz i ja także bronimy możliwości organizowania katechezy w szkole. Według mnie współpraca nie powinna naruszać autonomii ani szkoły, ani Kościoła, a do takich naruszeń nieraz dochodzi, może ostatnio częściej. Odbywa się swego rodzaju kuszenie, czy to Kościoła, czy katechetów do rozszerzania strefy wpływów. To bardzo mnie niepokoi także ze względu na miejsce i znaczenie świadectwa wiary.

Zgadzam się z samym tytułem publikacji trzeciej ("Katecheza najlepiej w parafiach" Piotra Laskowskiego i Sebastiana Matuszewskiego). Tak, chyba najlepiej w parafiach... Ale to, co najlepsze, czasem przerasta siły albo nie starcza na to odwagi.

To tytuł. Natomiast treść tej wypowiedzi bardzo mnie martwi. Jeśli naprawdę i na spokojnie tak myślą o zjawisku religii sternicy "szkoły wielokulturowej", to nie potrafię dalej wierzyć w jej misję. Dla jasności: argumenty przeciw lekcjom religii w szkole to w ich wydaniu argumenty przeciw religii jako takiej. Byłam katechetką poza szkołą i bez współpracy z nią (przed rokiem 1956). Zgodnie z tym, co twierdzą autorzy, także i tam zapewne szkodziłam dzieciom i młodym ludziom, z którymi pracowałam. Bo jeśli religia tak szkodzi w szkole, jak oni opisują, to szkodzi wszędzie. Nie należy wypuszczać jej z kruchty. Tym zwrotem uderzam w ludzi i w pomysł, który jest mi sympatyczny. Ulegam pokusie mocnej riposty, a w istocie wspólnym ratunkiem byłby dla nas dialog. Weźcie to proszę pod uwagę: religia oskarżana tak, jak to robicie, lęka się zamknięcia w kruchcie - bo tylko takie miejsce jest odpowiednie dla niebezpiecznego źródła ogłupiania. Z tego lęku religia może stracić wiele ze swoich wychowawczych wartości. Zamiast pełnej goryczy napaści proszę o koncert krytycznego szacunku. Przepraszam solidarnie za to, że ogłupianie miewało i miewa miejsce w ramach katechezy. Ale przecież nie tylko to jest do dostrzeżenia.

http://www.gazetawyborcza.pl/1,76842,4259879.html

Katarzyna Wiśniewska: Religia powinna być wliczana do średniej ocen?

Halina Bortnowska : Zacznijmy od tego: katecheta usiłujący zaszczepiać i pielęgnować wiarę powinien oceniać swoją pracę i interesować się jej wynikami - jak ogrodnik gotowy troszczyć się o drzewko, na którym brak owoców. Zmuszeni do wypisywania ocen katecheci szacują różne rzeczy: ogólne wrażenie, grzeczność, pobożność, zapamiętywanie formułek, udział w lekcjach, kolorowanki w zeszytach... Uwzględniając "szóstkę z religii", wliczalibyśmy do średniej coś zupełnie niewspółmiernego. Co jest warta średnia, w której dodajemy gruszki do pietruszki? Ocena z religii jest nie tylko oceną z wiedzy, lecz w dużej mierze z zachowania. Poza tym nie wszyscy chodzą na religię, dlaczego mieliby mieć niższą średnią, bo nie będzie w niej punktów z religii?

Kościół, np. abp Kazimierz Nycz, argumentuje, że wliczanie oceny z religii do średniej to docenienie pracy ucznia.

- Uczniowie wykonują też inne ważne prace, które do żadnej średniej nie wchodzą, np. pomagają rodzicom w domu. Praca nad wiedzą religijną powinna być doceniana, ale w postaci pochwał, wyróżnień kościelnych. Może nawet sam arcybiskup mógłby zaprosić wybijających się uczniów na jakieś specjalne spotkanie czy wyjazd, poznać ich, uhonorować rozmową, dlaczego nie?

Co właściwie oceniać na religii: wiedzę czy gorliwość religijną? Katecheta ks. Zbigniew Maciejewski mówił "Gazecie": "Zdarzało mi się niewierzącym cynikom z bólem serca wystawić dobre oceny, a gorsze - mniej pojętnym, ale religijnym dzieciom".

- Poszłabym jeszcze dalej: podobno szatan też zna Boga, tylko go nie kocha. Czy zatem zasługiwałby na szóstkę z religii? Ocenianie wyników z tego przedmiotu jest bardzo trudne. Gdy uczyłam religii, jeszcze w salkach katechetycznych, starałam się po prostu wyróżniać, okazać wdzięczność tym, którzy myślą, interesują się, pytają, pomagają.

Nie stawiała Pani ocen?

- Nie. Rozmawiałam z danym dzieckiem, a w razie potrzeby też z rodzicami. I mieliśmy różne sposoby okazania radości z tego, że ktoś coś zrobił dobrze. Ale wtedy byliśmy partnerami.

Czy to dobrze, że religię w ogóle wprowadzono do szkoły?

- Katecheza dużo na tym straciła, ponieważ dzieci, które szły do salki, już przez to dokonywały wyboru, podobnie jak ich rodzice. Ale i zyskała pewną wygodę. Przestało być problemem, że trzeba ze szkoły iść jeszcze do kościoła, czasem daleko. A parafie uwolniły się od kosztów utrzymania salek i wysiłku organizacji kontaktu z dziećmi.

Tylko czy to nie narusza neutralności światopoglądowej państwa?

- Może ją rzeczywiście przesłaniać, zacierać, czasem naruszać. Dlatego niech lekcje religii odbywają się w budynku szkolnym, ale bardziej na odpowiedzialność Kościoła, przy zachowaniu autonomii szkoły i katechetury. Należałoby więc akcentować, że jest to pewnego rodzaju gościnność, zamiast podkreślać, że nauka religii to cząstka systemu szkolnego. Owa średnia w ten system religię wprzęga - bardzo mocno i ze szkodą.

Problem jest w ogóle z oceną na świadectwie. Etyki uczy się zaledwie w 353 na 30 tys. szkół. Więc w rubryce "religia/etyka" większość dzieci, która nie chodzi, ma kreskę. Czyli dzieci są od razu naznaczone jako "ateiści".

- Nauczanie etyki to osobny problem, nie tylko braku tych zajęć w większości szkół. Etyka jest dziwną nauką - po części normatywną. Nauczyciel może więc uczyć o systemach etycznych, ale może też zająć się treningiem przeżywania wartości etycznych. To dwie różne rzeczy. Nawet gdybym była ateistką, to nie jestem pewna, czy chciałabym, żeby moje dzieci uczył etyki np. zwolennik skrajnego utylitaryzmu i taką postawę próbował im wpoić.

A co z innym czekającym w kolejce pomysłem MEN: czy religia powinna być przedmiotem maturalnym?

- Moim zdaniem to zły pomysł. Rozumiem, że ktoś chodzi na religię, bo myśli o studiowaniu na uczelni katolickiej - niekoniecznie teologii. Nawet jeśli katolikiem nie jest, te lekcje mu się przydadzą dla orientacji w świecie, z którym tak blisko się zetknie. Ale jeśli uczelnia katolicka w rekrutacji studentów brałaby pod uwagę ocenę z przedmiotu "religia", to ja płaczę nad taką uczelnią.
W ramach katechezy można by wprowadzić coś w rodzaju podsumowania po kilku latach. Uczeń mógłby sam się sprawdzić - nie dla oceny, ale dla wiedzy o sobie, czy zna wiarę, którą deklaruje albo kwestionuje. To byłyby raczej swoiste rekolekcje, dobrowolne! - a nie "matura kościelna". Nauczyciel religii powinien być przede wszystkim świadkiem wiary. Nie wyobrażam sobie, żeby św. Augustyn, który tak pięknie pisał, że jego własna wiara odnawia się, staje się wiarą żywą, gdy uczy "prostaczków" - żeby on swoim katechumenom wystawiał oceny. Nawet gdyby funkcjonowała wtedy jakaś średnia.

rozmawiała Katarzyna Wiśniewska