To zdjęcie
"trzynastego kosza
na ułomki"
prowadzi
do szczegółów
przedsięwzięcia:









Kliknij w okładkę poniżej
i dowiedz się
o "Co to, to nie".
Nowa książka
Haliny Bortnowskiej
z przedmową
Adama Michnika
i posłowiem
Jerzego Sosnowskiego:
"Co to, to nie.
Myślennik
Haliny Bortnowskiej",
książka, która
może stanowić
początek istotnej debaty
o tym,
jak nie wykluczać
i jednocześnie
trzymać standardy








W sprzedaży są jeszcze
ostatnie egzemplarze
poprzednich książek, wystarczy kliknąć w okładki:

Książka
"Wszystko będzie
inaczej"


Książka do czytania
w całości za darmo
w Cyfrowej Bibliotece Narodowej
Polona

- nie tylko
na Adwent


---

Jestem uparcie nazywana publicystką katolicką , bo wielu redaktorom zależy na tym, by pokazać istnienie opinii katolickiej tego typu, co moja. Uzupełniam paletę. Redaktorzy mogą się kierować szlachetnymi względami. Bardziej liczyłabym się dla nich jako reprezentantka Kościoła niż mogę znaczyć po prostu jako ja. Biorąc realnie - tak na pewno jest.

Może szkoda - ale ja nie chcę z tego korzystać. Czuję w sobie głęboką niechęć do uzurpowania sobie tytułu, który właściwie każdy może zakwestionować: w imieniu władzy piastowanej w Kościele, albo w przekonaniu, że lepiej wie, co się z katolicyzmem zgadza, a co nie.

Jako publicystka bezprzymiotnikowa jestem świadkiem swojej wiary wolnym i dobrowolnym. Każdy może sam ocenić, z jakich pozycji wychodzę, dlaczego mówię to, co mówię. Racje zawarte są w tekście, nie w podpisie piszącego. Proszę o tej deklaracji łaskawie pamiętać czytając ten blog i inne moje publikacje.

Kościół jak las

środa, 06 kwietnia 2016

Tematy wracają. Osoba długowieczna nie powinna lekceważyć tych powrotów. Każdy etap społecznej debaty ma znaczenie i wpływ na nowe ludzkie losy. Dlatego chcę być uczestniczką konfrontacji z kampanią Episkopatu Rzymsko katolickiego w Polsce na rzecz takiej modyfikacji prawa państwowego, która by przekreślała możliwość legalnego dokonania aborcji. Protestuję przeciw takiej zmianie prawa. Być może należy wrócić do propozycji referendum. Chcę zaznaczyć, że mówię o prawie państwowym. Duszpasterze mają i nadal powinni mieć prawo uczyć, że chrześcijańskie sumienie powinno ostrzegać przed tragicznym czynem, jakim w myśl wiary jest aborcja zarodka, który ma perspektywę życia. W związku z obecną debatą przypominam fragment mojej wypowiedzi dla Katarzyny Wiśniewskiej w GW z dnia 22 marca 2007 (Opinie, str. 16):

Odróżniam etykę od prawa. To nie prawo mówi, co mam robić, tylko sumienie. W społeczeństwie pluralistycznym prawo nie może odzwierciedlać sumienia, bo sumienia są różne. Może tylko stanowić pewne dość luźne ramy, w których się poruszamy.

Odrzuciłabym prawo, które nakazywałoby coś sprzecznego z sumieniem. Prawo, które tylko dopuszcza coś sprzecznego z sumieniem, ze względów pragmatycznych może, a niekiedy powinno być właśnie takie. I sprzeciwianie się temu jest nieroztropne. Ale warto się troszczyć, by nikt nie musiał działać wbrew sumieniu.

Dobrze wiedzieć, jak poważna i groźna to sprawa, ale w jakim stopniu i okolicznościach aborcja powinna być zakazana, to wciąż pytanie otwarte. Nie można robić z ludzi bohaterów na siłę. Zamiast tego trzeba stworzyć procedury, które mogą skłonić kobietę do zmiany decyzji. Człowiek musi mieć wsparcie, nie należy go zostawiać sam na sam z jego losem, bo to może być za trudne.

 Jeśli kobieta jest w złym stanie zdrowia, ktoś musi stanąć obok i pomóc jej przez to przejść i nie stracić partnera. Znam takie przypadki. Nie ma sieci czujnych rąk, które by pomagały dźwigać nadmierny ciężar. I należy przestać sądzić kobiety i rodziny, które nie mogą sobie dać rady. Gdyby choć część pieniędzy przeznaczonych na Świątynię Opatrzności Bożej wydać właśnie na „opatrzność" dla jeszcze nienarodzonych albo urodzonych na przekór brakowi szans, to byłoby tak pięknie.

 Często to, co niby doskonalsze, jest wrogiem rozsądnego, realnego dążenia do ograniczania strat. Tak stało się na przykład w Niemczech, gdzie do pewnego momentu Kościół uczestniczył w programie poradnictwa przedaborcyjnego. Może zresztą nie należy tak tej akcji nazywać, bo w wielu przypadkach nie dochodziło do aborcji. Ale ponieważ certyfikat z takiej poradni mógł służyć do uzyskania skierowania na aborcję, to Kościół wycofał się z tego projektu. Mnie to oburza. Przypomina mi to przepis w starym podręczniku teologii moralnej: głosił on, że katolicki proboszcz powinien unikać dzwonienia z kościelnej wieży o takiej porze, w której dźwięk dzwonu mógł wezwać także protestantów na ich modły. Chodziło o to, by się nie przyczyniać do uczestnictwa w ich heretyckich praktykach.

Czy nie ważniejszy byłby ten jeden przypadek, kiedy aborcji udałoby się uniknąć, o czym zresztą może nawet się nigdy nie dowiemy? Czy ta szansa nie jest ważniejsza od formalności? Tymczasem logika jest taka: będziemy rozmawiać w katolickiej poradni z kobietami, które zdecydowanie nie zamierzają dokonać aborcji. I tracimy kontakt z gronem niezdecydowanych, którym można było pomóc.

Unikam określenia „aborcja równa się zabójstwo”, bo uważam je za psychologicznie niebezpieczne dla osób, których ta sprawa bezpośrednio dotyka. Poza tym nie jestem pewna, czy można to tak łatwo zrównywać - odbieranie szansy dopiero rozwijającemu się życiu i życiu rozwiniętemu już w pełni.

Prawdą jest też, że coraz więcej ludzi - celowo mówię ludzi, a nie tylko kobiet - będzie znać i cenić to ledwie zaczęte życie. Będzie to coś wspaniałego. Nie chcę, żeby wyobraźnia ludzka karmiła się koszmarnymi obrazami zabijania, ale cudownymi obrazami tego, co odbywa się w ciele kobiety. Nazywajmy to „żywe" dzieckiem czy płodem, dla mnie nie jest to ważne. Gdy ktoś to zobaczy na USG, nie sądzę, żeby uważał, że to jest jak wyrostek robaczkowy.

Mój mistrz teologiczny Edward Schillebeeckx [ur. 1914, belgijski dominikanin] kładł nacisk na to, że uczłowieczenie następuje z chwilą akceptacji nowego życia przez innych. To dar analogiczny do tego, że zygota się zagnieżdża w macicy. Ludzie kochający to życie mają szerokie pole, by bez ostentacji być jego świadkami, sojusznikami czy sponsorami.

15:33, halina.bortnowska , Kościół jak las
Link Komentarze (1) »
sobota, 14 marca 2015

Wczuć się w los seniora – sporo jest osób próbujących tego dokonać.

Dla wielu młodych to za trudna sztuka.

Papież Franciszek z Watykanu – a jakby z naszej parafii. Czy z którejkolwiek innej na świecie – prosto i dobitnie stwierdza, że odwiedzanie starzejących się rodziców raz do roku czy co kilka miesięcy – to nie to, o co chodzi.

Nie wystarczy też opłacenie opiekunki czy umieszczenie w domu seniora albo w hospicjum. Chodzi o utrzymanie bliskiego, ciepłego kontaktu. Odwagi! To jest możliwe.

Obie strony potrzebują tego, choć nie zawsze okazują gotowość, by przyznać się do swoich uczuć i do niezaspokojonych potrzeb.

Dobrze, że Franciszek usiłuje wzmacniać więzi między ludźmi.



12:12, halina.bortnowska , Kościół jak las
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 maja 2014

Nieważne, dlaczego właśnie dziś gorąco zapragnęłam podzielić się swoim poglądem na rolę chrześcijan w społeczeństwie, w jakim żyją. Zawdzięczam ten pogląd wykładom o starożytności chrześcijańskiej oraz lekturze Karla Rahnera. Otóż chrześcijan można porównać do duszy, która cicho, dyskretnie, niemal niepostrzeżenie ożywia ciało, w którym zamieszkuje. Za Rahnerem wierzę, że mogą to być także "chrześcijanie anonimowi", dalecy od oficjalnej przynależności do zgromadzenia wiernych, jakim jest Kościół. Myślę o naszej obecności - bo też jestem chrześcijanką - jako obecności przez tożsamość, od wewnątrz dyktującą czyny zgodne z tym, kim jesteśmy. Pełnimy rolę drożdży, żyjąc po swojemu, sprawiamy, że chleb wyrasta. Dodam od siebie - mam nadzieję, że obok działają jeszcze inne drożdże, zakwasy i polepszacze.Chleby, o których myślę, małe, wielkie i przeogromny, to społeczeństwa i ludzkość.Jak wiadomo - porównania kuleją. To porównanie jest również tylko porównaniem. Uważam je jednak za możliwe do przyjęcia, zwłaszcza z rahnerowskim uzupełnieniem.Natomiast porównanie KOŚCIOŁA do "DUSZY" niezbędnej państwu budzi moje poważne wątpliwości. Kościół sam jest przecież "ciałem" ożywianym przez Chrystusa. Nie widzę tu miejsca dla nowożytnego tworu prawnego, jakim jest państwo (narodowe). Za tym porównaniem kryje się podejrzenie mylenia tronu z ołtarzem.

11:51, halina.bortnowska , Kościół jak las
Link Komentarze (1) »
sobota, 26 kwietnia 2014

Nigdy nie lubiłam i chyba nie używałam określenia "pokolenie JPII". Może wokół młodego wykładowcy i duszpasterza studentów mogła skupić się jakaś znacząca grupa młodzieży, środowisko bliskich mu w poszukiwaniu sensu życia i jego stylu, odpowiadającego ewangelicznemu powołaniu.Jako profesor etyki ks. Karol Wojtyła uczył o związku pomiędzy miłością i odpowiedzialnością. Seks jest usprawiedliwiony i błogosławiony jako wyraz miłości. W tym układzie płodność nie jest warunkiem koniecznym, ani dostatecznym.To jednak był co najmniej początek głębokiej zmiany w refleksji teologicznej na te tematy. Pozostał oczywiście zakaz aborcji, a także antykoncepcji, ale miał być głoszony i przestrzegany jakby w innym kontekście."Pokolenie JPII" nie miało szansy powstania. Filozof, duszpasterz niewielkich, choć licznych grup przyjaciół, został biskupem. Ciekawa anegdota opisuje, jak Wojtyła - już biskup-nominat - prosił o pozwolenie powrotu do swoich studentów na obozie nad jeziorami. Bp. Baziak miał wstępnie takiego pozwolenia odmówić. Wojtyła wyprosił zmianę decyzji odprawiając w tej intencji drogę krzyżową. Choć pozwolono mu na kilka dni wrócić, jednak miał zostać hierarchą, pasterzem nie dla młodzieży studenckiej i intelektualistów. Kontakty tego typu pozostały marginalną działką. Rzymskie powołanie przerwało inicjatywę Wojtyły - Synod duszpasterski, skupiający również grupy świeckich. Pokolenie JPII nie mogło się rozwinąć bez bliskiego, otwartego kontaktu, nie sprowadzającego się do uroczystych spotkań i związanych z nimi wyjątkowych przeżyć. Właśnie wyjątkowych - bez dalszego ciągu. Brakowało animatorów. Istniejące grupy rzadko szukały współpracy z innymi podobnymi zalążkami.Odwiedziny pielgrzymkowe to było za mało, by trwale kształtować zmiany w postawach polskich katolików. Za mało, choć sam papież w pewnych kwestiach do takich zmian dążył. Była położona na nowohuckim ołtarzu epokowa encyklika społeczna Laborem exercens. Nikt jednak nie  wziął jej z sobą w dalszą drogę do wolności i do urządzania wolności. Przesadzam! Może ktoś wziął, ale zabrakło czasu na czytanie i rozważanie. Chyba nie  pracował nad tym ani Episkopat, ani profesura katolickich uczelni z wyjątkiem ks. Tischnera. Czy by nam coś dało, gdyby było inaczej?
A inne centralne sprawy?Świadectwo, jakim byłoby świadome wybieranie ubóstwa w Kościele, ubóstwo w jego instytucjach. Praktyka miłosierdzia jako cechy działania w imię Kościoła? I wreszcie - podejście do śmierci i umierania, którego przykład dał najpierw Jan XXIII, a po nim Jan Paweł II. Na boleśnie przeżywaną agonię Jana Pawła II zareagowaliśmy najpierw niewiarą, że jednak umrze, a potem pocieszyliśmy się (nie wszyscy) budową pomników. Pomników, a nie przede wszystkim hospicjów. Myślałam wtedy, że fala w to ujście się wleje, ale tak się nie stało. Sam nasz Papież za życia niezbyt umiał coś organizować i niewielu miał kompetentnych, nowocześnie myślących współpracowników. Teraz ważna jest szansa, że następca - Franciszek - zechce i potrafi wznowić przede wszystkim odnowicielski wątek świętego Jana XXIII i duszpasterskie próby świętego Jana Pawła II, tak w mieście Rzymie, jak i po świecie i w Polsce. Liczę, że Franciszek skutecznie pośle duszpasterzy godnych biskupstwa - nie do biur i pałaców, lecz do młodzieży.

14:49, halina.bortnowska , Kościół jak las
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 kwietnia 2014

Im bliżej do niedzieli Przewodniej, do rzymskich uroczystości, tym żywsza ciekawość, co też papież Franciszek zdecyduje się powiedzieć dzisiejszemu światu, jak zagospodaruje tę duszpasterską szansę.Ufam, że nie podda się pokusie odsunięcia w cień Jana XXIII, którego chwilami przypomina.Ci dwaj, jednocześnie proklamowani jako godni publicznego kultu, nie przeciwstawiają się sobie. Krótki soborowy pontyfikat Jana XXIII otworzył mnóstwo możliwości. Niektóre z nich wykorzystał Jan Paweł II, zwłaszcza w pierwszych latach po wyborze.  Po kanonizacji rozpocznie się recepcja zawartego w niej posłannictwa. Marzę o odrodzeniu duszpasterstwa, o które Franciszek zabiega.Jan XXIII i Jan Paweł II to godni partnerzy duchowi tego przedsięwzięcia:Jan XXIII - inicjator reformatorskiego Soboru Watykańskiego II i Jan Paweł II, uczestnik i komentator Soboru, duszpasterz-pielgrzym i pokutnik, autor encykliki o człowieku pracującym i o godności pracy ludzkiej. Niełatwo zamknąć misje dwóch wielkich papieży w niewielu słowach.

***

Marzę o tym, by kwietniowa uroczystość przybliżyła Kościołowi Powszechnemu sens czci okazywanej osobom, które za swojego ziemskiego życia były przyjaciółmi Boga, głosicielami Ewangelii. Niestety, raz po raz spotykam się z pojmowaniem "kanonizacji" jako swoistej promocji osób zasłużonych, które na skutek ceremonii rzymskiej stają się odtąd "świętymi", czyli tak jakby uzyskują nowy status (w niebie). My, ludzie wierzący, mianujemy ich świętymi (co powinni odwzajemnić okazując nam pomoc, wstawiennictwo w różnych potrzebach).Wiara w "świętych obcowanie" to coś zupełnie innego. Ta wiara głosi, że "święci" czyli objęci łaską Boga - żywi i żyjący po ziemskiej śmierci - pozostają w kontakcie - mogą się wstawiać do Boga za siebie nawzajem, z Jego objęć kochać dalej inne Jego dzieci. Mam takie przekonanie o obu dobrych Papieżach, w których życiu i śmierci widać łaskę Bożą, Boży zamiar i miłosierdzie. Ten fakt jest uczczony w ceremonii kanonizacji.Widzę też w tej ceremonii sposobność do błogosławienia Boga i dziękowania Mu za dary życia drogich Jana i Jana Pawła. Mnie przychodzi to łatwo. Do obu "kanonizowanych" mam bardzo osobisty stosunek.Jan XXIII wspomógł moją wiarę nadzieją i radością z orędzia Soboru. Ten Sobór papież zwołał u kresu swego życia jako starzec ufnie zdążający do Pana.

***

Świętość - żywioł zjednoczenia z Bogiem. Historia chrześcijańskich dążeń do tego faktu ukazuje wielość dróg i postaci tego daru, bo ostatecznie to Bóg nachyla się ku człowiekowi, który odpowiada "TAK".Trudno to pojąć. Jednak w tym rozważaniu nie głoszę jakiegoś oryginalnego poglądu, odkrycia nielicznych. Bóg przygarnie człowieka i to wszystko. Rzeczywistość "Tak" człowieka wyraża się w posłuszeństwie Bogu.

***

Jaki pożytek może przynieść kanonizacja?Komu ten pożytek może przypaść w udziale?To rozważanie ma wskazać, że nie marzę o pożytku w kategoriach analogicznych do pożytku ze znajomości z ważną osobą. Osoba, której Kościół pozwala publicznie oddawać cześć, nie staje się jakąś własnością grupy ludzi, zakonu czy kraju, choć bywa tak traktowana; jest to jednak uzurpacja.Marzę o tym, by uroczystość przyniosła ożywienie zainteresowania soborowym programem Jana XXIII. Chodzi o przezwyciężanie pokusy dopatrywania się dobra jedynie w tym, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. A przecież chrześcijańska tradycja sięga nieznanych nam dzisiaj wyrazów wiary, a tradycja rozwija się też dzięki wkładowi nowych pokoleń i powinna zadziwiać i cieszyć ludzi do niej nienawykłych.Myślę, że wolno i warto ufać Kościołowi i zmysłowi wiary, który nim rządzi. Sobór - o czym wiedział historyk Jan XXIII - to wielkie wysłuchanie wiary, nadziei i miłości uczniów Chrystusa. Sobór ma prawo zmieniać przyzwyczajenia, oczyszczać je z tego, co bezpotrzebnie przeszkadza światu uwierzyć i wytrwać. 

14:16, halina.bortnowska , Kościół jak las
Link Komentarze (1) »
sobota, 29 marca 2014

Stał się ubogim, aby wzbogacić nas swoim ubóstwem (por. 2 Kor 8, 9)

 

Drodzy Bracia i Siostry!

W czasie Wielkiego Postu chcę podzielić się z wami kilkoma refleksjami, które mogą wam być pomocne na drodze nawrócenia osobistego i wspólnotowego. Punktem wyjścia niech będą słowa św. Pawła: „Znacie przecież łaskę Pana naszego Jezusa Chrystusa, który będąc bogatym, dla was stał się ubogim, aby was ubóstwem swoim ubogacić” (2Kor 8,9). Apostoł zwraca się do chrześcijan Koryntu, zachęca ich, aby szczodrze dopomogli wiernym w Jerozolimie, którzy są w potrzebie. Co mówią nam, współczesnym chrześcijanom, te słowa św. Pawła? Co znaczy dla nas dzisiaj wezwanie do ubóstwa, do życia ubogiego w rozumieniu ewangelicznym?

1. Łaska Chrystusa

Słowa te mówią nam przede wszystkim, jaki jest styl Bożego działania. Bóg nie objawia się pod postaciami światowej potęgi i bogactwa, ale słabości i ubóstwa: „będąc bogatym, dla was stał się ubogim...”. Chrystus, odwieczny Syn Boży, mocą i chwałą równy Ojcu, stał się ubogi; wszedł między nas, stał się bliski każdemu z nas; obnażył się, „ogołocił", aby stać się we wszystkim podobny do nas (por. Flp 2,7; Hbr 4,15). Wcielenie Boże to wielka tajemnica! Ale źródłem tego wszystkiego jest Boża miłość, miłość, która jest łaską, ofiarnością, pragnieniem bliskości, i która nie waha się poświęcić i złożyć w darze samej siebie dla dobra umiłowanych stworzeń. Kochać znaczy dzielić we wszystkim los istoty kochanej. Miłość czyni podobnym, ustanawia równość, obala mury i usuwa dystans. To właśnie Bóg uczynił dla nas. Jezus przecież „ludzkimi rękami wykonywał pracę, ludzkim umysłem myślał, ludzką wolą działał, ludzkim sercem kochał. Zrodzony z Maryi Dziewicy stał się prawdziwie jednym z nas, podobny do nas we wszystkim z wyjątkiem grzechu” (Sobór Wat. II, Konst. duszpast. Gaudium et spes, 22).

Jezus stał się ubogi nie dla ubóstwa samego w sobie, ale – jak pisze św. Paweł – po to, „aby was ubóstwem swoim ubogacić”. To nie jest gra słów czy tylko efektowna figura retoryczna! Przeciwnie, to synteza Bożej logiki, logiki miłości, logiki Wcielenia i Krzyża. Bóg nie chciał, by zbawienie spadło na nas z wysoka, niczym jałmużna udzielona przez litościwego filantropa, który dzieli się czymś, co mu zbywa. Nie taka jest miłość Chrystusa! Kiedy Jezus zanurza się w wodach Jordanu i przyjmuje chrzest z rąk Jana Chrzciciela, nie dlatego to czyni, że potrzebuje pokuty czy nawrócenia; czyni to, aby stanąć pośród ludzi potrzebujących przebaczenia, pośród nas grzeszników, i wziąć na swoje barki brzemię naszych grzechów. Taką wybrał drogę, aby nas pocieszyć, zbawić, uwolnić od naszej nędzy. Zastanawiają nas słowa Apostoła, że zostaliśmy wyzwoleni nie przez bogactwo Chrystusa, ale przez Jego ubóstwo. A przecież św. Paweł dobrze zna „niezgłębione bogactwo Chrystusa” (Ef 3,8), „dziedzica wszystkich rzeczy” (por. Hbr 1,2).

Czym zatem jest ubóstwo, którym Jezus nas wyzwala i ubogaca? Jest nim właśnie sposób, w jaki Jezus nas kocha, w jaki staje się naszym bliźnim, niczym Dobry Samarytanin, który pochyla się nad półżywym człowiekiem, porzuconym na skraju drogi (por. Łk 10,25 nn). Tym, co daje nam prawdziwą wolność, prawdziwe zbawienie i prawdziwe szczęście, jest Jego miłość współczująca, tkliwa i współuczestnicząca. Chrystus ubogaca nas swoim ubóstwem przez to, że staje się ciałem, bierze na siebie nasze słabości, nasze grzechy, udzielając nam nieskończonego miłosierdzia Bożego. Ubóstwo Chrystusa jest Jego największym bogactwem: Jezus jest bogaty swoim bezgranicznym zaufaniem do Boga Ojca, swoim bezustannym zawierzeniem Ojcu, bo zawsze szuka tylko Jego woli i Jego chwały. Jest bogaty niczym dziecko, które czuje się kochane, samo kocha swoich rodziców i ani na chwilę nie wątpi w ich miłość i czułość. Bogactwo Jezusa polega na tym, że jest Synem. Jedyna w swoim rodzaju więź z Ojcem to najwyższy przywilej tego ubogiego Mesjasza. Jezus wzywa nas, byśmy wzięli na siebie Jego „słodkie jarzmo”, to znaczy byśmy wzbogacili się Jego „bogatym ubóstwem” albo „ubogim bogactwem”, byśmy wraz z Nim mieli udział w Jego Duchu synowskim i braterskim, stali się synami w Synu, braćmi w pierworodnym Bracie (por. Rz 8,29).

Znane jest powiedzenie, że jedyny prawdziwy smutek to nie być świętym (L. Bloy); moglibyśmy też powiedzieć, że istnieje jedna tylko prawdziwa nędza: nie żyć jak synowie Boga i bracia Chrystusa.

2. Nasze świadectwo

Moglibyśmy pomyśleć, że taka „droga” ubóstwa była odpowiednia dla Jezusa, my natomiast, którzy przychodzimy po Nim, możemy zbawić świat odpowiednimi środkami ludzkimi. Tak nie jest. W każdym czasie i miejscu Bóg nadal zbawia ludzi i świat poprzez ubóstwo Chrystusa, bo On staje się ubogi w sakramentach, w Słowie i w swoim Kościele, który jest ludem ubogich. Bogactwo Boga nie może się udzielać poprzez nasze bogactwo, ale zawsze i wyłącznie poprzez nasze ubóstwo, osobiste i wspólnotowe, czerpiące moc z Ducha Chrystusa.

Na wzór naszego Nauczyciela jesteśmy jako chrześcijanie powołani do tego, aby dostrzegać różne rodzaje nędzy trapiącej naszych braci, dotykać ich dłonią, brać je na swoje barki i starać się je łagodzić przez konkretne działania. Nędza to nie to samo co ubóstwo; nędza to ubóstwo bez wiary w przyszłość, bez solidarności, bez nadziei. Możemy wyróżnić trzy typy nędzy. Są to: nędza materialna, nędza moralna i nędza duchowa. Nędza materialna to ta, którą potocznie nazywa się biedą, i która dotyka osoby żyjące w warunkach niegodnych ludzkich istot, pozbawione podstawowych praw i dóbr pierwszej potrzeby, takich jak żywność, woda, higiena, praca, szanse na rozwój i postęp kulturowy. W obliczu takiej nędzy Kościół spieszy ze swoją posługą, ze swoją diakonią, by zaspokajać potrzeby i leczyć rany oszpecające oblicze ludzkości. W ubogich i w ostatnich widzimy bowiem oblicze Chrystusa; miłując ubogich i pomagając im, miłujemy Chrystusa i Jemu służymy. Nasze działanie zmierza także do tego, aby na świecie przestano deptać ludzką godność, by zaniechano dyskryminacji i nadużyć, które w wielu przypadkach leżą u żródeł nędzy. Kiedy władza, luksus i pieniądz urastają do rangi idoli, stawia się je ponad nakazem sprawiedliwego podziału zasobów. Trzeba zatem, aby ludzkie sumienia nawróciły się na drogę sprawiedliwości, równości, powściągliwości i dzielenia się dobrami.

Nie mniej niepokojąca jest nędza moralna, która czyni człowieka niewolnikiem nałogu i grzechu. Ileż rodzin żyje w udręce, bo niektórzy ich członkowie – często młodzi – popadli w niewolę alkoholu, narkotyków, hazardu czy pornografii! Iluż ludzi zagubiło sens życia, pozbawionych zostało perspektyw na przyszłość, utraciło nadzieję! I iluż ludzi zostało wepchniętych w taką nędzę przez niesprawiedliwość społeczną, przez brak pracy, odbierający godność, jaką cieszy się żywiciel rodziny, przez brak równości w zakresie prawa do wykształcenia i do ochrony zdrowia. Takie przypadki nędzy moralnej można słusznie nazwać zaczątkiem samobójstwa. Ta postać nędzy, prowadząca także do ruiny ekonomicznej, wiąże się zawsze z nędzą duchową, która nas dotyka, gdy oddalamy się od Boga i odrzucamy Jego miłość. Jeśli sądzimy, że nie potrzebujemy Boga, który w Chrystusie wyciąga do nas rękę, bo wydaje się nam, że jesteśmy samowystarczalni, wchodzimy na drogę wiodącą do klęski. Tylko Bóg prawdziwie zbawia i wyzwala.

Ewangelia to prawdziwe lekarstwo na nędzę duchową: zadaniem chrześcijanina jest głosić we wszystkich środowiskach wyzwalające orędzie o tym, że popełnione zło może zostać wybaczone, że Bóg jest większy od naszego grzechu i kocha nas za darmo i zawsze, że zostaliśmy stworzeni dla komunii i dla życia wiecznego. Bóg wzywa nas, byśmy byli radosnymi głosicielami tej nowiny o miłosierdziu i nadziei! Dobrze jest zaznać radości, jaką daje głoszenie tej dobrej nowiny, dzielenie się skarbem, który został nam powierzony, aby pocieszać strapione serca i dać nadzieję wielu braciom i siostrom pogrążonym w mroku. Trzeba iść śladem Jezusa, który wychodził naprzeciw ubogim i grzesznikom niczym pasterz szukający zaginionej owcy, wychodził do nich przepełniony miłością. Zjednoczeni z Nim, możemy odważnie otwierać nowe drogi ewangelizacji i poprawy ludzkiej kondycji.

Drodzy bracia i siostry, niech w tym czasie Wielkiego Postu cały Kościół będzie gotów nieść wszystkim, którzy żyją w nędzy materialnej, moralnej i duchowej, gorliwe świadectwo o orędziu Ewangelii, którego istotą jest miłość Ojca miłosiernego, gotowego przygarnąć w Chrystusie każdego człowieka. Będziemy do tego zdolni w takiej mierze, w jakiej upodobnimy się do Chrystusa, który stał się ubogi i ubogacił nas swoim ubóstwem. Wielki Post to czas ogołocenia: dobrze nam zrobi, jeśli się zastanowimy, czego możemy się pozbawić, aby pomóc innym i wzbogacić ich naszym ubóstwem. Nie zapominajmy, że prawdziwe ubóstwo boli: ogołocenie byłoby bezwartościowe, gdyby nie miało wymiaru pokutnego. Budzi moją nieufność jałmużna, która nie boli.

Duch Święty, dzięki któremu jesteśmy „jakby ubodzy, a jednak wzbogacający wielu, jako ci, którzy nic nie mają, a posiadają wszystko” (2 Kor 6,10), niech utwierdza nas w tych postanowieniach, niech umacnia w nas wrażliwość na ludzką nędzę i poczucie odpowiedzialności, abyśmy stawali się miłosierni i spełniali czyny miłosierdzia. W tej intencji będę się modlił, aby każdy wierzący i każda społeczność kościelna mogli owocnie przeżyć czas Wielkiego Postu, proszę was też o modlitwę za mnie. Niech Chrystus wam błogosławi, a Matka Boża ma was w swojej opiece.

FRANCISCUS

 



12:14, halina.bortnowska , Kościół jak las
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 marca 2014

Biskupi, bójcie się jezuity

 Tomasz Dostatni OP 2014-03-13, ostatnia aktualizacja 2014-03-14 21:23:05

Franciszek interpretuje słowa Chrystusa dosłownie. A gdyby Jezus usłyszał, że mówimy do kogoś: ''Ojcze Święty'', wziąłby do ręki bicz i postąpił energiczniej niż wobec kupców ze świątyni. Z ks. Tomášem Halikiem rozmawia Tomasz Dostatni OP

Tomasz Dostatni OP: Niedawno papież postanowił, że zasłużeni księża już nie będą otrzymywali tytułów prałata i infułata. Tomaszu, ty sam jesteś prałatem...

Ks. Tomáš Halik: Przypominam sobie pewną anegdotę. Pan Bóg i święty Piotr oglądają wiadomości. Leci materiał z Chin o tym, jak biedni rolnicy ciężko pracują na polach ryżowych. Pan Bóg mówi: ''Okropne, jak ci ludzie cierpią, to naprawdę ciężka praca''. Na co święty Piotr przypomina: ''Przecież sam tego chciałeś! To Ty powiedziałeś: >>w trudzie będziesz zdobywał pożywienie dla siebie<<''. ''Ale ja nie myślałem o tym tak dosłownie''. Chwilę potem wiadomości z izby porodowej, kobieta rodzi w bólach, krzyczy. Pan Bóg: ''Jak ta kobieta cierpi!''. Piotr mu odpowiada: ''Ale tego przecież chciałeś, mówiąc: >>w bólach rodzić będziesz<<''. ''Ale ja nie myślałem o tym tak dosłownie''. Kolejne doniesienie, z Watykanu. Podjeżdżają limuzyny, wysiadają kardynałowie w purpurze, sekretarze niosą za nimi teczki. Pan Bóg zdziwiony: ''A co to za jedni?''. Na co święty Piotr: ''To ci, którzy już dawno zrozumieli, że o tym wszystkim nie myślałeś dosłownie''.

Co ma do tej anegdoty Franciszek?

- To, że mamy papieża, który ewangeliczne wypowiedzi Chrystusa rozumie dosłownie. A to szokuje i drażni wielu ludzi w Kościele.

Przez wieki braliśmy w cudzysłów słowa Chrystusa o tym, żeby nikogo nie nazywać ojcem, że nie powinniśmy nosić długich sukien i zachowywać się jak faryzeusze. Wypracowaliśmy całą kulturę tytułów i nazewnictwa, która przewyższa to, co wymyślili faryzeusze. Gdyby Jezus usłyszał, że mówimy do kogoś: ''Ojcze Święty'', wziąłby do ręki bicz i postąpił energiczniej niż wobec kupców ze świątyni.

Widzę, że Franciszek poważnie i dosłownie interpretuje słowa Chrystusa.

Ale czy Kościół jest w stanie to wytrzymać? Już słychać, że papież swoim zachowaniem i wypowiedziami niszczy autorytet Kościoła. I kiedy z jednej strony Franciszek przypomina o ubóstwie czy o solidarności z potrzebującymi, to z drugiej słychać, że główne wyzwanie dla Kościoła to gender.

- Trudno mówić o szkodzie dla powagi Kościoła, jeśli w Chinach papież staje się jednym z największych światowych autorytetów. A reakcja ludzi Kościoła jest zrozumiała. Boją się Franciszka, bo przynosi im trzęsienie ziemi.

Część z tych, którzy dobrze się czują w dzisiejszym Kościele, szuka w nim bezpieczeństwa, dlatego chcieliby zmienić go w cichą wyspę oderwaną od codziennych problemów. Wśród ludzi Kościoła są tacy, dla których świata jest wręcz za mało, więc pragną wielkich duchowych dzieł i otwierają się na transcendencję. Ale są też tacy, dla których jest tego świata za dużo, boją się go, przerażają ich zmiany. Dla nich Kościół jest matką, do której można przybiec i ukryć głowę w jej sukni.

Są też w Kościele ludzie, którzy pojawili się w nim, bo mają wewnętrzne problemy, np. kompleks niższości, lgną więc do władzy i pragną wpływów. Im zależy na zewnętrznych atrybutach, więc są nieszczęśliwi jak dzieci, którym zabierze się zabawki.

Niektórzy w Rzymie mówią, że papież jest już stary i wkrótce wszystko wróci na dawne tory. Ale to niemożliwe. Już nie mamy dokąd wracać.

Franciszek przypomina mi trochę Jana XXIII przez swoją dobroć i odwagę,, a trochę Jana Pawła II, który czynił odważne kroki, że przypomnę tylko dialog międzyreligijny czy krytykę totalitarnych reżimów, która doprowadziła do upadku komunizmu. Obecny papież kontynuuje ich linię, ale znacznie energiczniej.

A Benedykt XVI?

- Cenię go za wkład teologiczny, ale za większą zasługę uznaję to, że wiedział, kiedy ustąpić. Ta dobrowolna rezygnacja zdemitologizowała papiestwo. Pozbawiła je aury świętości, którą papiestwu przypisali romantycy. Romantyczny konserwatyzm był reakcją na pojawienie się modernizmu i to on przyniósł idolatrię papieża. Czym ona jest, najlepiej wiecie wy, Polacy, obserwując to, co dzieje się z Janem Pawłem II.

A to właśnie Jan Paweł II wezwał do ekumenicznej dyskusji o nowym rozumieniu papiestwa, choć do niej nie doszło. Teraz papież Franciszek idzie tą drogą i oto papiestwo znowu nabiera znaczenia, choć straciło realną polityczną władzę. Okazuje się, że mniej władzy może oznaczać więcej moralnego autorytetu.

Papież jak zwykły człowiek: ''W Watykanie nowe''


''Pope Francis, the Jesuits and liberation theology'' - analizuje dominikanin Alejandro Crosthwaite

Franciszek to pierwszy w historii papież jezuita. I pierwszy papież zakonnik od niemal dwustu lat. To coś zmienia?

- Bardzo się cieszę, że jest zakonnikiem, bo to znaczy, że nie jest sam. Benedykt XVI kojarzył mi się ze starym, samotnym człowiekiem. Zakonnik ma za sobą wielką zakonną rodzinę i doświadczenie wielu lat życia we wspólnocie.

A gdy po wyborze Bergoglia dziennikarze wypytywali mnie o nowego papieża i dowiedziałem się, że jest jezuitą, wygłosiłem w telewizji entuzjastyczny komentarz.

Bardzo lubię jezuitów, to w dużej mierze dzięki nim rozpoznałem swoje powołanie. Mamy w Czechach czarną legendę jezuitów, bo odegrali specyficzną rolę w czasach rekatolizacji. Kiedy jako student usłyszałem o słynnych redukcjach, osadach zakonnych chroniących Indian przez niewolnictwem, o tzw. państwie jezuickim, odważnym eksperymencie ze wspólnotą i równością, odkryłem nie tylko jezuitów, ale także Kościół. Dziś żartuję nawet, że jestem anonimowym jezuitą.

A jakim jezuitą jest Franciszek?

- On w ciekawy sposób łączy dwa charyzmaty - ignacjański i franciszkański.

Ignacjański charakteryzuje się odwagą podejmowania najważniejszych wyzwań. Jezuici nie mieli specjalizować się w jednej dziedzinie. Powstali, aby realizować zadania najważniejsze w danym czasie dla Kościoła, i realizują je pomysłowo i z odwagą. U Franciszka świetnie widać tę odwagę i pomysłowość.

A związki z charyzmatem franciszkańskim, z jego zrozumieniem dla ubóstwa i życiowej prostoty pokazuje już wybór imienia Franciszka. Jak widać, to rzeczywiście był znak rozpoznawczy misji tego papieża. On naprawdę interesuje się ludźmi ubogimi, wykluczonymi, żyjącymi na marginesie.

To zresztą wywołuje zakłopotanie w krajach postkomunistycznych. Widać, że Franciszek był pod wpływem teologii wyzwolenia, a my patrzyliśmy na nią podejrzliwie, bo wyczuwaliśmy wpływy marksistowskie. A przecież również Jan Paweł II w encyklice o pracy ''Laborem exercens'' zaznacza, że marksizm, choć niebezpieczny, ma w sobie pierwiastki prawdy. I że potrzeba, aby Kościół prawdziwe jądro tej herezji - herezji, bo, jak powiedział Chesterton, herezja to zbzikowana prawda - rozpoznał.

Herezje są jak kompleksy. Psychologowie mówią, że to, co człowiek w sobie zdusił, nie przestaje istnieć, tylko dochodzi do głosu w podświadomości. I wtedy staje się niebezpieczne. Psychoterapia musi wyciągnąć to jądro, rzeczywisty problem, na światło dzienne.

Tak było w czasach świętego Franciszka. Wtedy Kościół zapomniał o wezwaniu do ubóstwa. Był Kościołem bogatym, więc ideał ewangelicznego ubóstwa przejęły ruchy heretyckie, jak albigensi. Wielcy charyzmatycy, jak Dominik i Franciszek, uświadomili sobie, że już czas, by ubóstwo jako wartość powróciło do codziennego życia Kościoła. Wydaje mi się, że o tym samym mówi dziś papież. I działa trochę jak psychoterapeuta.

Jak rozumiesz to Franciszkowe ubóstwo?

- W swoich książkach wskazywałem, że to ubóstwo ma sens nie tylko socjalny. Musimy interesować się również tymi, którzy żyją na marginesie wiary - nie w pełni identyfikują się z klasycznym parafialnym duszpasterstwem, nie przyjmują nauczania moralnego Kościoła, mówią, że nie stracili wiary, ale stracili zaufanie do instytucji.

Możliwe, że dziś na Zachodzie jest więcej takich ludzi niż praktykujących katolików. Papież zwraca się do nich - i jest słuchany. Mówi, że nauka moralna Kościoła, choć bardzo ważna, nie jest pierwszym przykazaniem. I że nie tylko aborcja czy antykoncepcja są kryterium pozwalającym rozpoznać dobrego albo złego katolika.

Mnie bardzo ważne wydaje się to, że Franciszek przypomina, abyśmy nie żyli tylko dla siebie. Nie skupiali się na wewnętrznych problemach Kościoła, ale wychodzili do ludzi.

- Papież jest bezpretensjonalny i bezpośredni. To wielka wartość. Heidegger mówił, że technika pokonuje każdą odległość, ale nie wytwarza żadnej bliskości. W dzisiejszej cywilizacji technicznej tracimy właśnie poczucie bliskości. Jej odbudowa to wielkie zadanie dla chrześcijan. Przecież medycyna to nie tylko diagnoza i leczenie, ale też relacja z pacjentem. Albo weźmy ubogich - skupiamy się na skuteczności systemu socjalnego, a zapominamy okazać im szacunek.

Chodzi o to, abyśmy zaświadczyli o tym, o czym mówimy w kazaniach: że Bóg kocha grzeszników.

Jak papież z komunistą: ''Dwór to trąd papiestwa. Czasem bywam antyklerykałem''


Franciszek zwraca na to uwagę, gdy chrzci dzieci ludzi bez ślubu kościelnego, kiedy w Wielki Czwartek umywa nogi kobiecie, a do tego muzułmance, kiedy obejmuje człowieka z ropiejącymi ranami.

Ktoś powie, że to tylko gesty. Ale gesty bywają różne. Ludzie widzą, że te papieża nie są puste ani obliczone na konkretny efekt, ale wychodzą z głębi tego człowieka. Również duchowej - bo czasem umyka nam, że Franciszek jest człowiekiem modlitwy. Wstaje o czwartej i modli się, a kiedy pierwszy raz wyszedł do ludzi na balkon bazyliki św. Piotra, poprosił wiernych, aby - nim udzieli błogosławieństwa - oni się za niego pomodlili.

To, że do pierwszych zdań wypowiedzianych publicznie jako papież włączył tak ważny dla niego akt modlitwy, pokazuje, że w swoich gestach jest wiarygodny.

Franciszek używa pochodzącego z Ameryki Łacińskiej pojęcia ''nawrócenie duszpasterskie''. Tamtejszy Kościół zrozumiał, że najpierw nawrócenie musi dotknąć tych u góry, a potem zejść w dół Kościoła.

- W Ameryce Łacińskiej hierarchowie zobaczyli, że już nie mogą stawiać na ''Kościół ludowy'' - taki, w którym dominuje tradycja i przekonanie, że wciąż mamy władzę, bo wszyscy są katolikami. Okazało się, że w tradycyjnie przecież katolickich krajach latynoamerykańskich następuje wielki odwrót od Kościoła katolickiego. Coraz więcej ludzi szuka życiowej drogi w innych Kościołach, w ruchach charyzmatycznych, w małych wspólnotach protestanckich. Również w sektach.

Reakcją na te procesy nie może być tylko przerażenie. Trzeba uczciwie postawić sobie pytanie: co to znaczy? Co ci ludzie utracili w Kościele? A wydaje się, że Kościół stracił wiarygodność w ich oczach.

I tu pojawia się Franciszek.

- Który wzywa do ponownego nawrócenia ludzi Kościoła. A niektórzy z nich dostrzegają, że tędy droga, i starają się zmienić styl życia.

Skoro jesteśmy przy Ameryce Łacińskiej... To, że wybraliśmy papieża spoza Europy, to logiczny krok. Dziś najwięcej katolików żyje poza naszym kontynentem, a Kościoły pozaeuropejskie są dużo bardziej dynamiczne. Ale myślę, że Franciszek jest papieżem przechodnim. Argentyna, skąd pochodzi i gdzie sprawował posługę, oraz Chile, gdzie odbywał nowicjat, nie są najbardziej typowymi przedstawicielami Ameryki Łacińskiej. To kraje bliskie kulturze europejskiej, nazywane ''Wielką Brytanią Ameryki Łacińskiej''. Rodzina papieża ma włoskie korzenie, a on sam studiował w Europie. A więc nie do końca jest papieżem z drugiego końca świata. Moim zdaniem Franciszek jest mostem między kontynentami i kulturami.

Jeżdżąc z wykładami po świecie, przyglądasz się pozaeuropejskim Kościołom. Czego możemy się od nich nauczyć?

- Dziś Kościół jest globalnym graczem i właśnie dlatego powinien bez uprzedzeń zastanawiać się, czym inne kultury mogą nas zainspirować. Przykład pierwszy z brzegu - japońskie chrześcijaństwo. W Japonii działa wielu niezwykle ciekawych teologów zgłębiających i przekazujących tradycje wiary w stylu koan - japońskiego myślenia. Tamtejsze chrześcijaństwo zrozumiało, że sposobem przekazywania wiary może być paradoks. To właśnie koan pomógł mi głębiej zrozumieć Biblię. Dlatego myślę, że pozaeuropejskie kultury mogą dostarczyć nam inspiracji i teologicznych, i duszpasterskich, których stara Europa i Kościół bardzo potrzebują.

*Tomasz Dostatni jest duszpasterzem inteligencji, publicystą i tłumaczem. W latach 90. był korespondentem Radia Watykańskiego i KAI w Pradze. Ostatnio wydał ''Różnorodność pojednania. Rozmowy z Tomasem Halikiem'' (Znak 2013).

**Tomasz Halik - ur. w 1948 r. wybitny czeski filozof, teolog i eseista. Ksiądz katolicki, święcenia kapłańskie otrzymał potajemnie w 1978 r. Wykładowca Uniwersytetu Karola w Pradze, rektor praskiego kościoła uniwersyteckiego pw. Najświętszego Salwatora w Pradze, przewodniczący praskiej Chrześcijańskiej Akademii w Pradze. Był jednym z doradców czeskiego prezydenta Václava Havla. W Polsce ukazały się m.in. jego książki: ''Wyzwoleni, jeszcze nie wolni. Czeski katolicyzm przed i po 1989 roku'', ''Wzywany czy niewzywany, Bóg się tutaj zjawi. Europejskie wykłady z filozofii i socjologii dziejów chrześcijaństwa'', ''Cierpliwość wobec Boga. Spotkanie wiary z niewiarą'', ''Drzewo ma jeszcze nadzieję. Kryzys jako szansa'', ''Przenikanie światów. Z życia pięciu wielkich religii''. Nakładem Agory ukazała się jego książka ''Hurra, nie jestem Bogiem!''. Można ją kupić w księgarniach, na Publio.pl i Kulturalnysklep.pl.

 

Za Gazetą Wyborczą 15-16 marca 2014

18:08, halina.bortnowska , Kościół jak las
Link Komentarze (1) »
wtorek, 28 stycznia 2014

Mam ponad  80 lat. Moja pamięć sięga lat trzydziestych ubiegłego wieku. Widziałam z balkonu kondukt pogrzebowy Marszałka  Piłsudskiego!

Gdy chodzi o Kościół, o chrześcijaństwo, noszę w sobie znaczną sumę doświadczenia. Wcześnie, jeszcze jako uczennica, przestałam przyglądać się z boku. Wiara jako część ludzkiego dziedzictwa była w moim odczuciu sprawą istotną, w której trzeba dokonać wyboru. Doświadczenie przemian – w tym II Soboru Watykańskiego i zgromadzeń ekumenicznych, a także studia teologiczne dały mi poznać, że chrześcijaństwo i mieszczący się w nim Kościół Rzymsko-katolicki są, jak las, wspólnym bytowaniem różnych istot. Las jest środowiskiem życia, ale i umierania, trwania i zmian. I  tak jest też z Kościołem.

Tak było od początku. Mamy obiecane, że tak będzie do końca tego świata. Przed czasem ostatecznym las nie zginie. Lud Boży będzie w drodze równotrwałej z drogą ludzkości.

Co nieco wiem o drodze za nami, zwłaszcza o niedawno przemierzonej, o tym, w czym zdążyłam uczestniczyć. Bardzo się waham, gdy chodzi o ekstrapolację, o rozciągnięcie wniosków z tego, co było, na to, co będzie. Pewnie wszystko będzie inaczej…

Ufam Obietnicy Przymierza, a więc pomimo wszystko spodziewam się, że Las przetrwa, choć może niemało ucierpieć przez egocentryzm, głupotę i walki swoich mieszkańców. W gruncie rzeczy jestem o nasz święty Las spokojna – w ostatecznym rozrachunku. To jednak nie znaczy, że zapobiegliwość jest zbędna.

Myślę, że na to, by dobrze dbać o Kościół, trzeba go widzieć poniekąd jako całość w czasie i przestrzeni. A teologia katolicka uczy, że Kościół nie utożsamia się z Królestwem Bożym, do którego dążymy. Nasza ostateczna przyszłość jest w tym Królestwie. Tam idziemy jako Lud w drodze. Ale jeszcze wcale nie dochodzimy, jeszcze mamy – jak się wydaje – bardzo daleko.

 

                                                            ***

Od pytań o bieżącą przyszłość Kościoła Rzymsko-katolickiego w Polsce uciekłam do metafizycznego Lasu. Gdy zamęczają nas na przykład debaty o „gender” pełne insynuacji i nieporozumień – doradzam, by schronić się w Lesie. Może to ucieczka, ale nie wyklucza powrotu po zaczerpnięciu oddechu.

Na co mam nadzieję z perspektywy Lasu?

Jeśli kierując się pragnieniem ożywienia ducha wspólnoty (kolegialności) Papież Franciszek zwoła kolejny Sobór Powszechny, albo zacznie go przygotowywać (co zdaje się już czynić), przyszłość chrześcijaństwa odsłoni się nam jako bardziej nieodgadniona niż dotąd. Jednak nadziei, że przyniesie dobro, także będzie więcej niż dziś, gdy tak wielu chrześcijan ulega zniechęceniu, trwa w znużeniu i smutku, albo wykreśla ze swego horyzontu wszystko, co się z Kościołem wiąże. Może  do Lasu nie trafić.

Porozumienie  między Kościołami wydaje się odległe. A przecież to, co dziś nazywa się „ruchem ekumenicznym”, zrodziło się z pragnienia „aby świat mógł uwierzyć”, aby ustało zgorszenie konkurencyjną walką między chrześcijanami. To jest nadal sprawa aktualna.

Ale obecnie świat wciąż nie może wierzyć. Bardziej jeszcze gorszący jest dla świata widok, jak chrześcijanie nie rozpoznają dobra i prawdy, gdy nie ma na niej oczekiwanej wyznaniowej pieczątki. Takim gorszącym zjawiskiem była ostatnio kampania przeciw Orkiestrze Świątecznej Pomocy.

[tekst ukazał się w Gazecie Wyborczej 22 stycznia 2014]

09:45, halina.bortnowska , Kościół jak las
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 grudnia 2013

W ludzkich dłoniach

Jak Calineczka wśród płatków kwiatu

Potem położony na trawie

która stała się siankiem

 by Go otulić.

Nie lalka, nie kukiełka gipsowa…

 

Żywy, choć jeszcze bezsilny robaczek

węzełek człowieczeństwa

większe jeszcze uniżenie znosi

niż my - też rodząc się nadzy

 

Każemy mu lulać

bo pieką nas do żywego

jego łzy takie słone jak nasze

 

Jak to może być                 

że spłakany okryty jest chwałą

I że na króla nad wiekami

czyha już śmierć

a przedtem cierpień niemało – nie mało

Czyżbyśmy sami byli temu winni?

 

 Postawmy znaki pokuty

Przylgnąwszy do nich

Wezwijmy wszystkich

 podobnych nam krzywdzicieli

Od początku świata

Węża biorąc na świadka

I Kaina

I braci Diny, mścicieli

- Oto korowód wyczekujący

aż spłynie do Szeolu

wszechmocna łza już ofiarowana

 

Dopiero później pasterze

I zamieszani wśród nich synowe marnotrawni

Celnik i faryzeusz, nierozłączna para

Zawstydzeni sędziowie kobiety wiarołomnej

kamienie chowając w zanadrzu

I Judasz bez żadnego srebrnika

z naszyjnikiem powroza.

 

Wszyscy podniosą głowy

Wypatrując, kiedy stanie wśród nich

Zmartwychwstały

Już teraz Wszystkim we wszystkich będąc.

 

(Adwent 2013)




16:12, halina.bortnowska , Kościół jak las
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 grudnia 2013

Tygodnik Powszechny  [nr 49] zamieścił mój komentarz do Adhortacji Papieża Franciszka „Evangelii Gaudium”.

Czuję się zaszczycona, że znalazłam się obok takich komentatorów, jak Piotr Sikora, bp Grzegorz Ryś, s. Małgorzata Chmielewska i ks. Andrzej Draguła. Gorąco zachęcam do kontaktów z Adhortacją. Ukazanie się tego dokumentu jest ważnym krokiem w historii katolicyzmu rzymskiego, a może i całego chrześcijaństwa. W moim odczuciu to otwarcie nowego rewiru w Lesie Wiary.

Tu więc zamieszczam mój tekst z TP gorąco zachęcając do przeczytania całego zbioru. Mamy teraz okazję, by wziąć poważnie to, do czego Papież zachęca, nie zadowalając się wyłącznie emocjonalną aprobatą jego stylu i zamierzeń!

 

WIZJA TĘCZY: POKÓJ I SPRAWIEDLIWOŚĆ

Piękna sprawa: list od Papieża Franciszka. Otwieramy i zaczynamy czytać z radością, że się do nas odezwał. Do nas także, do świeckich, również w mało sobie znanej Polsce. 

Czołówka dokumentu jest niestety wzięta z nienajlepszej tradycji. Formalnie list jest skierowany do Hierarchów, do kleru, do „osób konsekrowanych” (czyli zakonników i członków instytutów świeckich) – na samym końcu jednak wymienieni – my, świeccy, czyli podstawa opisanej wyżej piramidy. Ta czołówka jednak niezupełnie pasuje do tekstu. Okazuje się, że myśląc i pisząc po swojemu Papież Franciszek raczej nie dzieli Kościoła na te czy inne stany. Mówi o Ludzie Bożym w drodze, czerpiąc wprost z wizji soborowej (tak jest w Konstytucji Dogmatycznej o Kościele). Bezpośrednio po Soborze zaczynaliśmy i w Polsce czuć się „Ludem w drodze” – zdaniem Franciszka trzeba to sobie teraz przypomnieć. „Adhortacja” to zachęta, przypomnienie i upomnienie, by pamiętać. To hasło  dla wszystkich w wielkim pochodzie, o którym śpiewali prorocy: zwłaszcza Izajasz i Sofoniasz. Pochód ma być radosny. Franciszkowi nigdy o tym dosyć. Mamy troski, rozliczne i gorzkie. On o tym nie zapomina, ale radość z dobrej nowiny o takim Bogu, jakiego Jezus głosi i obrazuje może nam rozjaśniać życie.

Tak to widziałam przed wielu laty, w czasie, gdy Polska miała znaleźć się i pozostać w radzieckiej strefie wpływów. Uważałam, że z powodu nowoodkrytej wiary powinnam przeżywać czas radości chociaż prawie cała rodzina znalazła się wśród skazanych na więzienie. „Nie musisz wymagać od siebie beztroskiej pogody” – powiedział spowiednik, czcigodny Jezuita. Ale w powołanie do radości jednak nie przestałam wierzyć.

W wierze zawarta była świadomość tego, co dziś kojarzę z wizją tęczy: Pokój, Sprawiedliwość i Czuwanie nad Stworzeniem. To właśnie zaleca Papież w Adhortacji.

Gdybym mogła, posłałabym Papieżowi mój stary, tęczowy szalik z tym ekumenicznym hasłem.

W Adhortacji Lud Boży jest cały wspólnie „konsekrowany” przez chrzest i tak silnie zintegrowany, że jakby szkoda czasu na wyodrębnianie tego, co przynależy świeckim. Może jednak to my powinniśmy szczególnie troszczyć się o świat stworzony, także pozaludzki. W tym wyraża się nasze powszechne kapłaństwo.

A uczestnicy pochodu w ramach przyjętego przez kler służebnego kapłaństwa powinni nas wspierać, słuchając, jak oddychamy (Newman). Przestrzegać przed kultem pieniądza, przed zaniedbywaniem troski o ubogich i wykluczonych.

                                                                        ***

Cały tekst „Adhortacji” chcę dokładnie przeczesać – gdy czas pozwoli – w poszukiwaniu tego, co mogę przyjąć jako odnoszące się do mnie, osoby świeckiej. Po pierwszej lekturze czuję, że jest wiele takich wątków, choć raczej brak wyraźniejszych odniesień do tego, co dotyczy świeckich jako takich. Nie jest to dziwne, bo Papież Franciszek stara się oglądać  Kościół–Lud Boży jako całość, problemy, o których pisze są wspólne.

Na przykład rzecz chyba najważniejsza: idąc razem, wierzący powinni wzajemnie sobie towarzyszyć, nie tylko być obok siebie. Chodzi o wzajemne wspieranie rozwoju, a szczególnie o przezwyciężanie acedii – pogrążania się w smutku prowadzącym do bierności, obojętnej rezygnacji ze starań o dobro. Acedia niszczy duszpasterzy, ale także świeckich (którym na pewno też się udziela). Bywa trudno o wolontariuszy, czy kandydatów na katechetów. A Papież pisze swoją Adhortację z myślą o pobudzeniu aktywności ewangelizacyjnej.

To jasne, że jej podstawą musi być hojne, osobiste zaangażowanie również świeckich. Jest go wciąż mało. Wszyscy – tak duchowni, z biskupami  włącznie, jak i świeccy, zdaniem Papieża coraz usilniej bronią swego prywatnego wolnego czasu, chcą ten czas zatrzymać dla siebie. A przecież udział w ewangelizacji dla wierzących powinien oznaczać szczęście i spełnienie we wspólnocie.

Myślę, że Papież Franciszek wyraźnie stara się nam towarzyszyć. Adhortacje to próba zbliżenia. „Adhortacja” to kolejny gest. Będzie on miał sens tym większy im żywszy będzie nasz wysiłek, by odpowiedzieć.

 

Halina Bortnowska

-------------------------

Nota bene: w notce redakcyjnej towarzyszącej tekstowi Tygodnik przypisuje mi „postulat powołania nowego Soboru”. Śpieszę sprostować: Sobór nie jest „eventem” w Kościele, który mógłby ktoś od siebie postulować. Sobór należy do struktur Kościoła – tak jest od czasów apostolskich. Ta struktura aktualizuje się i działa, udzielając odpowiedzi na znaki czasu. Recepcja – przyjmowanie i wdrażanie wskazań soborowych – to proces ciągły. Minęło sporo lat i wydaje się, że katolicy uważają tę recepcję za dokonaną. Inicjatywa Papieża Franciszka zawarta w Adhortacji Evangelii Gaudium może pobudzić rachunek sumienia. Podobne oddziaływanie mogłaby mieć zapowiedź zwołania Soboru. Myślę, że Papież Franciszek w swojej trosce o Kościół Żywy i Radosny, w swoim czasie podzieli się z Ludem Bożym myślą  Soborze i o niezbędnych przygotowaniach. Wśród tych przygotowań znajdą właściwe miejsce także Synody Duszpasterskie, może podobne do Synodu Krakowskiego, z którego sprawozdanie składaliśmy Janowi Pawłowi II jako inicjatorowi.



19:21, halina.bortnowska , Kościół jak las
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 lipca 2013
(Ks. Wojciechowi Lemańskiemu poświęcam)
Upodobałam sobie to porównanie, które dobrze mi służy, gdy z Kościołem w Polsce źle się dzieje. Tym skuteczniej działa przyrównanie do lasu, im bliżej realnego, zwykłego lasu się znajduję.
Las ma to zresztą do siebie, że sam przez się nigdy nie jest taki zwyczajny. Nawet w najskromniejszym zagajniku żyje tyle istot, tyle trwa związków pomiędzy nimi.
Tęsknię za życiem w Kościele jak w lesie. Za kontaktem z jego wiekowym trwaniem, przemianami i tożsamością. Za powtarzaniem wspólnym i z ufnością, że przyszłość jest pewna, bo obiecana.
Obietnica krąży jak soki w korzeniach, jak soki w szeroko rozpostartych gałęziach i tych, wspinających się ku obłokom. Mogę się w tym lesie poruszać, wybierać ścieżki i polany. Las nie więzi, nie zamyka horyzontów. Jest ten sam i ciągle się odnawia. Las tu i ówdzie wymaga stroicieli, aby jego muzyka brzmiała pełnią i przywoływała zmartwychwstanie. Trzeba bronić lasu przed drwalami, którzy mieliby go na własność. Trzeba się skarżyć i płakać z powodu krzywdy lasu, ale wierząc, że jest nad nas mocniejszy.
Prośmy o miejsce, o miejsca spokojne dla wszystkich stworzeń leśnych. Niech nikt nie cierpi wygnania z lasu, niech otrzyma łaskę odnalezienia tej polany, która go potrzebuje.
Kościół jak las. A my - ludzie kościelni - jak ludzie leśni. Oni są cząstką lasu, a zarazem są w lesie mieszkańcami albo bywają w nim. My też wierzymy, że jesteśmy Kościołem, że tworzymy go sobą, a zarazem Kościół jest nam też domem.
Niekiedy Kościół nas ogranicza, zamyka horyzont. Mamy schronienie za jego ścianami, choć pragniemy, by się przed nami rozstępowały, jak to czynią drzewa w starym wysokopiennym borze.
Oby Kościół był jak las, byśmy mogli w nim wędrować i nieustannie odkrywać na nowo, czym jest i cieszyć się obecnością, która go zamieszkuje.
Nieprzemierzony las wsparty na plątawidle korzeni, pełen świateł i mroku, tam omszały, tu młody, kiełkujący i śmigający w górę aż utworzy sklepienie. Las pełen spokoju, od dawna podtrzymuje ten sam Szum, odbija echem nawoływania i trzask pośpiesznych kroków. Cicho skradają się poszukiwacze skarbów, co zadomowieni odzywają się półgłosem i starają się nie zostawiać śladów. Inni natomiast wydeptują ścieżki omijające niewidoczne młaki i pułapki pod mchem.
Kościół jak las. Ma czym karmić, ma czym osłonić i pocieszyć. Bywa jednak i tak - bywa w Kościele i w lesie - że czujemy się zagubieni, niepotrzebni. Może daremnie pragniemy spotkać wśród drzew ich Stroiciela. To może nastąpić.
Szukaj schronienia, by przeczekać nagłą ulewę i nie wejść w drogę rozzłoszczonym drwalom. Zbyt wiele mogą w lesie. Ale na pewno w Kościele ostatecznie to nie oni rządzą. Jeśli wierzymy, przyjacielu, to wierzmy w to właśnie. To my jesteśmy lasem od korzeni po rozchwiane wierzchołki. I my przetrwamy.
12:14, halina.bortnowska , Kościół jak las
Link Komentarze (2) »
środa, 03 kwietnia 2013

***

Od chwili powiadomienia o wyborze papieża staram się obserwować rozpoczynający się „pontyfikat” – czyli, jak chcę to rozumieć – czas budowania mostu przez człowieka na tym urzędzie. Ta jego praca trwa jeszcze krótko. Zaledwie się rozpoczyna. Papież Franciszek próbuje porozumieć się z Miastem i Światem, uczynić to po swojemu, dochowując wierności swoim obyczajom biskupim – tej ich idei, którą sobie ukształtował. Najpierw to, co poniekąd najłatwiejsze, bo dotyczy jego samego. Dotyczy „jego samego”: „jego” piszę z małej litery. To moja odpowiedź na sygnały, jakie wysyła: żelazny krzyż na szyi, zwykłe czarne buty na nogach, wspólny przejazd autobusem do hotelu goszczącego uczestników Conclave. To zupełne drobiazgi, ale wydają się znaczące.

 

            Symbol dla mnie szczególnie wymowny: umywanie nóg, wybór do tej ceremonii zbratania właśnie młodych więźniów.

            Usługiwać! … Czynić to na pamiątkę Jezusa z Nazaretu, który w swej Ostatniej Wieczerzy przed skazaniem i egzekucją taki testament dał swoim. Taki wzór, nakaz: usługujcie jedni drugim. Czyńcie to pamiętając i dając się poruszyć wspomnieniu o tym, co On uczynił.

Zwracam uwagę na to, jak często i usilnie Jezus uczył przez przypowieści i właśnie przez symboliczne działania.

            Papież Franciszek zdaje się też próbować tej metody porozumienia, dotarcia do świadomości i do głębokich przeżyć. Tak było w Wielki Czwartek. Wymarzyłam sobie kerygmę wielkoczwartkową, uroczyste ogłoszenie Dobrej Nowiny właśnie tak, właśnie w miejscu ograniczenia wolności. I tak się stało. Stało się tam jakby mimochodem jeszcze coś więcej, coś, czego nie śmiałam się spodziewać. Papież Franciszek pochylił się do stóp kobiety, muzułmanki. I podniósłszy głowę spojrzał jej w twarz. Może dobrze, że ta scena nie była mocniej komentowana; jakby uszanowano jej wyjątkowy charakter. Usługiwanie jest czynnością tak świętą, ze po obu stronach odsuwa wszelkie ludzkie względy.

Bogu niech będą dzięki!

Wystarczy dopisać swoje, dalsze marzenia.

Czas wielkanocny prowadzi nieuchronnie ku Pięćdziesiątnicy, ku świętowaniu Zesłania Ducha Świętego – „zsyłaniu”, jak to wolę określić, bo Paraklet-Wspomożyciel, Pan jako Ten, który uświęca, pozostaje w Kościele, w Ludzie Bożym, w pielgrzymim zgromadzeniu. Jest dla nas Duchem Rady, Mądrości i Męstwa. Wszystko to potrzebne, niezbędne dla Kościoła nie pokonanego przez Grzech, przez rezygnację i rozpacz.

            Kościół zagrożony, słabnący od wewnątrz, musi się skupić wokół Pocieszyciela. Kiedy Biskup Rzymu ma to powiedzieć? Kiedy wypada dokończyć Znak Krzyża? Kiedy zaprosić nas i wezwać do wspólnego dzieła odnowy? Może właśnie Pięćdziesiątnica okaże się wybranym, szczęśliwym dniem, kiedy Papież Franciszek zechce rozpocząć kampanię soborową? Już rozpocząć, czy jeszcze nie… Ale może. Może teraz uczyni coś, co stanie się znakiem? Coś, co skieruje modlitwę i nadzieję na źródło odrodzenia, ku nowym wielkim rekolekcjom Kościoła Powszechnego, w pewnym sensie angażującym całe chrześcijaństwo...

            Jeśli teraz jeszcze na to za wcześnie, to może jednak niedługo, u progu Adwentu? Albo może za rok?

            Może pierwszy znak będzie tak cichy i dyskretny, że mało kto go zrazu odczyta? Wzywam do wspólnego czekania, wyglądania sygnału w duchu Gaudium et Spes. Teraz, myślę, że w samą porę ukazał się kolejny numer             ETHOS [Rok 25, 2012 nr 4(100) -  FILOZOFIA VATICANUM SECUNDUM ], przypominający początki i rozwój II Soboru Watykańskiego. Śladem tego numeru warto też przypomnieć sobie dostępny w internecie 96 numer Znaku z czerwca 1962. [ http://www.miesiecznik.znak.com.pl/archiwumcyfrowe.html ]. Teksty tam zamieszczone pomogą dziś rozbudzić w sobie oczekiwanie wiosny Kościoła.



11:24, halina.bortnowska , Kościół jak las
Link Komentarze (2) »
piątek, 22 marca 2013


Wejść w cudze buty. Symboliczne określenie prostego zjawiska. W cudze buty wchodzi ktoś, kto biernie akceptuje zastany układ, ukształtowany przez poprzednika, względnie poprzedników. Dobrze wiem z doświadczenia, jak chodzi się w cudzych butach. W czasie wojny regularnie donaszałam buty po mojej nieco starszej kuzynce, która z nich wyrosła. Były w dobrym stanie, porządne, ale przystosowały się do całkiem innej stopy. Stąpałam inaczej niż tamta Hania i było mi niewygodnie.
 Rozumiem więc papieża Franciszka: dobrze, że nie porzucił czarnych butów, które mu dobrze służyły w Buenos Aires. Jako Biskup Rzymu może wkrótce sprawi sobie tanie przecież, a wygodne sandały.
 Życzę mu serdecznie - niech będzie sobą, niech w tym wytrwa. Niech idzie własnym krokiem, takim, by wielu mogło nadążyć, a reszta nie została zbyt daleko w tyle. Teraz się musi troszczyć o całość bardzo licznej wycieczki czy raczej pielgrzymki.
 Mam nadzieję, że mimo swego wieku da radę wspierać współwędrowników - i przyjmować ich wsparcie.

11:28, halina.bortnowska , Kościół jak las
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 lutego 2013

 W czasach, które ktoś jeszcze może pamiętać, żaden Papież nie złożył urzędu. Urząd papieski to ciężar dźwigany dożywotnio. To podkreśla jego sakralny charakter. Niemal wszystkie czynności mogą być delegowane i najczęściej są w rękach współpracowników, gdy wiek i choroby przeszkadzają w osobistym zarządzaniu.
Taką drogę wybrał Jan Paweł II. Miał swoje racje. Nie mógł  zarządzać, ale mógł błogosławić i uczyć przykładem.

Decyzja Benedykta XVI bardziej harmonizuje z wymogami dzisiejszego świata, w którym tylko na więzienie skazuje się w wymiarze dożywotnim. A i tu możliwe jest przedterminowe zwolnienie. Z takiego zwolnienia postanowił skorzystać Benedykt XVI.  Myślę, że dobrze, iż mógł tak uczynić; dobrze, że potrafił. Złożenie urzędu na rzecz następcy, który zostanie wybrany, wydaje się gestem pokory i zaufania. Mam nadzieję, że nim jest. Rezygnacja w duchu "po mnie choćby potop" byłaby niegodna osoby powołanej na taki urząd. Złożenie urzędu to nie śmierć, ale jednak sprawa historyczna i poważna jak ów urząd.
Za Kardynała Ratzingera-Benedykta XVI powinien się teraz modlić każdy, kto może. Mam wrażenie, że przez ten gest zyska on sobie sympatię także wielu niewierzących. Nie zabraknie okazji, by tę sympatię wyrazić. Jeszcze więcej wstawiennictwa wymaga przyszłość Kościoła. Sadzę, że Papież złoży urząd - na wzór biskupów seniorów, przekazujących obowiązki następcom - właśnie w trosce o przyszłość.
Właściwym szczególnym stróżem przyszłości jest w Kościele Rzymsko-katolickim Sobór. Ważność Soboru wymaga udziału Papieża. Bardzo pragnę, by następcą Benedykta XVI został człowiek, który zechce i potrafi zwołać Sobór - jak Jan XXIII. Można świadomie szukać takiej osoby, ale można też trafić na nią zrządzeniem Opatrzności. Po Janie XXIII nikt nie mógł się spodziewać takiej inicjatywy! Gdyby tak się stało - ustępujący Benedykt XVI obdarzył by Kościół otwarciem drogi ku wznowieniu i pogłębieniu reform. Potrzebuje ich Ciało, Członki i Głowa Kościoła Rzymskiego na wiek XXI.



UWAGA:Z powodu dłuższego wyjazdu z Warszawy proszę o korzystanie z tego komentarza. W kontakcie ze mną może pośredniczyć Maciej Sopyło z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. 

18:11, halina.bortnowska , Kościół jak las
Link Komentarze (2) »
sobota, 17 listopada 2012

Tytuł ten obejmuje obie ważne relacje: wolność dla religijnego zaangażowania i wolność od brania go na siebie. Być może jest to także wolność trzymania rozejmu, prawa, by nie być atakowanym z racji swego wyboru.

Trzeba będzie sprecyzować, co uważam za “atakowanie”. Przede wszystkim myślę, że utrzymywanie rozejmu jest postulatem moralnym. To pierwszy, moim zdaniem podstawowy stopień dialogu. Nie łamiemy dystansu. Nikt nikogo nie przekonuje do zmiany stanowiska. Ale jakoś, w miarę subtelnie, dajemy się poznać. Słuchamy, gdy ktoś zabiera głos. Nie cedzimy wypowiedzi przez sita stereotypów. Nie zakładamy, że tamci zawsze mówią to samo. Rozejm można wykorzystać na próby odkrywania. Czas rozejmu można wykorzystać ciekawie i twórczo.

Jest takie zjawisko, że wśród swoich człowiek staje się czasem “nie swój”. Kontrasty tożsamości stają się uderzające, nawet rażące.
Bywa, że tak właśnie dzieje się w “obozie” czy raczej w zgromadzeniu (Kościele) wierzących. Pilna sprawa: dialog w środowisku religijnym i ekumeniczny (międzywyznaniowy), np. “katolicy” i “prawosławni”. Cudzysłowy wprowadzam dlatego, że jedni i drudzy w niby własnym gronie są jednak głęboko i trwale różni. Z tą swoją różnością i różnorodnością stają naprzeciw niewierzących, oczywiście także nie wszystkich jednakowych. 

Czas rozejmu można wykorzystać na badanie różnic i podobieństw. Odkrywanie ich i ujawnianie sobie nawzajem nie narusza “wolności od religii”, jeśli proces jest dobrowolny, sterowany zainteresowaniem, a nie poczuciem, że musimy ich ratować od zguby, wyzwolić, naprowadzić na właściwy tor.

***

Dość często spotykam się z przekonaniem, że religia jako taka jest przeciw wolności, a więc prześladowania wierzących wynikają z troski o wolność. Ktoś niedawno powiedział w radiu, że prześladowanie chrześcijan w pierwszych wiekach było motywowane zagrożeniem rzymskiej wolności przez absolutyzm roszczeń wiary. Ci, co odmówili palenia kadzidła przed figurą aktualnego cesarza – mieli być osadzeni w więzieniu, aby przestali zagrażać wolności... Gdzie było więcej wolności? W religii państwowej, w niezbyt wymagającym kulcie cesarza, czy w osobiście wybranej przynależności do zagrożonej prześladowaniem “sekty”? Wolność od jednej religii (większościowej, państwowej) może mieć za konsekwencję wolność do innej. Twierdzę jednak, więcej – upieram się, że chrześcijaństwo zaczęło masowo zagrażać wolności religijnej dopiero wtedy, gdy stało się religią państwową – doszło do tego stopniowo, w miarę umacniania się skądinąd czasem pożytecznego sojuszu między “tronem” a “ołtarzem” zapatrzonym w krzyż. 
Jak to wyglądało w różnych czasach, nie w teorii, lecz w praktyce – to muszą opisywać historycy, uczeni, którym sprzyja rozejm.

***

Natomiast Polacy - jak zauważają komentatorzy – obecnie coraz wyraźniej dzielą się na kilka orientacji plemiennych. I zdają się zastygać w tych podziałach. 

Sama użyłam gdzieś określenia “plemię katolików”. Zastanowiwszy się nad tym ponownie, wycofuję się z tego określenia – chyba żeby zastosować cudzysłów. Plemieniem “katolików” byliby ci spośród nich, którzy swoją religię i wyznanie traktują na sposób plemienny, jako coś, co ich wyróżnia i oddziela od tych, kogo oni jako “katolicy” uznają za katolików nieprawdziwych. Ja osobiście uważam, że należę do Kościoła (ecclesia, zbór), a nie do osobnego rodzaju ludzi. Kościół ten jest w swej istocie otwarty, skoro nie zerwana jest jego więź z Chrystusem – Bramą Owiec. Sobór o tym fakcie przypomniał. W pewnym sensie “raz na zawsze”, ale znów przypominanie przeżywania tego faktu wydaje się potrzebne. Mój obraz Kościoła to nie jakaś horda o zwartych szeregach ani twierdza.Mój pomysł własny: Kościół jak las. Bogaty w różne zakątki, żyjący i rosnący tak czy inaczej dom dla stworzeń.

Ale ważniejszy obraz Soborowy: Lud Boży w Drodze. Kto idzie w tym pochodzie – powinien przede wszystkim stawiać kroki w kierunku, jaki odczytuje jako nadawany przez Pasterza, przez Jego Ducha.
Nie jest to pochód katorżniczy. Mogę się wycofać, odsunąć na pobocze, wyprzedzać współwędrowców. Wybrać sobie, na kim mogę się oprzeć albo kogo pociągnąć za sobą, jeśli tego chce. Wraz z postacią świata – która przemija! – zmienia się i nasz pochód, ale w tej swojej zmienności wciąż jest tym samym pochodem. Nie widzę go jako pochodu zwycięzców. Raczej jest powolną pielgrzymką. Raz czuję silniej, dokąd zmierzamy, a kiedy indziej bliższe mi odczucie, że wracamy. Jak ci, niosący plony z kraju swego wygnania [Jr 31, 7-9].

***

Czy uczestnictwo w pochodzie dzieli, czy jesteśmy obcy reszcie ludzkości, albo raczej czy ta wielka całość to rodzina ludzka, to już nie „my”?
Rzecz do zastanowienia. I tak wracamy do początkowego obrazu: Ziarna Boże, posiew wiary jest rozsiany tajemniczo. Czy wiemy, w kim wschodzi lub wzejdzie? Kiedy? Z czułością myślę o tych nieznanych ziarnach, nie próbuję ich rozpoznawać  i nazywać. Są godne najwyższej dyskrecji. Chyba tylko milczenie jest dla nich bezpieczne. To znaczy, że mam je umacniać, ale tylko wiernością tym ziarnom, co rosną we mnie.Nie wyznaczać granic pochodu.

/ Koniec części pierwszej

16:06, halina.bortnowska , Kościół jak las
Link Komentarze (2) »
piątek, 19 października 2012


Stary ksiądz, tęgi, brzuchaty, pochylony, ciasno opięty liturgiczną szatą. Na karku gruby węzeł siewnej chusty. Ciężko ją niesie, tak pełną ziarna.
Jan XXIII idzie siać. Nie przejmuje się podejrzeniem, że ktoś mógł mu do tej chusty dosypać kąkolu.
Wyciąga rękę, w cztery strony świata rzuca ziarno. Ku jego ręce zbiegają się bruzdy, pełne popiołu. Jeszcze pełgają w nich iskry.
Wśród bruzd wąskie ścieżki udeptane na klepisko.
Z hurgotem suną z gór lawiny kamieni. A kępy cierni już gotowią się zadusić cokolwiek wśród nich wzejdzie. Zza horyzontu nadlatują stada głodnych ptaków.
Jan XXIII z ufnością rzuca ziarno w taki świat. Z radością i nadzieją, choć przecież musi słyszeć rytmiczny odgłos marszu w podkutych butach. To zbliżają się ci, co potrafią zdeptać źdźbła pszenicy.
Ale Jan XXIII wie, że w jego sakwie na pewno są ziarna przeznaczone, by wydać plon stokrotny.


13:17, halina.bortnowska , Kościół jak las
Link Komentarze (3) »
czwartek, 18 października 2012

    Osoby poczytujące się za ekspertów od chrześcijaństwa i katolicyzmu powinny mieć odpowiedź na inne pytanie, niebezpiecznie szerokie: co nam zostało z tych wszystkich „soborów” zaczynając od narady Apostołów i uczniów zwanej „Soborem Jerozolimskim”. Co w ogóle powinno być tym, co ma zostać? Tyle potrafię powiedzieć w oparciu o szkicową, a zakorzenioną wiedzę: uczestnicy soborów wybierali drogę Kościoła wśród rysujących się możliwości i dylematów. Jako katolicy idziemy dalej drogą wiary wybraną przez Ojców Chalcedonu [451], ale także Trydentu [1545-1563]. Również - Soboru Watykańskiego I [1869-1870]. Po Soborze, a raczej już w czasie jego trwania, odbywa się jego „recepcja” czyli przyjmowanie, interpretowanie i wcielanie jego decyzji, idei, wskazań. Powstają i rozprzestrzeniają się praktyki i procedury teologiczne i duszpasterskie, które Sobór nakazał, zasugerował, natchnął. Oczywiście Sobór musi być i teologiczny, i duszpasterski zarazem. Między duszpasterstwem i teologią nie ma granicy typu Schengen. Obie dziedziny aktywności przenikają się. Nie ma stałej kontroli tego przenikania.
    Twórczość – a więc i działanie Boskiego Natchnienia – ma miejsce w jednej i drugiej dziedzinie. Ta refleksja dotyczy sprawy poruszanej już w czasie II Soboru. Dyskutowano wtedy i polemizowano na temat zadań Zgromadzenia – czy jego poszczególne dokumenty mają charakter dogmatyczny, czy może tylko duszpasterski. Dziś usiłuje się to rozróżnienie reanimować (vide: publicystyka Terlikowskiego). Myślę, że duszpasterstwo, zwłaszcza opisane w dokumentach, które coś zalecają czy usiłują kształtować – duszpasterstwo opiera się na ideach teologicznych i niesie je jako natchnienie do życia. Teraz, w 50 lat po Soborze, bardzo trzeba dokonać krytycznej skrutacji życia duszpasterskiego, badać, co Sobór zmienił, jakie inspiracje Soboru można uchwycić, a czego brak.
    Prawdziwa, rzetelna skrutacja musi być pracą wykonywaną zespołowo, trzeba jej wynikom dać czas, by odegrały swoją rolę. 50 lat w życiu Kościoła Rzymsko-katolickiego to nie tak znów wiele. Obecny stan recepcji Soboru nie jest ostateczny. Istotne jest zachowanie kontaktu ze źródłami inspiracji. Wyniki będą zróżnicowane. Ze Skrzyni Tradycji wyjmowane są nowe i dawne skarby. Kolejny Sobór kształtuje dalszą recepcję wcześniejszych, zwłaszcza poprzedniego, czy tego, który najwyraźniej ukształtował epokę: tak więc Sobór Watykański II – czy chcemy, czy nie – ma za tło Watykański I i, jak uważam, wciąż także Trydent.

                            ***
    Duszpasterstwo w Polsce krótko i niezbyt gruntownie wykorzystywało inspiracje soborowe. Warunki funkcjonowania były z początku trudne. Hasło Jana XXIII „przystosowanej odnowy”, odnowy dopasowania do rzeczywistości, było u nas trudne do zrozumienia; można było podejrzewać, że nasza własna lokalna rzeczywistość wymaga sprzeciwu, a nie przystosowania. Sprzeciw jako postać dostosowania? Tak, sprzeciw precyzyjnie na temat.  To było mało realne, niebezpieczne.
    Recepcja Soboru była paraliżowana przez trudną rzeczywistość, przez pewną unikalność, wyjątkowość naszej polskiej sytuacji. Później Pontyfikat Jana Pawła II przyćmił Sobór jako bezpośrednie źródło inspiracji. Sobór był w tym Pontyfikacie obecny i aktualny, głównie w osobistej recepcji samego Papieża, aktywnego uczestnika Sobru.
    Mało jednak czerpaliśmy z Jego myśli. Książka Wojtyły „U podstaw odnowy soborowej” [1972] nie była eksploatowana duszpastersko, także dlatego, że ogólnie była zbyt „traktatowa”, subtelna, trudna.
    Sobór jest oczywiście obecny w Encyklikach Jana Pawła II, ale treść Encyklik nie pasowała do poziomu i zainteresowań duszpasterskich. Mam pokusę, by stwierdzić, że Papież przyćmił samego siebie swoim blaskiem. Tak było z początku w Polsce. Nie staliśmy się matecznikiem myśli papieskiej, tym mniej – myśli soborowej.
                    ***
    Z tych wszystkich względów trudno uporać się z pytaniem – co z Soboru zostało w nas i przy nas. Nie wiem. Nic nie jest oczywiste. Jeśli coś jednak widać dość wyraźnie, to tendencję do spłaszczania i uśredniania, banalizowania faktu i dorobku Soboru XX wieku.
                    ***
    Wobec tej niemocy, wobec braku szans uczestniczenia w krytycznej skrutacji recepcji Soboru w Polsce – zwrócę się ku własnej osobistej recepcji.

W moim  życiu wewnętrznym, w kontakcie z moim Kościołem Rzymsko -katolickim i z chrześcijaństwem, Sobór jest nieustannie obecny, dlatego, że  jak tylu innych – wyzwolił mnie i moją wiarę ze skorupy tego, co zastane. Zobaczyłam Tradycję w akcji i jak się ona uaktywnia, uwalnia z narośli i przerostów, zbliża do świata moich wartości i tego, co przeżywają wierzący, gdy jest to ukazywane z całą szczerością. Wspominam, co usłyszałam przed laty w Nowej Hucie od przyjaciółki, uczestniczki pracy parafialnego Zespołu Synodalnego: „Dobrze, że był Sobór. Bo teraz ksiądz pozwala mi kochać moją córkę, matkę nieślubnego dziecka i tego mojego wnuczka. Dawniej księża uczyli gardzić takim macierzyństwem. A teraz wolno mi ich kochać, jak pragnę”.
    Z jakiego to pancerza wyzwolenie? Z dulszczyzny, z hipokryzji? Z etyki zalecającej dyskryminację osób poczytywanych za grzeszników?
    Wyzwolenie – ciepła fala Kościoła „radości i nadziei”? Gdyby nie Sobór i jego liczne wyzwalające inspiracje, moja wiara pewnie by żyła, ale jak zagłodzona mysz w moim wnętrzu (jak porównuje jeden z komentatorów mojego tekstu WIARA na blogu).

    Sądzę, że dorobek Soboru, jego fakt, deklaracje, dokumenty uzdalniają – czy też raczej ostrożnie - mogą, mogłyby uzdalniać katolików do dialogów: ze światem świeckim, z nauką, z ludźmi innych wyznań i innych religii, z wyznaniami odmiennych orientacji myślowych. Z kategorycznym NIE spotyka się tylko materializm praktyczny, działający przeciw człowiekowi. Ile razy nie rozumiem albo i czuję oburzenie w związku z decyzjami duszpasterskimi Kościoła Polskiego (np. w kwestii in vitro) staram się kontynuować dialog, na własną rękę (co ryzykowne, ale niezbędne) szukać accomodata renovatio. I próbuję prosić, by Duch Święty, jeśli chce – natchnął zwołanie następnego Soboru. To byłaby odpowiedź na próby zawrócenia gdzieś w okolice Trydentu. Wiek XXI ma też prawo do swojego Soboru.


DO KOMENTATORA "WLEKAWA":

Drogi Korespondencie, popełniasz błąd. To, co reprezentuje lider Rodziny Radia Maryja, jest znacznie od Soboru starsze. Zostało pomimo tej próby odnowy, jaką miał być Sobór według nadziei Jana XXIII i jednak był, choć zabrakło dalszego ciągu. Teologia Radia Maryja i jego styl są oferowane zamiast refleksji posoborowej, zamiast śmiałej naprawy.

Nb. Myślę, że warto tęsknić za soborową radością i nadzieją. Ci, których była udziałem, niech jej nie skreślają.

11:36, halina.bortnowska , Kościół jak las
Link Komentarze (1) »
piątek, 04 listopada 2011
***
Wieczorem dociera do mnie, że R. , a pewnie i inni, niepokoją się, że nie odpowiadam na telefony. Ogłaszam więc, że to dlatego, że jestem tutaj: znów w Milenkowcach, pod lasem i w lesie.
Modrzewie wyrudziały w różnych odcieniach. Z brzóz sypią się liście prosto w oczy, gdy wiatr westchnie mocniej. Więcej jeszcze mogłoby być o tym.
***
Najbliższa jest mi taka wizja, że zgromadzenie zakonne jest dla swoich członków czymś w rodzaju rodziny; zasadniczo rodziny z wyboru, nie tak, jak rodzina biologiczna, w którą wpada się z tajemniczego zrządzenia. To zrządzenie nie zawsze uszczęśliwia. Jest jednak jakaś szansa: można wzajemne stosunki ułożyć znośnie, dobrze, nawet bardzo dobrze. Albo je rozluźnić, nawet zerwać całkowicie.
Podobnie z wybranym kiedyś zgromadzeniem. Przynależność jest pewnym faktem dokonanym. Ma konsekwencje. Wspólnota ma prawo oczekiwać czy wymagać.
Już czuję, jakie to moje stwierdzenie jest trudne do przyjęcia, jakie wzbudza oburzenie.
A jednak tak myślę. Ciężko powiedzieć „NIE” osobom, z którymi ma się głęboki związek. Ale nieraz trzeba. Dotyczy to obu stron: trzeba powiedzieć „takiej deklaracji nie możesz składać w naszym również imieniu!”. Albo „Dłużej nie mogę poddawać się waszemu zdaniu. Nie będę milczeć”. Dzieci mogą przeciwstawić się rodzicom czy rodzeństwu. Członkowie wspólnoty mogą przeciwstawić się większości czy też przełożonym i ponieść konsekwencje. Albo postanowić zaczekać, rozwinąć dialog, popracować nad porozumieniem, może w trybie mediacji.
***
Tak, jak go znam, ksiądz Adam może taką możliwość rozważać i cenię go za to również. Ostre upomnienie, którego bliższych okoliczności nie znam, budzi jednak zdziwienie. Od bardzo wielu lat ksiądz Adam widziany jest jako osoba działająca na swoje własne osobiste konto. Jego zgromadzenie nie ponosi odpowiedzialności za redagowanie Tygodnika Powszechnego. Dzieje się to osobno, na dobre i złe. Inne świadectwa etyczne księdza Adama – przeważnie dotyczące mediów – są także spodziewane po nim. Po nim osobiście, nie po zgromadzeniu, którego jest członkiem. Prawdą też jest, że w tej wspólnocie nie jest na prawach dziecka czy wychowanka, lecz jednego z jej współtwórców. Czy naprawdę trzeba to przypominać przełożonym tej wspólnoty? Spróbuję podsumować te myśli. Może jest tak, że im więcej „osobności” – autonomii przeciwstawiającej się subordynacji – przyznanej, uznanej w jednostkach, tym więcej wolności będzie do pogodzenia ze wspólnotą. Niestety postulat autonomii jest źle widziany, więc po prostu nie przywykła żyć z autonomią, nie widząc jak z nią godzić lojalność, przyjaźń, oddanie.
Egzekwowanie autonomii jest podejrzane, drażni. Z tego trzeba się wydobyć.
16:06, halina.bortnowska , Kościół jak las
Link Komentarze (2) »
sobota, 08 stycznia 2011
Obawiam się, że moje szczere, poniekąd entuzjastyczne, poparcie dla treści Listu O. Wiśniewskiego OP może wręcz zaszkodzić realizacji zawartych w nim idei. Od siebie dodałam propozycję, by podjąć dyskusję nad potrzebą odnowy życia w Kościele w ramach synodu duszpasterskiego. Inspiracją była tu dla mnie działalność synodalna Kardynała Wojtyły.
Zapewne lepiej by było, gdyby w tę sprawę włączyły się inne osoby i media. Ale trwam w przekonaniu o wartości głosu Ojca Wiśniewskiego, o tym, że jego list mógłby stać się odskocznią dla dalszej pracy.
Dlaczego pomyślałam o Synodzie? Bo pragnęłabym, aby te refleksje dokonywały się wewnątrz struktur Kościoła, by ich przebieg był przejawem kolegialności podniesionej na II Soborze Watykańskim.
Marzenie o Synodzie jest dla mnie konsekwencją wiary w Kościół i niecierpliwości, która we mnie nie wygasła.
Trzeba mieć cierpliwość pielęgnując las (to nie jest grządka rzodkiewki!). Ale też potrzebna jest czujność i troska. Te cechy przebijają w liście O. Ludwika i dlatego od razu zapragnęłam go poprzeć. Napisałam tekst o idei Synodu duszpasterskiego, a teraz decyduję się jednak go przedłożyć, bo wyjaśnia, co miałam na myśli.
- Zamieszczając ten tekst szczególnie proszę o rzeczowe, konkretne komentarze.
piątek, 24 grudnia 2010
Drogi Ojcze Ludwiku, właśnie autoryzowałam streszczenie mojej rozmowy z Katarzyną Wiśniewską dla Gazety Wyborczej, oczywiście na temat Sacro-Leaks Ojca Listu. Pragnę nawiązać osobisty kontakt, aby w razie potrzeby służyć wsparciem, a przede wszystkim po to, aby autorowi Listu powiedzieć więcej niż Gazecie. Dziękuję za napisanie tego listu, a także za to, że dotarł do mnie dzięki publikacji. Zasadniczo zgadzam się z treścią Listu - tak jak ją pojmuję, jednak jako osoba długo już przebywająca na pograniczu Kościoła i świata, nie liczę na uchwytną skuteczność inicjatyw zmierzających do reformy Kościoła. Kościół jest dla mnie jak wielki las, w którym żyję wybierając miejsca, gdzie da się żyć.