To zdjęcie
"trzynastego kosza
na ułomki"
prowadzi
do szczegółów
przedsięwzięcia:









Kliknij w okładkę poniżej
i dowiedz się
o "Co to, to nie".
Nowa książka
Haliny Bortnowskiej
z przedmową
Adama Michnika
i posłowiem
Jerzego Sosnowskiego:
"Co to, to nie.
Myślennik
Haliny Bortnowskiej",
książka, która
może stanowić
początek istotnej debaty
o tym,
jak nie wykluczać
i jednocześnie
trzymać standardy








W sprzedaży są jeszcze
ostatnie egzemplarze
poprzednich książek, wystarczy kliknąć w okładki:

Książka
"Wszystko będzie
inaczej"


Książka do czytania
w całości za darmo
w Cyfrowej Bibliotece Narodowej
Polona

- nie tylko
na Adwent


---

Jestem uparcie nazywana publicystką katolicką , bo wielu redaktorom zależy na tym, by pokazać istnienie opinii katolickiej tego typu, co moja. Uzupełniam paletę. Redaktorzy mogą się kierować szlachetnymi względami. Bardziej liczyłabym się dla nich jako reprezentantka Kościoła niż mogę znaczyć po prostu jako ja. Biorąc realnie - tak na pewno jest.

Może szkoda - ale ja nie chcę z tego korzystać. Czuję w sobie głęboką niechęć do uzurpowania sobie tytułu, który właściwie każdy może zakwestionować: w imieniu władzy piastowanej w Kościele, albo w przekonaniu, że lepiej wie, co się z katolicyzmem zgadza, a co nie.

Jako publicystka bezprzymiotnikowa jestem świadkiem swojej wiary wolnym i dobrowolnym. Każdy może sam ocenić, z jakich pozycji wychodzę, dlaczego mówię to, co mówię. Racje zawarte są w tekście, nie w podpisie piszącego. Proszę o tej deklaracji łaskawie pamiętać czytając ten blog i inne moje publikacje.

Stopklatki

wtorek, 09 lipca 2013
Tu, na Podlasiu, lipy jeszcze kwitną, rozlewają słodycz i szum pełen spokoju. Tu będę w tym roku obchodzić LIPCOWE DNI PAMIĘCI.
Nie chcę ich nazywać "rocznicami". To słowo, w moim odczuciu, pasuje do dat zwycięstw, spełnienia marzeń, choćby kruchych.
Dni pamięci to dni żałoby i refleksji: co robimy, czy w ogóle coś robimy, aby nigdy więcej ludzie ludziom tego już nie czynili. A przecież wciąż czynią...
Może więc ostrożniej: co robimy, aby przynajmniej tutaj i teraz, za naszego życia i życia wnuków nie działy się rzeczy tak straszne. Gdy takie pragnienie w nas żyje, może trochę pocieszamy umarłych, łącząc się z tym, co czyni Haszem.
Ciosy, strzały, krew i śmierć bratobójcza na Wołyniu i w Galicji Wschodniej.
Ciosy, ogień i śmierć w ogniu rozmyślnie wznieconym przez sąsiadów. Jedwabne.
Strzały, morderczy pościg, śmierć wbrew międzynarodowym obietnicom. Co roku powiększane cmentarze, bo odnalezione zostały dalsze ciała i zbadano, czyje. Srebrenica.
***
Dziś nie mogę pielgrzymować do Jedwabnego z księdzem Lemańskim i z gminą żydowską z Warszawy. Tylko patrzę na to samo podlaskie niebo, z obłokami, które takie są tylko tu właśnie.
Kto tylko może, niech wędruje do miejsc dni przypomnienia. W Warszawie takim punktem zbiórki jest Umschlagplatz. W licu zostawcie tam światło, kwiat i kamyk pamięci.

Apeluję o udostępnianie tego tekstu lub fragmentów na blogach i na facebooku.
Dziękuję
HB
19:07, halina.bortnowska , Stopklatki
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 czerwca 2013
***
O poranku idę na Zachód, przed wieczorem wracam na Wschód
Po chodniku przede mną powiewają cienie drżących liści
Przelatują cienie ptaków jak klucz śmigłych dronów na sygnale.
11:05, halina.bortnowska , Stopklatki
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 grudnia 2012

Z całego serca witam i wspieram nową tegoroczną inicjatywę Jerzego Owsiaka przyjętą przez Orkiestrę Świątecznej Pomocy! Cieszę się, że Orkiestra zagra w tym roku – jak zawsze – dla dzieci, aby otworzyć im większe szanse zdrowia. Ale bardzo to mądre, że inicjatywa w tym roku (a może od tego roku?) skierowana jest także ku szansom lepszego samopoczucia, zadbania o zdrowie dla Babć i Dziadków. To się do głębi łączy: dzieci potrzebują również  tych dodatkowych kolan, na których można je bezpiecznie posadzić! Dzieci potrzebują relacji UTANI (tak się ją nazywa w języku suahili używanym w Afryce), relacji nadzwyczaj szczęściodajnej, łączącej Seniorów z ich potomkami. Mawia się tam, że rodzice uczą obowiązków, a Dziadkowie – miłości, przeżywania i okazywania uczuć.

            Zaniedbywanie UTANI zagraża społeczeństwu, wzmaga pokusę rozpaczy i rezygnacji oraz gotowość do nienawiści.

            Naprawdę – wieczór wigilijny to wspaniała okazja odnowienia UTANI. Podzielmy się opłatkiem, na zakończenie wieczerzy poczęstujmy pierniczkami. Uczcijmy seniorów kolędą, którą lubią…

            A potem, niedługo, niech wspaniała orkiestra zagra dla seniorów życzenia: - pasowałoby przypomnieć życzenie „plurimos annos”.

                                                            ***

            Ładnie, pięknie! A co z seniorami, którzy zostali sami – nie mają dzieci czy wnuków, lub oddzieleni są od nich odległością geograficzną albo psychiczną?

            W imię wszechogarniającej UTANI koniecznie trzeba extra pomyśleć o samotnych. Powinno zaistnieć – dla dobra najmłodszych – silne rzecznictwo honorowej, ale skutecznej troski o tych Seniorów, którzy muszą żyć z jednej i to mocno zaniżonej emerytury. Nie oszczędzajmy też na usługach opiekuńczych. Nie pozwalajmy na to, bo oszczędzanie na opiece nad seniorami i juniorami, to krzywda dla wszystkich.

            Plurimos annos… Wielu lat dla juniorów i seniorów, RAZEM.

            - A ciąg dalszy kampanii musi nastąpić!

11:26, halina.bortnowska , Stopklatki
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 grudnia 2012

Do Przyjaciół z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka i innych Osób pokrewnych

 

            Warto chociaż chwilę przeżyć razem. Kiedy nasze spojrzenia się spotykają, gdy razem zwracają się ku pewnej Nadziei – dzieje się dobrze. Życzymy sobie „Wszystkiego Najlepszego”. To jest najlepsze. A  w takim szczerym składaniu życzeń jedno z nich, najważniejsze! – już się spełnia.

            Nadzieja, ku której się zwracamy wspólnie, dotyczy PRAW CZŁOWIEKA. Chcielibyśmy przysłużyć się urzeczywistnianiu tych Praw.

            Ważnym prawem Człowieka, o którym często myślę – jest szacunek dla jego nadziei. Ta nadzieja może wyrażać się bez słów, jest barwą postawy wewnętrznej – jasną barwą – nie działamy przecież z rozpaczy, lecz z upodobania do dobra, które chcemy przychylić światu.

            Wbrew ponurym spodziewaniom – liczymy, że można coś naprawić, od czegoś ustrzec, coś dać.

            Dla mnie opłatek, którym się dzielimy, a także Sakrament chrześcijański, który też posługuje się chlebem-opłatkiem, jest znakiem, że nadzieję chcę mieć i przez to ją mam. Czego i Wam życzę!

Halina



20:26, halina.bortnowska , Stopklatki
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 grudnia 2012

W tym miejscu zapisuję podziękowanie dla bardzo wielu znanych i nie całkiem mi znanych osób, które bezpośrednio i pośrednio okazały mnie – nam obojgu, a także Puńci – wiele, nagle koniecznej pomocy. Złamana, czy raczej połamana lewa ręka, to był prawdziwy, realny test czyli próba. Zdarzyło się to 15 listopada; piszę teraz, bo wpadłam na pomysł wykorzystania blogu do przekazania informacji, a przede wszystkim podziękowań wszystkim i każdemu z osobna.

            Dziękuję Mężowi, który zniósł to spokojnie i cierpliwie, nieustannie mi pomagając, naszym dzieciom i ich rodzinom, szczególnie Saskii i Rysiowi, za wizytę z mamą i rysunek przedstawiający mnie na szpitalnym łóżku, lecz też jakby pośrodku meczu piłki nożnej. Słowo daję – w piłkę nie grałam, potknęłam się przed domem na urządzeniu zwanym „śpiącym policjantem”.

            Dziękuję przyjaciołom z POLIS za współpracę i pomysły, jak pomóc. Szczególnie miłe były też serdeczne  telefony od Kolegów z Rakowieckiej. Z radością oglądałam i pokazywałam „Baje na Mikołaja”; żałuję, że nie mogłam być na promocji książki.

            Jestem już w domu, moje obecne jednoręczne inwalidztwo potrwać ma jeszcze około 6 tygodni.

            Z wdzięcznością wspominam dość długi pobyt w szpitalu na Barskiej (Oddział Chirurgii Urazowej i Ortopedii). Czułam się tam bezpieczna, zadbana i uszanowana w moim seniorowskim bycie; znam się na szpitalach, wiem, że nie musi być tak dobrze, jak było.

            Wszystkim po kolei dziękuję, od stażystek rehabilitacji po panią Oddziałową, pielęgniarki i lekarzy – ordynatora dr. Jacka Kwareckiego i dr. Marcina Dzieciucha. Wyrazy wdzięczności i pamięci w modlitwie dla ks. Kazimierza, podziwiałam jego takt i radość duszpasterską.

            Trzymajcie się drodzy, dobrzy ludzie!

18:47, halina.bortnowska , Stopklatki
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 03 września 2012

 

ŻABY. Wiosną żaby wędrowały z łąki pana Leona do bagienka. Tam – pośrodku szuwarów, wikliny i chwastów - otworzyło się oczko czystej wody, w sam raz lustro nastawione na księżycowy sierp nowiu wśród gałęzi wierzb. Dla żab był to zew nieodparty. Skakały kamienistą drogą nieco w górę i w poprzek. Czasem niestety prosto pod koła roweru albo samochodu. Powoli jechał, ale pozostawiał w koleinach liczne żabie zwłoki. Te, które szczęśliwie dotarły do wody, szybko się zorganizowały w chór prawosławny (koncerty od piątej po południu do północy i dłużej, chyba aż do zachodu księżyca. Tak się święci wiosna w Milenkowcach.
    A teraz lato! Na zmianę – gorąco i chłód skądeś przywiany. Żaby odzywają się pojedynczo, z rzadka.
Po co chodzić drogą między łąką i bagnem? Tędy prowadzi trasa do wioskowego Krzyża i do wsi. Wokół Krzyża kwitną floksy i pomponiaste słoneczniki na wysokich łodygach. Floksy mocno pachną i to się miesza z miętą, ostrą wonią pokrzyw i ziół. Tym wszystkim pachnie też mgła przynoszona aż pod drzwi.
Lato. Tutaj ma ono w sobie dużo substancji jesieni.
***


20:04, halina.bortnowska , Stopklatki
Link Komentarze (1) »
czwartek, 02 sierpnia 2012
Przed południem, jeszcze dość wcześnie
padał deszcz ukośnymi strugami
jasnymi, bo słońce
wychylone zza chmury podglądało deszcz
bacząc na skutki: czy dobrze podlane pokrzywy
malwy i floksy oraz przekwitające róże
Deszcz bębnił po liściach, po dachach
do tego plusk po kałużach
co głębszych, płytsze zbyt szybko wsiąkały w piasek.
*
A teraz jest wieczór
cicho, dyskretnie deszcz zmartwychwstaje
wspina się do bladego księżyca
ścianami mgły wcale nie białej
ubarwionej zachodem
mgła jest prawie nieruchoma
ale płyną przez nią fale zapachu
tych ziół i innych
Ciepłe fale podbite chłodem
Nie czekam aż mgła stanie się chmurą i deszcz gdzieś spadnie
pewnie nie tutaj.

Milenkowce 30.7.2012
12:21, halina.bortnowska , Stopklatki
Link Komentarze (2) »
sobota, 14 maja 2011
Pod niebieskim niebem las, w który coraz głębiej wbijają się ostrza słonecznych strzał.
Ciepło sięga grzybni, zawiązują się w niej embriony kapeluszy. Zbieracze mają je za szlachetne, choć piękniejsze bywają surojadki i muchomory.
Przyjdzie na nie poczekać. Teraz, zaraz, z wielkim pośpiechem, rozkwitną w lesie zawilce i poziomki. Przez splątane gałęzie sosen gęste bukiety igliwia, w dół, na połacie mchu przenika ciepło wiosny.
***
Słońce nagrzewa rozlewisko ostrymi promieniami, sięga w głąb wody, do dna penetruje płycizny. Tak przez cały dzień. Już około południ nad wodą, łąkami i drogą gęstnieje zapach pokrzyw, mięty, ławic rzęsy. Gdzieś z daleka, zza lasu burknął grzmot. Szarawy obłok przyżeglował nad rozlewisko i sypnął deszczem. Słodki, miękki deszcz miesza się z zielonkawą wodą.
Ulga. Po chwili słońce znów leje blask, aż się nachyli ku zachodowi, oświetlając już same tylko korony olch. Zaraz wzejdzie księżyc i uwikła się w te same gałęzie, wisząc za nimi na sieci gwiazd.
    O tej porze śliskie plamiste ciałka unoszą się ku powierzchni wody. Wynurzają się kolejno, ostrożnie, właściwie widać tylko głowy, gardziele drgające oddechem. Gdzieś zza grobli, za szpalerem łozy pierwszy sygnał. Niskie, burkliwe, donośne rechotnięcie. Za nim trzymając się rytmu, ale z prawie nieuchwytnym opóźnieniem dalsze głosy - rodzaj chóru, zgodnego, a jednak wyczuwalna jest w nim obecność i pasja setek czy może tysięcy żabich istnień.
Nie wiem, czy tak rechoczą wszystkie, czy też odzywa się tylko jedna płeć? Czy tego wielkiego wspólnego wołania i poszczególnych wabiących głosów ktoś słucha?
Czy to zaśpiewanie, zarechotanie jest potrzebne, aby zimne, śliskie ciała poszukały partnerskich objęć, które wycisną z nich to, co ma się połączyć in aqua i wyruszyć na podbój rozlewiska?

12:06, halina.bortnowska , Stopklatki
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 marca 2011
Ola Klich pisze o siostrze Emilii Ehrlich, biblistce, nieżyjącej już współpracowniczce Jana Pawła II. W pięknym, serdecznym tekście natrafiam na echa naszych rozmów o tej postaci, o mojej niebliskiej, ale prawdziwej i ważnej przyjaciółce. Dzięki niej mogłam nieco dłużej zachować pewien realny kontakt z "Wujem", mimo jego papiestwa, mimo trudności, z czasem nie do pokonania, gdy już w Rzymie nie bywałam.
Dziwna sprawa - wspomnienia: mam je przecież. Dziś pod wpływem tekstu Oli całą noc śniła mi się Emilia, jej spojrzenia, uśmiech, na tle rzymskich barw jej czarna szata "beduinki". Ale ogólnie biorąc gdybym miała żyć wspomnieniami, różnymi wspomnieniami, nie miałabym ich dosyć. I zabrakłoby na wiele seansów. Mam tylko niewielką kolekcję pamięciowych przeźroczy, wyraźnych, znaczących, zakonserwowanych dzięki powrotom do nich. Zwykle jednak całą moją uwagę pochłania teraźniejszość oraz najbliższa przyszłość: "Co teraz? Co w kolejności? Na co najwyższa pora?".
Mówię Wam jednak: warto opowiadać sobie, do siebie, we własnej mowie wewnętrznej, relacjonować co najbardziej istotne doświadczenia i wydarzenia, opowieści o ludziach obecnych w naszym życiu, choćby tylko przez pewien czas, prowizorycznie, ale intensywnie. Warto popracować nad uskładaniem sobie takiego skarbu. Bez tej pracy pozostaje jedynie nadzieja, że kiedyś, może już po wszystkim, odnajdziemy wiele z niestety prawie zapomnianego dobra. Chciałabym więcej pamiętać o Emilii.
20:15, halina.bortnowska , Stopklatki
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 stycznia 2011
Śniegi bywają tu różne, do ich opisywania przydałby się słownik inuicki.
Pierwszy raz doświadczam tu śniegu takiego, jak ten z ostatnich dni i dzisiejszy.
    Jest go mnóstwo. Pięknie układa się na drzewach, świerkach i sosnach, tworząc wielokształtne, ciężkie czapy.
    Niebo zasnute jest chmurami, składającymi się ze śniegu, który zamierza spaść. Właściwie jest tak, jakby na ziemi leżały śniegowe chmury, nieco tylko gęściejsze i bielsze niż te na niebie.
    Przypomina się określenie, że to pierzyny, poduchy, napęczniałe puchowe kołdry. Śnieg ten stara się nawet nie chrzęścić pod nogami, nie chce sklejać się w kule, tylko wewnątrz psich łap, między palcami zbija się w twarde lodowe kamyki.
    Śnieg jest taki, jak moje wyobrażenie o materia prima u Świętego Tomasza z Akwinu: czyste tworzywo bez właściwości. Nie lśni, nie odbija światła. Zresztą nie ma, ani promyka słońca, ani nawet późną nocą zwykłej poświaty księżyca.  Za to na niebie, na ciężkich chmurach jutrzejszego śniegu - łuna sylwestrowego Grodna. Tak blisko, a w innym świecie, choć sypie tam ten sam śnieg.

11:47, halina.bortnowska , Stopklatki
Link Komentarze (1) »
niedziela, 20 września 2009
" ... Pewnego razu gdy wszedłem do waszego mieszkania w Lublinie, zastałem Twoją mamę z książką w ręku, czytającą w oryginale "Doktora Żywago" Borysa Pasternaka. Stała uśmiechając się do mnie. Spytałem co to za książka. Pokazała tytuł i zaczęła czytać: 'Na stole świeca płonęła, a na dworze burza szalała...' - pisane wierszem. Zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie. Ta piękna kobieta z książką w ręku, dwuwiersz - świeca i burza za oknem, tło mieszkania z piecem kaflowym. Książka, wówczas niedostępna na polskim rynku. To wszystko razem, ten obraz, oczarowały mnie. Było to dla mnie wejściem do nowego, pięknego świata. Mówię dosłownie bo na KUL trafiłem wprost ze stalinowskiego więzienia, trzymany tam przez dwa i pół roku za parę niekryminalnych (w dzisiejszym sensie) drobiazgów... Pragnąłem wiedzy, piękna, przyjaźni i smakowania wolności. Wówczas pojawiła się Twoja mama. Zdała mi się księżną jak w powieści M. Prousta 'W poszukiwaniu straconego czasu'. Chciałem przy niej być, spotykać ją, rozmawiać... "
Wdzięczna jestem dawnemu koledze, który to wspomnienie niedawno przesłał. Kilka takich słów, obraz, ożywia pamięć o osobie, uzupełnia ją. Przyszło mi na myśl, że najbliższe osoby pamiętamy jakby w ramkach, za szkłem swojej relacji z nimi, w tej wyłącznej i nie zawsze najwłaściwszej perspektywie. Mnie potrzebne lata, by moją mamę docenić, znów zobaczyć od innej strony, innych stron. Może ktoś jeszcze pamięta ją na swoją rękę? Któryś z uczniów, których nazwiska wpisywała do notesu? Przywołujmy nieobecnych tutaj, może to do nich dociera? Na pewno ogrzewa serca współwspominających.
16:42, halina.bortnowska , Stopklatki
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 sierpnia 2009
Pyliste drogi pocięte długimi cieniami, gdy słońce, jeszcze mocne, osuwa się nisko nad morenowe wzgórza.
Pachnie ziołami, piołunem, łopianem i nozdrzykiem, a chyba też białymi baldaszkami z łąki opodal.
Koło różowego domku przekwitają fioletowe floksy. W dzikim winie sadowią się na noc małe ptaszki, potrząsają liśćmi, tu i tam już czerwonymi.
A mirabelki, zawsze hojne, rzucają w trawę swoje bursztynowe korale. Po kolei - od drobnych zielonkawych, po niemal pomarańczowe, syte słońca, wreszcie syte pogody. Można zbierać mirabelki prawie nie patrząc, leżąc na trawie sięgać po omacku; najpierw po te, które właśnie spadły z głośnym pacnięciem, potem po resztę, która sama szuka palców.
Z mirabelek będzie sok w butelkach z datą i nazwą aromatycznego dodatku: "mięta". Każdy z gości wciska do plecaka taką butelkę.
10:44, halina.bortnowska , Stopklatki
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 sierpnia 2009

Milenkowskie niebo. Niebieskość spomiędzy chmurek, jak na wpół przymkniętych powiek. Kiedy siedzę na fotelu, widzę przed sobą, patrząc w górę, jak wznosi się wierzchołek młodego cisa. Trzy, cztery niższe wieżyczki, główny pęd kolumnowy celuje w niebieskość; przy mocniejszym powiewie kreśli po niej małe zygzaki. To palec wskazujący coś nadciągającym chmurkom.
Z tyłu, w oczku wodnym, od czasu do czasu żaby nadają pojedyncze dobitne sygnały. Najpierw coś jakby delikatne płukanie gardła, potem wyraźny okrzyk - "reh"! i pluśnięcie.
Pora na spacer.
Dla mnie pole gryki wygląda z daleka jak okryte mgłą. Może z rana rzeczywiści unosi się nad nim chłodna mgiełka, pozostałość sierpniowej nocy. Po południu pole jest jakby mniej białe, wyraźniej podcieniowane barwą łodyżek, różowo-czerwonych, nasyconych sokiem karmiącym kwiaty i zawiązki nasion.
Z pola spływa w stronę lasu obłok gęstego zapachu miodu, gryczanego miodu na świąteczny piernik. Poczujemy tę woń znad stołu, gdy na polu będzie leżał śnieg, biały i różowy jak kwitnąca gryka.

20:38, halina.bortnowska , Stopklatki
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 lipca 2009

Zapomnieć? Może bym chciała.
ale nie czuję, by się to działo.
Wewnątrz mnie
dotąd nie wyblakł obraz:
ozdobne wielokolorowe płomienie.
Długo paliła się moja zdolność
bycia jednym z jednym miejscem na ziemi.
Odtąd dym jest mi bliższy od murów
choćby pożar był teraz daleko
tysiące mil stąd
 na innym kontynencie.
Taka jest tylko odmiana,
po wszystkich latach
że pamiętanie mniej mnie męczy
póki jest całkiem prywatne
póki nikt mnie o nic nie pyta.
Nie chcę być za Powstaniem
ani przeciw Powstaniu.
Staję przed zapisem w pamięci
jak przed ścianą płaczu
w szczelinę wtykam moją karteczkę za rok 2009
Proszę jej nie czytać.

17:22, halina.bortnowska , Stopklatki
Link Komentarze (3) »
piątek, 24 lipca 2009

W Toruniu spotkali się moi rodzice.
Rodzina Ojca przybyła tam z Kresów po I wojnie światowej. Toruński zięć kupił teściom gospodarstwo - taką rodzinną agroturystykę w Dąbkach koło Gniewkowa. Był to śp. Bronisław Hozakowski, kupiec nasienny z ulicy Mostowej. Brat jego żony, młody oficer, często odwiedzał siostrę w jej pięknym zamożnym domu; tam poznał moją Matkę, Marię, córkę pułkownika Władysława Grabowskiego, jednego z dowódców toruńskiego garnizonu, patrioty z syberyjskim stażem. Pobrali się i w 1931 roku urodziłam się w Toruniu, a także zostałam ochrzczona w kościele garnizonowym.
Potem sporo czasu spędzałam w Dąbkach u Dziadków, choć mieszkaliśmy głównie w Warszawie.
Po wojnie wróciłam do Torunia z Matką i rodziną wujka Bronisia już w kwietniu 1945. Skończyłam Gimnazjum i Liceum im. Królowej Jadwigi i zdałam tu maturę w 1949 roku. Był to czas "urwanego lotu" (por. Hanna Świda Ziemba, o naszym pokoleniu: "Urwany lot", Wyd. Literackie, Kraków 2003). Moja Matka uczyła w Liceum Kupieckim i na kursach przygotowawczych UMK, może ktoś z dawnych uczniów ją pamięta? Nie dostałam się na studia na UMK, wyjechałyśmy do Wrocławia.

Z Toruniem łączą mnie wspomnienia. Najpierw to szkolne - odtwarzania szkoły polskiej po latach okupacji. Z początku była naprawdę nasza, potem stopniowo ją odbierano. Wspominam mądrych, przyjaznych nauczycieli, wychowawczynię klasy, biologa Wandę Doroszkiewicz, polonistę, który wspierał moje aspiracje pisarskie, pana Jana Wardyna. Obok szkolnych wspomnienie prawdziwego harcerstwa, które nam, dziewczynom, otworzyła druhna Janina Bartkiewiczówna. To była nasza szkoła życia - ta "szesnastka", założona przez nas drużyna (rozwiązana, jak cała toruńska Chorągiew Harcerek w 1948 roku).
Chociaż urodziłam się w Toruniu, nie byłam jednak prawdziwą autochtonką, bo okupację niemiecką spędziłam w Warszawie. Miałam przyjaciółki wśród miejscowych, ale najbliższe rekrutowały się spośród Wilnianek, które Toruń przygarnął na stałe czy na długo.
Tu w Toruniu, w latach szkolnych, dane mi było odkryć chrześcijaństwo i tradycję Kościoła Rzymsko-katolickiego, dzięki duszpasterzom, którzy potrafili być przewodnikami. Wspominam ks. Franciszka Żura, katechetę, Ojca Stanisława Bajko SJ, Ojca Mieczysława Nowaka SJ (zwanego albo-albo). Z kościołami toruńskimi wiąże się wiele dobrych przeżyć.
I jeszcze wspaniały teatr Wilama Horzycy, teatr w naszej edukacji i wychowaniu, niezapomniany kontakt z panią Leonią Jabłonkówną.
Wreszcie:
Dobrą formę fizyczną - chyba do dziś - zawdzięczam wiosłowaniu na czwórce po Wiśle. Silna rzeka nieźle ćwiczyła, pięknie było na wodzie i na zielonych brzegach.

Uważam, że Toruń jest niezwykle pięknym, oryginalnym i ciekawym miastem. Oby pielęgnował swoją tradycję ogrodniczą i kupiecką, europejską, artystyczną i naukową, własną i przeszczepioną tu z Wilna.
Dziękuję za zaproszenie, by moje więzi z Toruniem przejrzeć i odświeżyć.

17:22, halina.bortnowska , Stopklatki
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 maja 2009
Wszystko zatopione w jaskrawym słońcu. Oświetlone, ogrzane każde źdźbło, każdy rozwijający się listek. Wśród kamieni i suchej trawy kępka zawilców. W tym samym miejscu, co w zeszłym roku. Forpoczta całych łanów kwiecia w zagajniku opodal. Czeremchy jeszcze nie wybuchły bielą. Może czekają na deszcz, który już będzie majowy. Może wiatr niesie ten deszcz, bo jest zimny, w rozgrzanym powietrzu każdy jego powiew jest odczuwalnym dotknięciem czegoś odmiennego. Wyżej jest tego wiatru więcej. Las odzywa się coraz głośniej. Widać, jak powiewy przegarniają korony sosen, jakby chciały z nich wyiskać stworzenia, które tam mają swój dom. Gdy wiatr dmuchnie od północy, unosi w górę tumany białych płatków. To przekwitają mirabelki wionąc migdałowym zapachem.
23:56, halina.bortnowska , Stopklatki
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 kwietnia 2009
W ogóle to chodzenie po rzymskich uliczkach i wchodzenie do ciemnych wnętrz kościołów dla mnie przypomina wizytę w ogromnym fotoplastykonie przepełnionym zaglądywaczami. Tylko, że okienka są innej natury. W miejscach, które zdołamy dostrzec dzięki specjalnemu wkładowi energii i uwagi, otwiera się taka jakby klapka czasu. Epitafium, sarkofag, płyta grobowa, popiersie bohatera, pomniki, dają osobliwy kontakt z osobą lub wydarzeniem, nie tylko dawnym, lecz nawet niedostępnym przypomnieniu. Coś się marnuje, jeśli okienka fotoplastykonu pozostają obojętne dla tłumu przesuwającego się obok, bez zaglądania do nich. A my tu jednak przystaniemy – pomyślimy chwilę o biskupie Antonim Józefie... ach, nazwiska nie pamiętam! – ale historię będę w sobie nosić: fakt śmierci ledwie co przybyłego na I Sobór Watykański, zmożonego trudami drogi hierarchy z Przemyśla... Polacy w Rzymie! - Zawsze ich trochę było - Są i teraz. Słyszę i obserwuję, że są nostalgiczni. Świat im się zmienił, jakby co nie co podupadł odkąd już nie są rodakami papieża. Jeszcze raz znajdą się w lożach, gdy nadejdzie dzień beatyfikacji czy kanonizacji tego, z kim byli związani. A potem pozostanie powrót lub duszpasterska służba na odległej parafii.

----------

Oczekując na wyjazd na lotnisko odwiedzam w myśli miejsca, gdzie byliśmy i te pominięte, by nie wciskać ich na siłę, i te niedostępne, jak ogrody watykańskie, nie będące zresztą “ogrodami”, tylko skwerami wśród budynków. Gdzieś na uboczu wśród zieleni stoi wieża, w której miał swą pracownię Jan XXIII, a potem Jan Paweł II. Raz nas tam zaprosił. Watykańskie wspomnienia pełne są myśli o Siostrze Emilii Ehrlich, przewodniczce w tamten dziwny świat. Nie poszłam na Via Nomentana nie chcąc iść tamtędy bez niej.

Ostatni spacer przed powrotem. Zwykłe przedmiejskie ulice w pobliżu Via del Casaletto. W dół i w górę wzdłuż płotów i murów obrośniętych bluszczem. Pełno nowych wiosennych liści. Podróż się tu nie kończy. Zakończenie jest po powrocie i będzie trwało na pewno długo.

Podróż dalej zmienia tego, kto z niej wrócił. Działa jak lekarstwo albo alchemiczny środek transformujący, stopniowo uwalniający się w organizmie.

Zapytacie, co z tego było najlepsze? Jak zwykle – ludzie, przyjaciele dawni i nowi. Spotkanie nowych przyjaciół jest w naszym wieku zupełnie specjalnym cudem.
11:04, halina.bortnowska , Stopklatki
Link Dodaj komentarz »


Spośród licznych możliwości i propozycji wybieramy Cerveteri. Jest tam wielka nekropolia etruska Banditaccia; wśród zielonych wiosennych pól skupisko fantasmagorycznych grobowców wygrzebanych i wykutych w szarym tufie komnatek, komnat i sal grobowych. Technika inna niż w katakumbach, efekt tylko pozornie podobny. Wszystko pod ziemią, na powierzchni widać obłe kopułki porośnięte trawą i krzakami lauru, tu i ówdzie wystrzela drzewo, rozrasta się dramatyczny, pokrzywiony dąb śródziemnomorski lub parasolowata pinia.

Gdy zajrzeć do grobowca, wygląda to tak, jakby mieszkańcy tych przybytków, zmarli wiodący w nich dalsze życie, zostali nagle wygnani, a ich dobytek zrabowany bez pozostawienia śladów. Są tylko skalne – tufowe sprzęty: legowiska, siedziska, półki, ławy... Wszystko na miarę niewysokich osób, jak ja.

Niby są to pomieszczenia prymitywne, ale mają dziwną urodę zgranych ze sobą proporcji. Mam uczucie, że tych dziś nieobecnych było wielu i że przygotowywali sobie godne miejsca pod dachami z bloków tufu. Te dachy wydają się mocniejsze od betonowych bunkrów, a zarazem są łagodne, obejmują to, co pod nimi, nie przygniatają. Myśli, które nachodzą, gdy wspinam się po ścieżkach między zielonymi kopułami chwytając się rzeźbionych gzymsów zstępując po stromych stopniach do komnat, siadam przy ich wejściach na oczekujących kamiennych ławach wykutych dwadzieścia siedem wieków temu. Jedna z tych myśli: ile było ludzkości, ile początków i końców świata, ile kultur, ile wojen, ile wymierań, ile razy następowała zagłada i znów ktoś inny na ruinach pasł swoje kozy, zapędzał jagnięta w dolinki, może śpiewał, może modlił się w kolejnym języku.

W muzeum w pobliskim miasteczku oglądamy nie tylko piękne etruskie i greckie naczynia, wielkie wazy i komplety małych talerzyków; także twarze, postacie na sarkofagach i w gablocie, głowy i główki jakby dla lalek, wszystkie z wypukłymi wargami złożonymi w uśmieszek. Oczy mają wielkie, podkreślone ostrym makijażem. Dziwne jest to spotkanie z nimi tutaj, nie w ich grobowcach. Trzeba czuć się z nimi jedną rodziną ludzką: zastanawiające jest, że przecież naprawdę nią jesteśmy. Nasi przodkowie Etruskowie? Jednak zapewne przodkami w DNA nie byli: czy to, co po nich pozostało, uzasadnia silne poczucie wspólnoty? Poczucie piękna, szukanie bezpiecznego spoczynku w szarym tufie – jak w katakumbach? Czy wyposażeni w trwałe sprzęty czekali na przebudzenie z powrotem wśród znajomych łąk?

Coś w rodzaju konkluzji. Rodzina ludzka może istnieć bez wspólnoty biologicznego pochodzenia. Cokolwiek o tym pochodzeniu powiedzą nauki – od biologii po archeologię i historię – bycie rodziną wynika z tego, jak i ku czemu żyjemy, z człowieczości życia, więzi między ludźmi. Kształty naczyń, jakie lepią ludzie, wynikają z tego, co potrafią ich dłonie, myśl i oczy.

Jesteśmy “wygnańcami, dziećmi Ewy...”. Jaki to ma sens, gdy wchodząc w głąb ich grobów musimy o nich myśleć, jako o braciach. Być człowiekiem – być wygnańcem. Czytać mit naszej kultury z poczuciem, że musi być on uniwersalny, bo bez tego jego prawda nam nie wystarczy.
11:04, halina.bortnowska , Stopklatki
Link Dodaj komentarz »


Z krawędzi wzgórza widok na miasto, przymglony blisko zachodu słońca. Nawet nie próbuję rozpoznawać szczegółów. Uderza otchłanność perspektywy. Wyobrażam sobie, że taką pociągającą otchłannością Szatan mógłby kusić Mesjasza tutaj, nie w Jerozolimie: “To wszystko dam Tobie”. Dziwaczny nonsens: kusić Pana, by okazał swoją moc, obiecując Mu nędzną nagrodę ziemskiej chwały. Ale jednak kuszenie było związane z Jerozolimą. Tu na Awentynie mogło się odbywać kuszenie papieży... Lepiej nie wyobrażać sobie tego. Rozsądniej jest liczyć zdziczałe pomarańcze na gałęziach starych drzew, wśród ciemnego listowia. Albo prędko zajść do Świętej Sabiny. Jak u Św. Pawła za murami, tak i tu dostojna przestrzeń – tylko jeszcze bardziej pusto. Ściany nie pokryte pnączami fresków i mozaik, tylko tam i ówdzie delikatne cienie dawnych barw. Sama przestrzeń, którą te mury obejmują, jest tu znakiem przemawiającym do wewnętrznej duchowej przestrzeni.

Blisko ściany prześwit w dół, głęboki jak studnia. Odsłonięto tu jedną, dziś podziemną kolumnę. Kiedyś podpierała strop mithreum, stojącej w tym miejscu misteryjnej świątyni.

Coś tu jeszcze oglądamy – za szkłem drewniane wrota z V wieku. Przez otwór w ścianie kruchty jeszcze oświetlone późnym słońcem pomarańczowe drzewko – ma to być kontynuacja sadu św. Dominika. Rzeźbiona płyta kamienna, którą można podnieść i obrócić na zawiasach. Z jednej strony inskrypcja chrześcijańska, z odpowiednią płaskorzeźbą, z drugiej – rzymska, pogańska.

**

Przypominam to sobie, gdy Jarosław Mikołajewski opowiada o swoim poszukiwaniu klucza do Rzymu – wreszcie znajduje u Dantego. Domyślam się, że poeta odkrywa mu wejścia do kręgów, w które uporządkowane jest człowieczeństwo. Muszę poczekać na urzeczywistnienie projektu Mikołajewskiego, by zrozumieć własne doświadczenia, układanie różnych obrazów w psychologicznie niezbędną syntezę. Ta “synteza” nie jest wnioskiem ani podsumowaniem. Przypomina raczej powidok, delikatny barwny wzorek powstający w mózgu z utrwalonych barwnych fragmentów i uzupełniającej tkanki wyobraźni. To przywiozę z Rzymu i będę oglądać. Nie przedstawię słowami.
11:03, halina.bortnowska , Stopklatki
Link Dodaj komentarz »


Teraz to kościół chrześcijański. Czyżby? Okrągłe, dziwnie nowocześnie ukształtowane wnętrze jest z natury kongresowe, nie sakralne. A teraz jest gęsto wypełnione turystyczną młodzieżą. Ludzie fotografują się wzajemnie jedni na tle drugich, błyskając fleszami, bo nie da się wziąć za tło cudownie harmonijnej podniebnej kopuły z otworem ku błękitowi.

Szum, gwar, śmiechy, trzaski migawek. Bezradna tabliczka “Uprasza się o ciszę”. Kto chce ciszy, ucieka stąd.
11:03, halina.bortnowska , Stopklatki
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2